Ta książka niczego Cię nie nauczy. Ona jedynie poda Ci wskazówki. Reszta – technika, doświadczenie, próby i błędy – zawsze będą po Twojej stronie.

Nie wiem, w jakim celu Sally Coulthard napisała swoją książkę o paleniu ognia. „Jak rozpalić ognisko, czyli rzecz o drewnie, podpałce i ogniu” to zaledwie namiastka przyjemności, którą daje lektura „Porąb i spal” Larsa Myttinga. To, co u Myttinga podszyte jest refleksją, filozofią, historycznymi wskazaniami i dobrą, reporterską robotą, u Coulthard stało się powierzchownym zbiorem zasad, porad i babskiego gadania po próżnicy. O pożytkach z siedzenia przy ognisku, o przyjemności gapienia się w płomienie czytaliśmy już wiele, pod tym względem ta książka niczego nowego nie wnosi.

Ale…

Warto ją przeczytać mimo wszystko. To jest książka w formacie książeczki. Nieduża, ale treściwa. Jest świetnym kompendium wiedzy dla wszystkich, którzy rozpoczynają dopiero swoją przygodę z paleniem w piecu, w kominku lub w kozie. A także dla tych, którzy chcieliby nauczyć się palić efektywnie lub po prostu błysnąć przed dziewczyną umiejętnością rozpalania ognia.

Co my tu mamy?

Mamy tu więc zestaw niezbędnych informacji o sposobach rąbania i suszenia drewna. Mamy kilka porad dla budujących pierwszą w życiu drewutnię. Możemy poznać zasady palenia ognia w kozie i kominku, dowiedzieć się więcej o procesie spalania drewna i przypomnieć sobie nazwy drzew wraz z ich poziomem energetyczności. Dokładnie to samo, co w „Porąb i spal”, tutaj jednak podane w konkretnych, treściwych pigułkach. Dwie stroniczki o jednym temacie, dwie o kolejnym – spoko, dobrze się to czyta, można wziąć do ręki i jak z poradnikiem, zacząć palić wielki ogień.

Podoba mi się natomiast to, czego u Mytinga nie znalazłem – rozdział poświęcony zapachom płonącego drzewa i dymu. To ciekawe i dla wielu może być odkrywcze. Czy wiedzieliście, że dym z płonących szczap lipy i kasztanowca śmierdzi? Ja nie wiedziałem, choć lipę mam przyciętą na kloce i gotową do porąbania (albo do tworzenia rzeźb przez Anuszkę – to się jeszcze okaże). Czy wiedzieliście, że można palić zioła, by w całym domu pięknie pachniało? Wiedzieliście, wiem. Ale jakie zioła?

Takich ciekawostek jest tu więcej. Podoba mi się to, że wraz z kolejnymi kartkami ta opowieść staje się dojrzalsza, że coraz więcej w niej esencji, wiedzy, nowinek, a mniej egzaltacji.

Egzaltacja w ogóle przeszkadza w wiejskim życiu.

_____________________________________

Zdaję sobie jednak sprawę, że jest to pozycja adresowana również do zwykłych mieszczuchów, dla których posiadanie kozy w salonie na czwartym piętrze kamienicy jest symbolem prestiżu i bycia trendy. Mnie koza interesuje głównie pod względem użyteczności: jak ją rozgrzać, żeby ciepło rozeszło się jak najszybciej? Czym i jak palić, by było to najbardziej efektywne? Jak zamontować i odizolować od ścian i stropów?

Jak palić efektywnie?

Klucz w efektywności ogrzewania domu drewnem leży w… ociepleniu. Im więcej wełny mineralnej, styropianu, cegły, szczelnej stolarki i dachów, tym mniej drewna opałowego trzeba użyć. Druga prawda: im lepsze, twardsze drewno, tym więcej wytwarza energii. Im częściej używasz kominiarza (Aniu – na kiedy umówiliśmy się z kominiarzem???), tym w piecu lub kozie pali się lepiej, a w domu jest cieplej.

Sally Coulthard chyba już to wszystko wie, bo pisze z autopsji, co się czuje. Bo z ogniem, panie i panowie, trzeba się trochę zaprzyjaźnić. Trzeba połknąć trochę dymu i namęczyć z rąbaniem drewna, by mieć poczucie, że okiełznaliśmy potwora.

Czytałem książkę Sally późnym wieczorem w sobotę, tuż po ognisku z kiełbaskami. Dwie godzinki i po lekturze. Przypomniałem sobie kilka starych prawd, utwierdziłem w przekonaniu, że to co już robimy, robimy dobrze – i odkładam na półkę. Ale jeśli dopiero szukasz swojej kozy, jeśli chcesz mieć kominek w domu lub piec – weź ją do ręki, nalej wina do kieliszka, usiądź przy kaloryferze i poczytaj… Za rok będziesz tak samo mądry/mądra, jak ja 😉 i nie będziesz potrzebować takich książek.

Jacek

Sally Coulthard: „Jak rozpalić ognisko, czyli rzecz o drewnie, podpałce i ogniu”, Wydawnictwo Znak Horyzont, cena 29,90 zł. 

POLECAMY RÓWNIEŻ: Jak palić efektywnie drewnem i węglem?

 

Zacznij myśleć o ogrodzie zanim wkopiesz pierwszą łopatę pod fundamenty Twojego domu. Jeśli nie wiesz, od czego zacząć – zacznij od rozejrzenia się po całym siedlisku.

Facet z miasta myśli tak: kupiłem dom na wsi, teraz trzeba tu wszystko uporządkować… czyli mamy problem… ile kosztuje godzina pracy koparki/spychacza?

Serio – tak było ze mną. Pierwsza myśl szła w stronę uporządkowania terenu. Rety, ile tu kamieni, połamanych desek i resztek fundamentów, jaki tu bałagan… Połamane drzewa, sterta gruzu, jakieś dołki, mizerne drzewka, jałowce, stara jabłonka. Tak było. O cenę godziny pracy pana z koparką zapytałem już pierwszego dnia po zakupie Bocianki – Pan Janusz brał 90 złotych za godzinę pracy, był gotów do małych negocjacji. (Jego konkurent spojrzał na naszą warszawską rejestrację i powiedział – jak dla pana: 180 za godzinkę i będziemy kwita…)

Pan Janusz przyjechał – oczywiście – ale po czasie, dopiero wtedy, gdy zdążyłem mocniej puknąć się w głowę. Szczerze mówiąc: puknęła mnie Ania.

Zostaw to wszystko

Nie zachowuj się jak automat. Niczego nie cywilizuj, nie grodź, nie wycinaj drzew i krzewów, nie wzywaj koparek i spychaczy. Na samym początku warto powstrzymać się od gwałtownych ruchów, choćby nie wiem jak irytowała Cię sceneria przed Twoim domem. Nie bądź miejskim buldożerem! Nie warto.

Powód do wstrzymania się przed podejmowaniem pochopnych działań jest prosty: jesteś z miasta, a wieś rządzi się odmiennymi prawami.

Jeśli masz siedlisko, które służyło komuś przez lata, wszystko w jego obszarze miało jakiś cel, do czegoś służyło lub powinno służyć dalej.

_________________________________

Przykład? Pierwszym naszym ruchem po zakupie Bocianki miało być zasypanie ohydnego, wielkiego dołu, który kiedyś przypominał staw, a stał się wyłącznie matecznikiem komarów. Ciemny, ponury, zarośnięty… Pierwszym robotnikom, którzy zaczynali zdzierać stare dachówki naszej obory, powiedzieliśmy wprost, by wrzucali je do tego dołu. Na szczęście przyjechał właściciel sąsiedniego budynku, wpada rzadko, ale tym razem, na nasze szczęście zajechał. Przywitał się, zagadał, spytał co robimy…

Ściągamy dach, podniesiemy trochę ściany. Będziemy zasypywali tę wielką dziurę w narożniku…

Nie radziłbym – powiedział. – Bo was zaleje.

Co nas zaleje? – niczego wtedy nie rozumieliśmy…

A, proszę spojrzeć na sąsiednie łąki i pola. To pagórki, niby niewysokie, ale wystarczy, by spływała z nich woda. Kiedyś na skraju waszej posesji płynął mały strumyk, który rozrastał się jedynie wiosną. Przez lata układ wód i geologia gruntu mocno się zmieniły, strumienia dawno nie ma, ale woda z roztopów jak spływała z tych pagórków, tak spływa. I jeśli gdzieś jej nie odprowadzicie, wleje się na wasze podwórko.

Pełna racja – przekonaliśmy się o tym po roku. Wykopany przez poprzednich właścicieli staw zbiera nadmiar wody, u nas jest sucho, w pobliskim lesie również, ale staw zamienia się w małe rozlewisko. Gdybyśmy zasypali wielką dziurę, mielibyśmy wiosną wody po kolana.

Działaj w naturalnym rytmie z przyrodą

Od czego więc zacząć? Przyjrzyj się wszystkim starym krzewom i drzewom: może któreś z nich powinno stać się ozdobą Twojego ogrodu… Może powinny stać się elementem wyznaczającym osie podziałów w ogrodzie, dadzą cień roślinom, a może po prostu posłużą ptakom? Bo z ptaków na wsi radochy zawsze jest za mało.

Jeśli planujesz, że remont lub budowa domu w Twoim nowym siedlisku potrwa rok-dwa lata, zacznij od posadzenia pierwszych, własnych drzew. Nawet przed wkopaniem pierwszej łopaty – znajdź odpowiednie miejsca, przymierz do nich rośliny pamiętając, że za kilka-kilkanaście lat mogą osiągnąć gigantyczne rozmiary. Cypryśnik błotny, który ślicznie wygląda jako maleńka roślineczka, w ciągu kilku lat urośnie do 5-7 metrów, a docelowo osiągnie wysokość 30 metrów i nic go nie powstrzyma. Poza piłą 😉 

Sadź rośliny z głową, a zaczynaj od tych, które rosną najdłużej. Z kwiatami można poczekać, z trawnikiem tym bardziej. Dopytuj ogrodników o najlepsze terminy nasadzeń, weryfikuj ich opinie u sąsiadów i nie opieraj się wyłącznie na poradach z wyszukiwarki Google, bo w niej liczba informacji jest wprawdzie ogromna, ale liczba rad wzajemnie się wykluczających – absolutnie niemała.

Naśladuj sąsiadów. Oni mieszkają w Twojej okolicy od dawna, wiedzą więc, kiedy nadchodzi pora przycinania drzewek, kiedy należy przystępować do wapnowania pni na przedwiośniu, kiedy warto i trzeba spryskać warzywnik naturalną gnojówką z pokrzywy, co nadaje się na kompost i jak nazywa się ta piękna roślina, która wyrasta w Twoim ogrodzie.

Zaczęliśmy od… piołunu

My zaczęliśmy na przykład od bezsensownego wycinania krzewów piołunu, z którego rok później robiliśmy leczniczy absynt – na szczęście rośliny okazały się mądrzejsze od nas i po wycięciu wyrosły na nowo. Za to w pierwszym roku, jesienią, posadziliśmy kilkadziesiąt drzewek – brzózki doorenbos, dęby, klony, buk, świerk, perukowiec – i tyleż krzewów: kaliny, cytryńca, budlei, lilaków, hortensji itp. Wyglądały idiotycznie pośród błota budowy, ale dziś, po trzech latach, są prawdziwymi rarytasami. I jeśli mamy do siebie żal, to chyba tylko o to, że posadziliśmy ich wtedy tak mało.

Z trawnikami na wsi sprawa bywa jeszcze prostsza. Można zrekultywować cały teren swojej posesji, przeorać ją, wyrównać, posiać trawę, ale i tak najsilniejszym wzrostem cieszyć się będą trawy, które rosły tu przed Waszym przyjściem. Może więc… lepiej ich nie siać, a zacząć pielęgnować to, co jest? Kosić, napowietrzać, nawadniać, nawozić, znów kosić… (I, jak mówią Anglicy, już po stu latach trawnik będzie całkiem przyzwoicie wyglądał!)  

Ruiny i …kamieni kupa

Na wsi nic nie powinno się marnować. Obejrzyj swoje siedlisko w poszukiwaniu skarbów. Jeśli znajdujesz stare fundamenty, pomyśl czy nie dałoby się jakoś ich wykorzystać – choćby tak jak my. Odkryliśmy wśród chaszczy resztkę murów budyneczku, który dawniej służył jako parnik. Stały na solidnej podmurówce, zbudowano je częściowo z bloczków żużlobetonowych, częściowo z kamienia. Wyglądały brzydko, ale… Stanowiły wyzwanie, jakąś spójną całość. To był pomysł Ani, by ze starej ruiny zrobić nową ruinę, nadając jej całkowicie odmienny charakter. Jak to wyglądało i co nam wyszło? Najlepiej zobacz to na naszych zdjęciach…

Tak to wyglądało na początku: schowane w głębokich zaroślach ruiny.

Potem je trochę odsłoniliśmy, a to co stanęło naprzeciw nas miało fajny potencjał.

Rok później zaczęliśmy przebudowę ruiny, tworząc z niej ruinę na miarę naszych czasów.

A teraz wygląda tak. Czekamy, aż zarośnie ją winobluszcz i wyjrzy zza ściany glicynia. Dopiero wtedy powiemy, że dzieło zostało skończone. Ruina służy nam jako miejsce do rozpalania ognisk i spotkań z przyjaciółmi.

Jak kupić dom na wsi? Czy wystarczy Ci, gdy napiszemy, że trzeba go kupić z głową? Bez emocji, na zimno, choćby nie wiem jak odpowiadał marzeniom i oczekiwaniom.

Pewnik: zakup domu na wsi to wydarzenie, które zmieni całe Twoje życie. Poznaj 10 kroków do własnego domu na wsi.

My szukaliśmy przez rok, choć szczerze mówiąc – nie były to intensywne poszukiwania. I raczej myśleliśmy pod kątem biznesu: chcieliśmy znaleźć siedlisko, w którym można będzie zainstalować panele fotowoltaiczne o mocy 40 kW, w swoim czasie bardzo promowane jako sposób na lekką pracę i zarabianie pieniędzy. To był priorytet.

Szukaliśmy spokojnie, z głową, przynajmniej tak nam się wydaje. Każda podróż samochodem oznaczała zjazd z głównej drogi, oglądanie wsi, przysiółków, odległych siedlisk. Włóczyliśmy się autem wzdłuż Bugu, poznaliśmy pogranicze Lubelszczyzny, okolice Suwałk, szukaliśmy na Podlasiu… Straciliśmy na te podróże sporo czasu i pieniędzy, spaliliśmy dużo benzyny i poznaliśmy wiele hoteli.

Z jakim efektem?

Byliśmy o krok od zakupu starego, drewnianego domu w Bilwinkach (spodobała nam się ta nazwa!) z ceną wywoławczą 88 tysięcy złotych, ale coś wstrzymywało decyzję… Niby wszystko było OK, piękne siedlisko, dom, duża działka, a jednak nie było chemii. Zbyt płasko, zbyt oczywiście, na skraju wsi i zbyt blisko asfaltowej drogi, i ostrego zakrętu – oczami wyobraźni już widzieliśmy te samochody, które dojeżdżają tu, hamują i przyśpieszają. Dom kusił, wieś ładna, serce się rwało, ale – nie. Dziś nie żałujemy.

W czerwcu 2015 roku zobaczyliśmy to:

 

Nie wymądrzamy się, że jako inwestorzy przeszliśmy wzorcową ścieżkę, choć zgodnie uznajemy, że był to bardzo trafiony zakup. O naszych początkach piszemy w tym miejscu. Dziś możemy Ci podpowiedzieć – jak szukać, jak unikać błędów, jak nie dać się ponieść emocjom. A zatem… jak kupić dom?

Krok 1: wybierz lokalizację

Zakładamy, że masz własne preferencje odnoszące się do wymarzonego regionu, województwa czy może nawet powiatu. Że znasz cel, któremu ma służyć zakup domu (mieszkanie dla rodziny i zwierząt, agroturystyka, produkcja rolna, rzemiosło, sztuka, cisza na emeryturze itp.). I zakładamy też, że masz w sobie odpowiednio wiele determinacji, czasu oraz minimum pieniędzy, które trzeba poświęcić na znalezienie siedliska.

Od czego warto zacząć? Wiadomo – od Internetu. Porównuj ceny, a jeśli masz więcej czasu, poczekaj na zmianę trendu: w nieruchomościach ceny rosną i spadają wraz ze zmianą koniunktury, często ją wyprzedzając.

Szukaj w ogłoszeniach portali zajmujących się sprzedażą nieruchomości, oglądaj okolicę w Google Maps, czytaj informacje o regionie. Jeśli zdecydujesz się na wyjazd w teren – kup lokalną gazetę, przejrzyj rubryki z ofertami. W urzędach gminy czasami ogłaszane są przetargi na sprzedaż mieszkań, swoją ofertę mają także… komornicy. Na aukcjach komorniczych widzieliśmy naprawdę wiele atrakcyjnych nieruchomości!

Jeśli podróżujesz po swoim docelowym regionie – rozmawiaj z sołtysami. Oni zwykle najlepiej wiedzą, gdzie i kto sprzedaje dom, w którym miejscu znajdziesz opuszczone siedlisko. Sołtys to Twój najlepszy przyjaciel. I kontakt.

______________________________

Podobną wiedzę może mieć pani w sklepie albo małe, lokalne biuro nieruchomości. Jedno z tych, które potrafią świetnie sobie radzić. Sprawdziliśmy tę opcję: dzięki Pani Sylwii z agencji handlu nieruchomościami w Siemiatyczach wiele spraw udało nam się załatwić szybciej i sprawniej.

Nic jednak nie zastąpi własnego oglądu. Warto zjechać z głównej drogi, warto skręcać w polne zjazdy i nie martwić się, że nie ma asfaltu lub chociaż bruku. Do naszego domu jedzie się piaszczystą, polną drogą: jest piękniejsza od wszystkich asfaltów świata!

Krok 2: sprawdź dom, który kupujesz

Ilu kupujących, tyle strategii. Jeden bierze do pomocy szwagra budowlańca, inny wynajmuje rzeczoznawcę. Można posiłkować się wsparciem agenta nieruchomości: jeśli reprezentuje firmę z tradycjami, ma dużo wiedzy i może pomóc (o ile nie pracuje na rzecz sprzedającego…). Można też kupować dom zgodnie z własną intuicją i doświadczeniami, tak właśnie zrobiliśmy my.

Co oceniamy? Nie śmiej się, bo to poważna sprawa: zaczynaliśmy dom zawsze od oceny… zapachu, który w nim panuje. Jeśli jest ciężki zaduch, szwankuje wentylacja. Jeśli czuć wilgoć, trzeba będzie przeznaczyć sporo pieniędzy na likwidację jej przyczyn. Stare, spróchniałe deski w konstrukcji domu także wydzielają własny, specyficzny zapach. Generalnie: im mniej smrodu  w domu, tym lepiej.

Oceń kuchnię i piece kaflowe, jeżeli są. O piecach w domu piszemy w osobnym wątku – jesteśmy wielkimi fanami pieców! Tu warto będzie sięgnąć po fachową pomoc zduna, z czadem nie ma żartów! Jeżeli kupujesz dom podczas zimy lub wiosną/jesienią, sprawdź ustawienie kaloryferów i temperaturę w domu. Gdy termostaty w grzejnikach (o ile są) odkręcono na maksa, a w domu wieje chłodem, znak, że będzie sporo problemów z ociepleniem. Jeśli kupujesz dom latem, mocno rozgrzane wnętrze także świadczy o kiepskiej izolacji.

Piwnice, strychy, komórki przy domu, dachy, przyłącza, rury w łazience, czystość wody, stan hydrofora, pompy, studni – wszystko trzeba ocenić, dotknąć. Szukaj zacieków, prowizorek, łat. Wszystkie niedociągnięcia można sobie odbić w cenie zakupu, a i tak, jeśli planujesz remont, będzie trzeba wkalkulować je w koszty modernizacji.

Krok 3: sprawdź otoczenie

Przede wszystkim precyzyjnie ustal czego szukasz. Domu w centrum czy na skraju wsi? Siedliska na odludziu? Na leśnej polanie, w głuszy – czy wśród pól? Blisko czy daleko od głównej drogi? Jaka jest odległość do miasta, do szkoły, sklepu, przedszkola lub ośrodka zdrowia? To jest ważne: na wsi trzeba liczyć przede wszystkim na siebie! Wiemy to i pisaliśmy już o tym!

Jeśli to możliwe, oceń swoje siedlisko w różnych porach dnia i przy różnej pogodzie. Sprawdź jaka jest orientacja budynku względem stron świata i czy będzie Ci odpowiadała. My szukaliśmy domu, w którym okna salonu wychodziłyby na wschód lub południowy wschód; udało się – wychodzą na wschód, a od południa urządziliśmy zadaszony taras.

W słońcu wszystko może wyglądać dobrze. Jeśli rośnie w pobliżu las, zobacz jak mocno zacienia Twoją posesję przed i po południu. Czy w planowanym ogrodzie będzie jasno, czy może na pół dnia schowa się za ścianą drzew?

Przyjedź do swojego wymarzonego siedliska w czasie deszczu – zobaczysz, jak spływa lub wsiąka woda na podwórku, jaki jest dojazd, czy rowy melioracyjne (jeśli istnieją) są zarośnięte czy zadbane? To bardzo istotne. Poprzedni właściciele naszego domu mierzyli się z zalewającymi ich posesję wiosennymi roztopami – spływały z okolicznych pól, zalewając część podwórka. Poradzili sobie tak, jak na wsi radzono sobie przez lata: wykopując niewielki staw odpływowy. Problem zniknął, wiosną woda z roztopów wypełnia nieckę, a przestrzeń przed domem kilka minut po deszczu pozostaje wilgotna, ale nie zalana…

Dom letni jest cudowny latem, ale zimą może stać się prawdziwym utrapieniem. Popytaj sąsiadów, ile śniegu bywa zimą, kto go usuwa z Twojej drogi (odśnieżaniem lokalnych dróg w gminie zajmują się z reguły samorządy wiejskie – sołtys wie to pewno, a często on sam dysponuje sprzętem lub decyduje o kolejności i zasadach odśnieżania). Wiejski samorząd ma także (zwykle małe) środki na modernizację dróg dojazdowych: na zebraniu można wystąpić o sfinansowanie wyrównania Twojej drogi. Nam się to udało, za tysiąc złotych z funduszu sołeckiego podreperowano gminną część przejazdu do naszego domu.

Krok 4: odwiedź sąd i urząd gminy

W sądzie rejonowym możesz sprawdzić stan prawny nieruchomości. W księgach wieczystych zapisano wszystkich kolejnych właścicieli, dokonano wpisów obciążeń hipotecznych. Nie bój się kupować domu, który ma obciążoną hipotekę np. kredytem hipotecznym. Warunkiem dokonania transakcji kupna-sprzedaży może być spłacenie długów ciążących na nieruchomości. Sprzedający może je spłacić otrzymując Twoją zaliczkę lub pieniądze z banku finansującego Twój zakup.

W urzędzie gminy sprawdzisz plan zagospodarowania przestrzennego swojej okolicy. Zrób to koniecznie!

_________________________________

Dlaczego? W planach i na mapach zapisano cele zabudowy gruntów. Dowiesz się z nich, czy wybrane przez Ciebie siedlisko leży w obszarach rolniczych czy leśnych, jaka jest klasa gruntów, jaki typ upraw dominuje, czy trzeba uzyskiwać specjalne zgody na rozbudowę (związane np. z budownictwem w rejonie Natura 2000), z planów poznasz też przeznaczenie sąsiednich działek. Jeśli będą to obszary dedykowane rozwojowi lokalnego przemysłu – odpuść zakup gruntu i domu (chyba, że chcesz zbudować zakład produkcyjny). Jeżeli obok Twojej posesji w planach przewiduje się tworzenie żwirowni, drogi wojewódzkiej lub budowę sieci energetycznej, zastanów się czy to dobre miejsce…

W urzędzie gminy dowiesz się również o wysokości lokalnych stawek podatkowych, częstotliwości i wysokości opłat za wywóz odpadów. Poznasz też najważniejszą w okolicy tablicę, na której przypina się wszystkie istotne informacje… Między innymi o dotacjach (np. przy likwidacji pokryć dachowych z eternitu lub przy budowie własnej oczyszczalni ścieków i kopaniu studni), o terminach szczepień ochronnych dla zwierząt, o planowanych inwestycjach, przetargach etc. My dzięki tej tablicy wiemy, że w ciągu najbliższych dwudziestu lat czas przejazdu drogowego z Warszawy do naszej Bocianki skróci się o co najmniej godzinę 😉

Krok 5: zastanów się ponownie 🙂

Serio. Kiedy już masz zgromadzone wszystkie informacje, usiądź i namyśl się – najlepiej wspólnie z najbliższymi – czy właśnie tego chcecie:

  • Mieszkać na wsi
  • Mieć kilka/kilkanaście kilometrów do innych obszarów cywilizacji
  • Odśnieżać własny odcinek drogi i całe podwórko
  • Samodzielnie naprawiać wszystkie szkody lub szukać specjalisty, który to zrobi
  • Samodzielnie rąbać drewno do pieca i kominka (polecamy!!!)
  • Ryzykować życie w strachu przed awariami sieci energetycznej
  • Budzić się razem z ptakami, ale też nasłuchiwać czy myszy już są u Was, czy jeszcze w polu
  • Spać w kompletnej ciemności (siedlisko odległe od wsi gwarantuje to na sto procent)
  • Oddychać świeżym powietrzem, a nie swoim ulubionym smogiem

Zapytaj znajomych, czy warto. Jeśli masz przyjaciół, którzy przeprowadzili się na wieś – poproś ich o radę. Nas przed kupnem mocno sfatygowanego, acz pięknego domu z drewna przestrzegł jeden z przyjaciół, Olgierd:

Stare drewno, to zawsze stare drewno. Nie uciekniesz od impregnacji, od robali, od kosztów. Wygląda pięknie, ale musi być naprawdę zdrowe, żeby w nim zamieszkać.

__________________________________

Kupiliśmy dom z cegły 🙂

A! Zapomnielibyśmy. Poczytaj książki o wiejskim życiu. Niektóre z nich polecamy tutaj. Mogą bardzo się przydać.

Krok 6: porozmawiaj z sąsiadami

Wieś to jest wieś. Na wsi ludzie wzajemnie się znają, wiedzą o sobie więcej niż mieszkańcy blokowisk. Nasza sąsiadka z warszawskiego mieszkania objawiła nam się trzykrotnie w czasie ośmiu lat. Na klatce schodowej jest sześć lokali – znamy tylko mieszkańców jednego…

W Bociance do najbliższego sąsiada mamy 800 metrów. Inni rozsiani są w promieniu 1-2 kilometrów. I niemal wszystkich poznaliśmy w pierwszym roku po przeprowadzce! Znamy się, odwiedzamy, pijemy kawę, bywamy na wspólnych imprezach. A wcześniej długo z nimi rozmawialiśmy. O czym?

Zapytaj sąsiadów o spokój w okolicy. To ma znaczenie. Warto wiedzieć, czy zdarzają się kradzieże, czy w pobliżu są jakieś większe dyskoteki lub kluby sportowe (to zawsze sprzyja ekstremalnym zachowaniom, niestety). Dowiedz się, czy działają objazdowe sklepy, gdzie można kupić miód, a gdzie warzywa i owoce.

Przejdź się na wiejskie zebranie, koniecznie! Dowiesz się o funduszu sołeckim, o planach jego wykorzystania, poznasz ludzi, dopytasz o lokalne imprezy – może trzeba się w nie włączyć? Nieelegancko jest może tak podpowiadać, ale niech będzie, podpowiemy: wkup się w łaski. Mały gest, cokolwiek, choćby ciasto na zebranie albo pomoc w rozwiązaniu sołeckiego problemu – to zawsze pomaga w nawiązaniu dobrych relacji. My zrobiliśmy taki gest: wieś od kilku lat czekała na stół do gry w bilard, gmina nigdy nie miała na to pieniędzy, zakupiliśmy go więc i postawiliśmy w wiejskiej świetlicy. Mała rzecz, ale ile radości. I partnerstwa: jesteśmy częścią tej społeczności, wydatek około tysiąca złotych w całej naszej inwestycji nie był jakoś szczególnie odczuwalny, a jeśli można było dopomóc…

Krok 7: sprawdź dostępne media

Podłączenie prądu do nieruchomości może kosztować nawet kilkanaście tysięcy złotych. Kopanie studni głębinowej to (w naszym przypadku) wydatek rzędu 6 tysięcy złotych, plus koszt zakupu pompy (ponad 3000) i montażu stacji hydroforowej (około 1800). Przydomowa oczyszczalnia ścieków to koszt zależny od wielkości rodziny – ale razem z montażem trzeba liczyć co najmniej 6 tysięcy złotych.

Te koszty wyznaczają warunki zakupu. Im lepiej w media wyposażone jest Twoje siedlisko, tym mniej wydasz na ich pozyskanie i tym szybciej zamieszkasz. Procedury w rejonach energetycznych dłużą się tygodniami – zwykła wymiana liczniki to czasem konieczność oczekiwania przez miesiąc. Jeśli istnieje wiejski wodociąg, wygrywasz los na loterii, jeśli do tego masz kanalizację zamiast szamba – czuj się zwycięzcą!

Siedliska takie jak nasze, odległe od wsi o kilometr-dwa, mają z reguły doprowadzoną energię elektryczną, a o wodę i odprowadzanie ścieków trzeba zatroszczyć się samemu. Ma to również swoje dobre strony, o nich piszemy tutaj.

Krok 8: policz koszty zakupu i modernizacji

Często nas pytają: ile powinien kosztować wiejski dom, z gruntem lub bez, żeby opłacało się go kupować? Nie ma na to dobrej odpowiedzi. Stary drewniany domek można kupić nawet za 20-30 tysięcy złotych. Podobno są okazje, że nawet taniej – my mamy ofertę zakupu domu z drewna do rozbiórki za 2000 zł… Ale jeśli nie kupujesz domu dla materiału, z którego został wykonany, typu stare belki czy deski, takich raczej okazji Ci nie polecamy. Kupując ruinę stajesz się dysponentem ruiny. Możesz ją rozebrać i na starych fundamentach (o ile się nadają) zbudować nowy dom – w takiej sytuacji czasami bardziej opłaca się szukać działki bez zabudowań…

W Internecie widzimy ceny rzędu 80-100 tysięcy złotych za siedlisko (zależnie, oczywiście, od regionu kraju) i w takich widełkach można już upolować coś naprawdę atrakcyjnego. Cierpliwość poszukiwań bardzo się opłaca – tak jak nam. Nasz murowany dom z prawie półhektarową działką kupiliśmy za niewiele ponad 100 tysięcy złotych. Praktycznie nadawał się do zamieszkania.

Negocjuj. Zawsze można utargować 10-20 procent ceny wyjściowej!

_______________________________

Oceń koszty remontu. Lepiej zrobić to ze specjalistą, można też zrobić tak jak my. Przed podpisaniem umowy poproś kilka lokalnych firm o wycenę remontu. To da Ci obraz całości wydatków. Przy ocenie efektywności inwestycji zawsze możesz porównywać cenę zakupu i modernizacji jednego metra kwadratowego domu z cenami mieszkań w stanie developerskim. My przyjęliśmy, że średni koszt 1 mkw w Polsce to około 4000 złotych. Na przykład w Kołobrzegu około 10.000, w Warszawie niewiele mniej, w Siemiatyczach można kupić mieszkanie w cenie 2400 zł/mkw). W jednej z publikacji pism developerskich szykując się do remontu, przeczytaliśmy, że średnia cena domu na wsi to wydatek około 1,5 tys. złotych za 1 mkw. Nasz wiejski dom kosztował 1337 złotych/mkw (wliczając w to koszt działki).

Niemałe kwoty może pochłonąć sam remont. Wyceń go przy pomocy specjalistów i… dodaj do wyceny 30% na niespodziewane wydatki. Jeśli zmieścisz się w tym marginesie błędu – czapki z głów, jeśli nie… witaj wśród swoich! Im starszy dom, tym skala wydatków trudnych do przewidzenia jest większa.

Krok 9: znajdź finansowanie całości inwestycji

Jeśli planujesz przeprowadzkę na wieś, nigdy nie mów, że jakoś to będzie. Że „potem zobaczymy”. Nie jesteśmy wielkimi entuzjastami drobiazgowego planowania, ale z własnych doświadczeń i przypadków, które spotkały naszych znajomych wiemy, że lepiej jest mieć plan niż go nie mieć. A najlepiej mieć dwa lub nawet trzy plany. Na wypadek, gdyby coś.

Kiedy podsumujesz koszty inwestycji – oceń swoje zdolności finansowe w najwyższym stopniu realistycznie.

Nie zakładaj, że murarz na wsi będzie pracował za flaszkę, a dach położą Ci „dużo taniej niż w Warszawie”… Niekoniecznie.

_________________________________

Oni też znają ceny, też mają Internet i też jeżdżą na kursy, szkolenia, dokształcają się. Nie mówimy, że ceny usług budowlanych na wsi to „ceny warszawskie” – tak nie jest. Ale różnice bywają mniejsze niż się spodziewasz.

Paradoksalnie, wiele materiałów budowlanych kupisz taniej w marketach dużego miasta niż w prowincjonalnych hurtowniach. Jeśli znajdziesz tani transport (na wsi bywa bardzo tani), to taka kombinacja może się opłacać. Firm usługowych szukaj lokalnie. Spójrz na najlepsze domy sąsiadów, dopytaj kto je budował lub remontował i poproś o namiary. My w ten sposób znaleźliśmy Pana Sławka, murarza, który postawił w naszej okolicy chyba wszystkie wiejskie domy. I okazał się fachowcem od bardzo wielu specjalności, w tym cieślą i dekarzem J

Gdzie i jak szukać finansowania? Skorzystaj np. z kalkulatora NAVIDOM, prowadzonego prze ING (nie, ten tekst nie powstał we współpracy z bankiem, po prostu spodobała nam się ich aplikacja), łatwo w nim wyliczyć wszystkie płatności, podsumować budżet i przyszłe raty. Dobre oferty kredytowe mają też banki spółdzielcze, silne w swoim terenie; ich atutem jest to, że można z nimi dobrze negocjować, nie są „bankami, które otwierają parasol nad klientem tylko przy dobrej pogodzie”. Potrafią dopomóc także w trudnych sytuacjach.

Bardzo dużo ciekawych informacji o sztuce zaciągania kredytów na zakup działki i domu na wsi zawarł w swoich podcastach Michał Szafrański z bloga Jak Oszczędzać Pieniądze. Jeden z jego materiałów na ten temat znajdziesz tutaj.

Krok 10: podpisz umowę u notariusza

A to już sama przyjemność. Przyćmiewa ją jedynie moment, w którym wchodzisz wraz z najbliższymi do swojego ukochanego, wymarzonego domu na wsi i mówisz – to jest nasz dom do końca życia…!

Choć oczywiście nie możemy przed Tobą ukrywać, że dopiero teraz zaczynają się schody… 😉

Ania i Jacek

Podobno robią z niej fantastyczny bimber i wino, a nalewka przebija dereniówkę, królową nalewek. Sprawdzimy to: Jacek zalał właśnie spirytusem trzy kilo tarniny, ja z podobnej ilości zrobiłam świetny, wszystkomający sok. Pychota!

Nie będziemy ściemniali, że tarnina i my to udana para od lat – przeciwnie, poznaliśmy ją przypadkiem, wcześniej jakoś nie było nam po drodze. I dziś widzę, że to był błąd, bo im więcej dowiadujemy się o właściwościach tego owocu i krzewu, tym bardziej rozszerzają nam się źrenice. Z respektu.

Mijaliśmy tę kępę krzaczorów wielokrotnie, nigdy nie przypatrując się jej kwitnieniu i owocom. Aż pewnej październikowej soboty stanęliśmy przy niej, posmakowaliśmy i… Staliśmy tak dwie bite godziny, zrywając ciemne kulki i kłując się w dłonie, bo to krzew zazdrośnie kolcami chroniący swoje skarby. I kiedy oskubaliśmy z owoców pierwszą kępę, w oddali zamajaczyła kolejna, gigantyczna! Mamy tarninowy sad pod nosem, przyjeżdżajcie!

Tarnina. Święta roślina o niezwykłych właściwościach.

Uchodziła za świętą roślinę w mitologii celtyckiej, Słowianie obsadzali nią groby samobójców, kołkami z tarniny zabijano zmory. Podobno posłużyła do stworzenia korony cierniowej nałożonej na głowę Jezusa Chrystusa, a w Anglii używano jej do budowy stosów, na których płonęły czarownice. Jak było, tak było – dziś o tarninie wiemy dużo więcej i jest to wiedza z zakresu biologii, ziołolecznictwa i medycyny naturalnej, a nie mitów i ksiąg tajemnych.

Poczytałam o tarninie w kilku książkach zielarskich, szukając przede wszystkim informacji o jej właściwościach. Podsumujmy:

  • Owoce tarniny – nazywane tarkami lub (na Podlasiu) ciarkami – działają przeciwzapalnie, przeciwbiegunkowo i antyseptycznie, stosowane są przy schorzeniach żołądkowo-jelitowych oraz do płukania ust i gardła w stanach zapalnych
  • Kwiaty mają działanie moczopędne, napotne, wykrztuśne i lekko przeczyszczające
  • Zawarte w tarninie flawonoidy działają przeciwutleniająco, przeciwzapalnie i zmniejszają przepuszczalność ścian naczyń krwionośnych, mają wpływ na stan dróg moczowych i żółciowych
  • Owoce zawierają węglowodany, pektyny, błonnik, sole mineralne, antocyjany (flawonoidy), kemferol, garbniki, sterole, wapń, fosfor, żelazo, witaminę C. Zawarte w owocach tarniny antocyjany obniżają ciśnienie krwi, zmniejszają poziom złego cholesterolu LDL – podnosząc poziom cholesterolu dobrego HDL. Ich spożywanie wspomaga zatem organizm w walce z miażdżycą
  • Kora ma spore ilości tanin i trochę olejku kamforowego

Spożywanie surowych owoców tarniny nie ma sensu – są cierpkie, w zasadzie niejadalne. Ale jeśli zbieramy je po pierwszych przymrozkach lub zmrozimy w lodówce/zamrażarce przez 24 godziny, stają się słodkie i całkiem smaczne. Dlaczego tak się dzieje? Przemrożenie zmniejsza w owocach tarniny udział wolnych kwasów i garbników, glukoza przekształca się (częściowo) we fruktozę i to, co było cierpkie i niesmaczne zaczyna się nadawać do obróbki.

Tarnina. Co z niej zrobimy?

Ja zaczęłam od soku. Ma piękną barwę i smakuje podobnie do soków z wiśni, choć nieco szlachetniej. Przepis jest prosty, choć sam sok wymaga dość długiego okresu przygotowania. Ale zapewniam Was – warto!

Do przygotowania soku potrzebowałam 1 kilogram przemrożonych owoców tarniny i 1,5 litra wody. Czytałam gdzieś, że dla tych proporcji korzystne jest dosłodzenie przy użyciu 1 szklanki (250 ml) cukru, ale użyłam dużo mniej: sok jest idealnie półsłodki-półkwaśny. Przyrządza się go przez dwa dni, ale pracy nie ma przy nim wiele.

Użyłam 3 kg tarek i 4,5 litrów wody. Najpierw trzeba owoce umyć, wiadomo, potem wsypać do garnka (przy tej ilości, gar naprawdę musi być spory). Oddzielnie gotujemy wodę i zalewamy owoce wrzątkiem. Gar nakrywamy przykrywką i mamy 12 godzin wolnego. Po tym czasie zlewamy wywar do osobnego naczynia i gotujemy go aż do momentu, w którym rozpocznie się proces wrzenia. Takim sokiem ponownie zalewamy owoce tarniny i znów zostawiamy na 12 godzin. Następnie powtarzamy tę czynność jeszcze raz, odczekujemy kolejne 12 godziny i zlewamy sok do garnka.

Z każdym kolejnym zaparzeniem, konsystencja i wygląd soku będą się pogłębiały. Po ostatnim odlaniu soku dosładzamy go (cukrem trzcinowym lub kokosowym, mniej niż 1 szklankę na każde 1,5 litra soku), a następnie doprowadzamy do wrzenia po raz ostatni. Wlewamy do butelek, dobrze korkujemy, odwracamy do góry dnem i po ostudzeniu – jest. Jest pyszny!

Tarnina pod postacią Jackowej nalewki

Oddaję mu klawiaturę, bo ja się na nalewkach nie znam 🙂

JACEK: O pełni wrażeń z delektowania się nalewką z tarniny mogę Wam napisać za rok, kiedy wszystkie smaki i aromaty dobrze się przegryzą, na razie wygląda to bardzo interesująco. Przygotowanie też nie jest skomplikowane. Znalazłem kilka przepisów w starych książkach, ale lekko je zmodyfikowałem. Chyba też lekko przesłodziłem tarninówkę, ale nie cukrem…

Użyłem po 1 litrze spirytusu 65% na każde 1,5 kilograma lekko zmrożonych owoców. Kupuję do nalewek spirytus nalewkowy Soplicy, ma odpowiednią moc, więcej gradusów niż wódka i mniej od spirytusu 95%, który – mam wrażenie – przepala owoce zamiast wydobywać z nich to, co najcenniejsze.

Wsypałem tarkę do dużego (wysokiego) naczynia, lekko przyduszając owoce drewnianym tłuczkiem – puszczają na początku niewiele soku. Zalałem je spirytusem i zgodnie z przepisami naszych babć dołożyłem do tego zestawu kilka niespodzianek. Przede wszystkim – kilkanaście suszonych śliwek (chyba jednak za dużo, kilka wystarczy, by zachować proporcje), garść rodzynek, kawałek laski wanilii i mały kawałek cynamonu. Do tego goździki (6-8 sztuk) i coś mnie skusiło, żeby dołożyć jeszcze ćwiartkę jabłka, pokrojonego na drobne kawałki. Można jeszcze dodawać ziarna jałowca i sok z cytryny.

 

Taki zestaw macerował się przez trzy tygodnie, po czym go przefiltrowałem i dosłodziłem akacjowym miodem zmieszanym z nieco ponad jedną szklanką wody. Nie za dużo miodu! Podpowiadam: lepiej jest dosładzać taką nalewkę stopniowo niż przefajnować. Ja chyba przefajnowałem, nalewka w tej postaci ma odrobinę za dużo słodyczy, ale mam nadzieję, że smaki zdążą się jeszcze ładnie zbalansować. Po trzech miesiącach będę wiedział więcej! I wtedy uzupełnię ten wpis.

ANIA: Jak czytam o spirytusie, to robi mi się niedobrze… 😉 Ale nalewki Jacka są spoko, ich istotą jest zwykle bardzo duża ilość owoców w proporcji do użytego alkoholu. To sprawia, że w każdej nalewce czuć głębię smaku i nie jest to smak wódki.

Tarnina. Wino, kwiaty, kora

Francuzi robią z tarniny marynaty i likier prunelle, podobnie jak Hiszpanie – likier pacharan. Niemcy używają owoce po tłoczeniu i zmieszaniu z wodą do produkcji alkoholi, Rosjanie – podobnie, choć u nich tarnina jest jeszcze surowcem do produkcji dżemów, galaretek i soków. W Polsce z tarniny produkuje się wino lub używa jej owoców do barwienia tego trunku i wzbogacania go w garbniki. Poza tym, tradycyjnie, do wódek i nalewek. W Anglii można spotkać oparty na owocach tarniny gin sloe – to jednak bardziej nalewka niż czysty dżin.

W ziołolecznictwie wykorzystuje się również suszone kwiaty tarniny i jej korę oraz korzenie. Kwiaty trzeba zbierać w kwietniu lub w maju (zależnie od regionu kraju) zaraz po zakwitnięciu krzewów i oczywiście suche. Są delikatne, łamią się, czernieją, gdy zbieramy je wilgotne. Suszymy na słońcu w przewiewnym miejscu lub w suszarce, ale w temperaturze nie większej niż 30-35 stopni. Aby uzyskać 1 kg suszu, trzeba aż 5 kilogramów kwiatów!

Zwracam Waszą uwagę na pestki tarniny – nie wolno ich jeść! Spośród wszystkich pestek w owocach krzewów i drzew z rodziny śliw, tarnina ma największą zawartość cyjanowodoru (kwasu pruskiego), wynoszącą od 3 do 6 procent. Pestek zatem ani podczas produkcji soku, ani w czasie robienia konfitur czy nalewek, nie miażdżymy.

W przyszłym roku chcemy zrobić konfitury z tarniny – wymagają drylowania, tak samo jak wiśnie. Podobno wyborne. Ja na razie cieszę się sokiem: jest gęsty, smaczny, zdrowy i „stał obok wiśni”. Polecam!

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Nie ma dnia bez owoców i warzyw

Jacek Santorski, psycholog biznesu, zrobił  w  swoim czasie w Natemat.pl  wykład o kastrowaniu facetów przez kobiety. O dobijających nas stereotypach.

Ja ‒ muszę być mocny, dynamiczny, muszę zarabiać pieniądze “na dom”.

Ty ‒ musisz być słaba płeć, dbać o dzieci, podcierać nosy i dupki, robić obiad.

Muszę być surowy, dominować, prężyć muskuły, zdobywać kolejne szczeble kariery. Muszę godzić serdeczność, empatię, wspaniałomyślność i pogodę ducha z ojcowską surowością i mężowskimi pryncypiami. Powinienem i muszę!

Santorski mówi jasno:

Problemem kobiet i mężczyzn jest nagromadzenie stereotypów. (…) Stereotyp to znaczy, że trzeba żyć tak, a nie inaczej. Podejmować takie, a nie inne wybory. (…) Może nam pomóc samoświadomość. Otwartość, gotowość do zadawania sobie pytań. O to kim jestem, do czego zmierzam, jakie są moje prawdziwe wartości i jaką mam gotowość, żeby pojąć swoją skłonność do discopolowego, uproszczonego postrzegania siebie i świata. Tak, wiem, że to jest magnetyczne. Sam to wiem doskonale. Chodzi o to, żeby codziennie zadawać sobie pytanie: jak mogę nie ulegać stereotypowym rolom, jak mogę poznać samego siebie. Zrobić raban wewnętrzny.

W dziesiątkę!

Warto obalać stereotypy

Nic na siłę. Nie musisz szukać skrajnych alternatyw. Nie ma potrzeby dokonywać jednoznacznego wyboru między wartościami ‒ albo zasuwać w korpo, bić się o prestiż, nie odłączać mózgu od komputera ‒ albo zgubić się hen w bieszczadzkim odludziu, siać eko-rzepę, wytwarzać eko-sery i wkładać na siebie eko-waciak.

Warto szukać złotego środka. Ot, na przykład gdzieś między tradycją i hipsterką. Nosić garnitur do wiejskiego błota, czytać  coś więcej niż korpomaile, sforwardować samego siebie w całkiem inną przestrzeń.

Tak zrobiliśmy. Tak żyjemy na co dzień. Pracujemy jak potrafimy najwydajniej, najlepiej ‒ ale kiedy tylko możemy: wiejemy do Bocianki. Jeśli nie fizycznie, to choć mentalnie. Urządzamy ją, budujemy, zmieniamy, planujemy.

Mój/nasz świat składa się teraz z wielu światów. JUŻ SKŁADA SIĘ Z WIELU ŚWIATÓW! Przedtem była praca, tylko ona, całe życie – w pracy.

Szanuję swoją pracę, to wszystko co zawodowo robię. Szanuję wszystkie zlecenia, które nam wpadają, lubię je wykonywać i mam przy tym dużo emocji, ale radość czerpię – Anuszka też – z wielości działań.

Ze zbudowania stołu „tymi rękami”.

Rycia ziemi glebogryzarką.

Sadzenia drzew.

Budowania płotu.

Wiercenia dziur, tynkowania, malowania, kopania, wylewania betonu, układania instalacji i gotowania obiadów z własnych warzyw też.

Zrób wewnętrzny raban. Robię!

Myślę, że to jeden z większych błędów, które popełniamy: nie szukamy wielości. Nie potrafimy równomiernie rozkładać akcentów: to jest dom, to jest pasja, to jest lenistwo, to jest wypoczynek, to są prymitywne przyjemności, to jest intelektualne wyzwanie, to gotowanie obiadu, to spacer, a to jest praca.

Tkwimy w kleszczach prymatu jednej wartości. Albo, albo.

________________________________

Nigdy wcześniej nie przypuszczałem, że przerzucenie łopatą dziesięciu ton czarnoziemu może mi dać frajdę porównywalną z dobrze napisanym artykułem lub świetnie wymyśloną strategią. A dało. Bolało, k…a jak diabli bolało, ale dało.

Tak ma być. Tak jest lepiej: zrobiłem wewnętrzny raban, o którym mówi Santorski, jakieś trzy lata temu.

I nie żałuję. Nic a nic.

Jacek

Jeśli gdzieś znajdziesz tę książkę, co może nie być proste, kup ją koniecznie! To idealny poradnik dla wszystkich, którzy zamierzają uruchomić własną pracownię stolarską, a zupełnie nie wiedzą jak się do tego zabrać.

Jestem stolarskim beztalenciem, które odważyło się zrobić swój pierwszy w życiu drewniany stół. Dość ułomny, bo skonstruowany ze starych desek i kupionego za parę groszy żeliwnego stelażu, ale za to mój własny. Proszę się nie śmiać 😉 Na zdjęciu wygląda gorzej niż w rzeczywistości :-)))) Wszystkie efekty są zamierzone, a przy jego tworzeniu nie ucierpiała żadna istota! 

 

Jego konstrukcja nie powstałaby nigdy, gdybym nie przebrnął przez lekturę książki-poradnika „Prace w drewnie. Materiały. Narzędzia. Techniki. Projekty”.

To pozycja z gatunku must have. Obowiązkowa dla mieszczuchów, którzy nie wiedzą jak trzyma się dłuto, jak pracuje szlifierka i z której strony piła tnie drewno. Na ponad 400 stronach znalazłem w niej rewelacyjny wykład o najbardziej niezbędnych narzędziach i maszynach – część z nich udało mi się już skompletować – poznałem zalety starego stołu stolarskiego i przyjrzałem się metodom łączenia drewna, cięcia, strugania, szlifowania.

Stolarstwo nie jest proste, od razu uprzedzam. Ale bywa naprawdę fascynujące, gdy z kanciastego kawałka drewna udaje się wyciosać coś więcej niż grubą deskę do huśtawki lub podstawkę pod filiżankę.

Można i trzeba zacząć od kompletowania narzędzi, ale także – od zgromadzenia surowca. Zdobyć dobry materiał, dobrze wysuszone drewno, a do tego jeszcze np. pełne uroku drewno orzecha czy jabłoni, wcale nie jest łatwo. Kiedy więc zaczynasz swoją przygodę ze stolarką, zrób mniej więcej tak jak ja: odwiedź kilka tartaków i zakładów stolarskich, zobacz czy da się kupić jakieś atrakcyjne odpady (serio, one na tym etapie są najlepsze), kup pierwsze narzędzia (piła, szlifierka, dłuto, strug itp.), a przede wszystkim – przeczytaj tę książkę.

Przy okazji: choć to raczej techniczny podręcznik, a nie beletrystyka, „Prace w drewnie” świetnie spełniają funkcję motywacyjną. Ja też tak potrafię! Ja też tak chcę! Umiem to zrobić!

I zrobiłem 🙂

Panowie PrawieStolarze – polecam do poduszki.

Jacek

„Prace w drewnie”. Wydawnictwo Arkady. Cena 69 zł.

Smakują nieco inaczej od zwykłych, można je uprawiać we własnym ogródku, mają wiele cennych dla zdrowia składników – więcej niż popularne kartofle. Poznajcie fioletowe ziemniaki, które leczą z nadwagi i zmniejszają nadciśnienie.

Posadziliśmy kilkanaście krzaczków, już drugi rok. Nie spodziewaliśmy się wielkich plonów, bo to raczej eksperymentalna uprawa – w skrzyni – ale udały się nadzwyczaj dobrze. Bulwy dojrzewają nieco później niż w przypadku „zwykłych” kartofli, my zebraliśmy ponad 30 kilogramów, a część najdrobniejszych użyjemy w przyszłym roku jako sadzeniaki.

Na pewno uprawa nie jest skomplikowana, choć wymagają sporych ilości wody, podsypywania ziemią w miarę wzrostu i – oczywiście – nie powinny być wspomagane sztucznymi nawozami. Do ochrony ziemniaków przed szkodnikami używaliśmy zwykle gnojówek lub wywarów z łupin czosnku i cebuli, pokrzywy i wrotyczu. Pomagało.

Smakują wybornie, przyrządza się je w najprostszy z możliwych sposobów, a smakują najlepiej wczesną jesienią. Mają twardszą skórkę i niestety, kiedy się je obiera, po ugotowaniu lekko tracą swoją barwę. Dlatego, naszym zdaniem, lepiej jest gotować je w łupinie, choć gotowane po obraniu nie tracą swoich cennych właściwości.

Jak je przyrządzamy?

My lubimy proste jedzenie, więc i fioletowe ziemniaki w naszym wydaniu nie są potrawą skomplikowaną. Po pierwsze: gotujemy w bardzo małej ilości wody (więc bardziej na parze niż w wodzie), pod przykryciem, w łupinach. Ziemniaki tylko starannie myjemy, nie obieramy. Woda posolona według smaku – po około pół godzinie gotowania odcedzamy i… podajemy na stół w łupinkach, a jemy ze zsiadłym mlekiem od sąsiadów. Czasami jedliśmy je upieczone w żarze ogniska.

Dlaczego fioletowe ziemniaki są lepsze od zwykłych?

Nazywa się je czasem „ziemniakami truflowymi”. Kiedy ugotowaliśmy popularną na Podlasiu (i chyba w całej Polsce) odmianę irga, w smaku obie odmiany niewiele się od siebie różniły, może fioletowe wydawały nam się nieco intensywniejsze, ale to chyba subiektywne odczucie. W czym więc fioletowe są lepsze od zwykłych? Różni je ilość drogocennych składników:

  1. Kolor fioletowy nadają im antocyjany – zawierają więcej od zwykłych ziemniaków silnych przeciwutleniaczy, które chronią organizm człowieka przed skutkami chorób cywilizacyjnych. Antocyjany hamują namnażanie się komórek nowotworowych, działają przeciwzapalnie. Pozwalają też usuwać z organizmu nadmiar wolnych rodników niszczących komórki. Dzięki swojemu wpływowi na układ krążenia fioletowe ziemniaki zalecane są osobom cierpiącym na nadciśnienie, problemy reumatologiczne, choroby stawów i układu krążenia.
  2. Zawarte we fioletowych ziemniakach karotenoidy oraz kwas fenolowy pomagają zmniejszać stany przewlekłego zapalenia w chorobach serca i zmniejszają ryzyko związane z udarem mózgu
  3. Przede wszystkim – atramentowe ziemniaki mają bardzo dużo skrobi, ale w przeciwieństwie do zwykłych – po ich zjedzeniu poziom glukozy wzrasta bardzo powoli, są więc dobrze tolerowane przez osoby chore na cukrzycę i odchudzające się
  4. Są źródłem dużych ilości błonnika pokarmowego, który zmniejsza wchłanianie cholesterolu. Tym samym więc wspierają siły organizmu w walce z chorobami układu krążenia, dają na dłużej uczucie sytości
  5. Fioletowe ziemniaki są także źródłem potasu, wspomagającego utrzymanie prawidłowego ciśnienia we krwi i odpowiadającego za pracę układu mięśniowego.
  6. Ponadto są bogate w luteinę, a ta z kolei korzystnie działa na nasz wzrok, wpływa dobrze na pamięć i stan skóry, wspiera osoby cierpiące na bezsenność
  7. Według badań naukowców z Pennsylvania State University, fioletowe ziemniaki dzięki swoim właściwościom zapobiegają także rozwojowi raka jelita grubego. Sześciokrotnie też zmniejszają ryzyko stanów zapalnych w jelitach
  8. Zawierają ponadto witaminy A, B1, B2, B3, B6, C oraz magnez, wapń i żelazo.

Skąd się wzięły fioletowe ziemniaki?

Pochodzą z Peru i Chile – to właśnie w krajach Ameryki Południowej liczba odmian ziemniaków sięga niemal 4 tysięcy. Prawdopodobnie pojawiły się po raz pierwszy we Francji  w XIX wieku, uprawia się je najchętniej w północnych prowincjach nad kanałem La Manche. Do Polski trafiły w połowie lat 70. ubiegłego wieku, a początkowo wykorzystywano je raczej w ekskluzywnych hotelowych restauracjach. Niestety, w gospodarstwach domowych raczej się nie przyjęły: przez lata przylgnęła do nich łatka „ziemniaków pastewnych”, gorszych.

Tymczasem fioletowe ziemniaki świetnie smakują jako uzupełnienie gotowanych na parze zestawów jarzynowych z marchwią i pasternakiem. Można je także piec i grillować. Są ponadto niebanalnym dodatkiem, można je podawać w połączeniu z sałatą, ogórkami, marynowanymi patisonami, pieczoną papryką i cukinią.

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Ile kosztuje życie na wsi?

Mam z tą książką własne porachunki: tydzień po jej lekturze kupiłem 24 metry przestrzenne świeżej brzozy, by łupać i układać ją przez dwa tygodnie. I powiem tylko tyle: kocham to robić!

Recenzentem opowieści norweskiego pisarza i dziennikarza Larsa Myttinga: „Porąb i spal. Wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie”, mogłem być tylko ja. Ania nie odczuła tej lektury na własnej skórze, we wszystkich kręgach, w każdym włóknie mięśni, a także w mózgu.

Ja – owszem.

Przeczytałem jednym tchem, bo to znakomita gawęda. Już wtedy wiedzieliśmy, że w naszym domu główny ciężar ogrzewania wezmą na siebie zbudowane od postaw piece. Miały być opalane drewnem (i są), miały dawać fantastyczne ciepło – i dają. O piecach napiszemy w odrębnych kilku felietonach, bo absolutnie warto.

Opowieść Myttinga czyta się jak świetny, dobrze udokumentowany reportaż. Dowiedziałem się z niej o kaloryczności drewna, o procesach spalania, o sztuce rąbania i składowania. O suszeniu, które wydawało mi się banalnie proste, czytałem z zapartym tchem. Jeszcze więcej radości z czytania dały fragmenty o składowaniu, budowaniu stosów drewnianych. Zamarzyliśmy, by mieć dokładnie taki sam i… udało się!

 

Postawiłem go z Anią, ale wcześniej należało całą przywiezioną brzozę porąbać, a zajęła nam pół podwórka! A jeszcze wcześniej, zgodnie z przykazaniami Myttinga, należało postawić drewutnię. I drewutnię też postawiliśmy! Znaczy: konkretnie postawił Pan Sławek, z zięciem Krzyśkiem.

Wracając do książki – „Porąb i spal” to świetna lektura dla mężczyzn, którzy chcą się wykazać. Ona wprost niesie człowieka do wielkich czynów, popycha do zakupu siekiery i ustawienia pniaka, a potem już nic tylko:

rąbać, rąbać, rąbać…

Najpierw nie boli nic, a niedługo potem boli wszystko. Najpierw mocujesz się z każdym kawałkiem pociętego drewna, bo nie wiesz, gdzie je stuknąć, żeby włożyć jak najmniej wysiłku i osiągnąć najlepszy efekt (w książce Myttinga to wydaje się takie proste), a potem – kiedy już wiesz, gdzie puknąć – rąbanie zaczyna sprawiać wielką przyjemność. Potem mija kilka dni i zaczynasz trafiać na odkładane wcześniej pniaki z mocno rozczapierzonymi, poskręcanymi włóknami. To dopiero jest sztuka – porąbać taką sztukę!

Mam kilka pniaków, którym nie dałem rady. Wyschły pod daszkiem drewutni (bo brzoza szybko butwieje i nie wolno jej trzymać na deszczu), a teraz czekają na ognisko i całopalenie. Później rąbałem również jesion, dąb, trochę sosny, ale brzozę wspominam najcieplej.

Książka Larsa Myttinga nie jest jednak praktycznym podręcznikiem dla drwali. To miejscami filozoficzna przypowieść o korzystaniu z dobrodziejstw natury, o miłości do przyrody i własnego ciała. To zapis historii Skandynawów – dziadków, ojców, synów, wnuków – dla których bycie sam na sam z sobą, obcowanie z metafizycznymi i czysto fizycznymi zjawiskami jest miarą osobistego stylu życia. To jednocześnie wielka pochwała ucieczki na wieś, życia w zgodzie z naturą, bliskości i tolerancji.

Zrobiła na mnie wielkie wrażenie, ukazała się w idealnym czasie – dokładnie wtedy, gdy była potrzebna. Norweski gawędziarz dopomógł mi w podjęciu wielu ważnych decyzji. Książkę polecam nieco bez sensu, wiem, ponieważ była w Polsce wielkim hitem. Ale muszę. Po prostu nie wolno jej przeoczyć.

Jacek

„Porąb i spal. Wszystko co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie.”. Wydawnictwo Agora. Cena 39,99 zł.

Czytaj również: Saga o paleniu w piecach

Kto z Was planuje porzucić wygodę, komfortowe i stabilne życie w mieście? Masz ochotę, odwagę, ale brakuje Ci tego ostatecznego impulsu? Przeczytaj tekst o wielkim dziele przypadku.

To nie będzie obiektywna analiza. Plusy i minusy przeprowadzki z miasta na wieś zaprezentowaliśmy w możliwie bezstronny sposób w innym miejscu tego bloga. Ucieczka na wieś to opis naszych osobistych motywacji.

Jak to się zaczęło? Dlaczego? Od czego?

Byłoby kłamstwem, gdybyśmy napisali, że totalnie zmęczyła nas praca w korporacji lub dla korporacji. Ona jest męcząca, to fakt, ale zmęczenie pracą nie było głównym powodem ucieczki. Oczywiście, do bólu bezsensowna bywa biznesowa powtarzalność, cykle życia marek, które decydują o naszych cyklach życia. Do bólu beznadzieja bywa czasem walka z wiatrakami, zwłaszcza gdy pracuje się w państwowej firmie, która działa jak polityczna karuzela.

Nie byliśmy więc znużeni, przemęczeni, nie mieliśmy ochoty rzucić w diabły życia obok korporacji, ponieważ… nie porzuciliśmy jej w sensie dosłownym. Nadal współpracujemy z dużymi markami, nadal robimy wiele fajnych projektów, ale – zdalnie. Do Warszawy z naszej Bocianki jest 170 kilometrów całkiem dobrymi drogami, na spotkania z klientami jedzie się 2,5 godziny, a kiedy zbudują autostradę i ekspresówkę, będziemy jeździli o godzinę krócej. Pod tym względem nadal jesteśmy mobilni, punktualni, zdyscyplinowani.

Wyszliśmy ze strefy miejskiego komfortu. Z ciepłego grajdołka wypełnionego  średnią latte na sojowym mleku.

______________________________________

Odcięliśmy się od stabilności życia w wielkiej aglomeracji, od bliskości galerii handlowej, centrów rozrywki, knajp i przyjaciół. O wszystkim, jak to bywa, zdecydował przypadek.

Od przypadku do…

ANIA: To był mój pomysł, żeby szukać rozwiązań, które dają podpórkę finansową na emeryturze. Pamiętasz? Mieliśmy w planie urządzić uroczą kawiarenkę z aneksem, w której będzie szafa z ciuchami. Albo sklep. A może sklep z polską modą w Paryż?. Lub fabrykę czegokolwiek.

JACEK: Fabryka czegokolwiek to był mój pomysł!

ANIA: Prawda! Ale za często mówiłeś, że to „cokolwiek” to może być nawet musztarda, a ja nie wiem, czy chciałabym do końca życia być królową musztardy. Więc umówmy się – chcieliśmy zrobić coś, co będzie procentowało, gdy oboje będziemy jak stare winogrona. Mogła to być galeria sztuki, ciastkarnia lub bielarnia. Mieliśmy różne pomysły, aż wreszcie wpadła mi w ręce informacja o fotowoltaice. Że każdy może zbudować swoją farmę fotowoltaiczną, dostać na nią kredyt i sprzedawać darmowy prąd za ciężkie pieniądze.

JACEK: Tak było. Ty rzuciłaś pomysł, ja zacząłem sprawdzać i liczyć, i… To zaczęło całkiem przytomnie wyglądać, średnio w miesiącu moglibyśmy spodziewać się około 6-8 tysięcy złotych dochodu, dodatku do emerytury. O panelach fotowoltaicznych moglibyśmy napisać osobny blog; byłby w dużej części poświęcony politycznej nieodpowiedzialności, która zabija biznesowe szanse Polaków i pozwala zmieniać reguły gry dosłownie kilka minut przed ich wejściem w życie. Jakież mieliśmy szczęście, że nie wzięliśmy kredytu na naszą farmę! Bylibyśmy dziś ugotowani.

Zaczęło się wiosną

Była wiosna 2015 roku. Wschód Polski spenetrowaliśmy już wcześniej, opracowując plany strategii marketingowej dla województwa lubelskiego, jeżdżąc do znajomych na Suwalszczyźnie, znając na wylot wszystkie ścieżki w Bieszczadach i wiele dróg i wsi na całym Podkarpaciu. To zawsze były dla nas miejsca magiczne, wspaniałe.

Ale wiosną 2015 roku mieliśmy w głowach tylko panele fotowoltaiczne i widok naszej przyszłej farmy, produkującej energię prosto ze słońca. Bocianka trafiła się przypadkiem, siedlisko znaleźliśmy w Internecie, a naszą uwagę zwróciły… słupy. Wielkie, wysokie, betonowe słupy. Stały dumnie w szczerym polu, 14 wieżyc każda po 4,5 metra, w latach siedemdziesiątych postawiono je jako element konstrukcji wielkiej stodoły. Właściciel budowy nigdy nie ukończył, obok wyrosła obora, dom, drzewa…

Dlaczego o naszym życiu zdecydowały betonowe słupy? Bo chcieliśmy na nich ustawić trackery, czyli zespoły paneli fotowoltaicznych obracające się wokół własnej osi zgodnie z ruchem słońca i ustawiane idealnie pod właściwym kątem w stosunku do jego promieni. To pozwala wydłużyć dzień pracy na farmie, wyprodukować więcej energii.

Zobaczyliśmy to miejsce jeszcze tego samego dnia, w którym je odkryliśmy w Sieci. Było… pięknie. Sielsko. Cicho, spokojnie, nierzeczywiście. Wracaliśmy lekko podekscytowani, ale ciągle w kategoriach biznesowych. Że słupy, że idealne położenie, że niedaleko do transformatora. Kluczem do przyszłości okazały się… klucze do samochodu.

ANIA: Dosłownie. Zgubiłam przy wysiadaniu z auta kluczyki do swojego samochodu, ty wtedy prowadziłeś, musiały mi wypaść, gdy wyjmowałam coś z torebki. Wróciliśmy do Warszawy, potrzebowałam auta i – szlag by to trafił! Gdzie są kluczyki?

JACEK: Leżały w trawie w Bociance. Zadzwoniliśmy do właściciela posesji, poszedł-poszukał-znalazł. Ania uznała, że to znak, że musimy tam wrócić.

I wróciliśmy na zawsze.

Spojrzeliśmy na dom, na otoczenie zupełnie innym okiem. Ucieczka na wieś… Malutki, murowany 86-metrowy budyneczek z lat siedemdziesiątych, postawiony niemal w szczerym polu, 300 metrów od lokalnej drogi, która prowadzi do Grabarki – świętej góry prawosławia. Od południa ściana sosnowego lasu, od zachodu zalesione pagórki i pola z żytem lub kukurydzą, od północy niezamieszkałe siedlisko sąsiadów, krzyż, wielkie zagony krzewów bzu, gigantyczne brzozy i gniazdo bociana (bez bocianów), od wschodu młodnik, pola, piaszczysta droga. To wszystko.

Cisza. Spokój. Nic tu nie ma. Tylko my, ptaki, sarny, pszczoły i dwie kochane przybłędy, którym darowaliśmy dożywotnie wczasy – rudy pies i pręgowany kot.

Dlaczego uciekliśmy z miasta? Może z powodu chęci prawdziwej konfrontacji z własnymi słabościami?

__________________________________

Czy dlatego, by spróbować sił w zupełnie nowym, dzikim dla nas (mieszczuchów) środowisku? A może po to, by trochę otrzeć się o samotność, odnaleźć jakiś sens w tej codziennej, surrealistycznej gonitwie?

Spróbowaliśmy żyć inaczej

JACEK: Ania przez wiele lat mówiła, że nie rozumie swoich rodziców, którzy czerpali dziką radość z pielęgnacji własnego ogródka. A dziś mogłaby z niego nie wychodzić.

ANIA: A Jacek nie wiedział, że potrafi robić wspaniałe nalewki, że umie robić stoły…

Tu wszystko jest „nasze”. Od gwiazd, słońca i ziemi począwszy, a skończywszy na bezgranicznej ciszy, zieleni lub bieli. Bo zima tu jest prawdziwa, nie-miejska. Tu jest szczęście i sto utrapień, ciężka praca i lenistwo, łagodność i surowość zarazem. Wszystko inne, proste, bezpretensjonalne.

Po pięćdziesięciu latach życia powinniśmy mieć może więcej rozsądku, szukać krótkich dystansów, które dzielą starszych państwa od gabinetu lekarskiego i parku z ławeczką. Ale my poczuliśmy tu drugą młodość, nową radość życia.

Spokojnie, to nie są słowa pisane w emfazie przez dwoje nastolatków, to prawdziwy stan naszych emocji. Nasza ucieczka na wieś nastąpiła bez wyrazistego powodu. Godziliśmy się na brak finansowej stabilności, na wyobcowanie, całkowitą zmianę stylu życia. Kiedy układamy treść tego postu, w przerwach podjadamy duże plastry swojskiego twarogu polanego miodem od przyjaciół zza miedzy i obłożonego grubą warstwą powideł własnej roboty, ze śliwek kupionych od gospodarza. Chyba nigdy tak smacznie i zdrowo nie jedliśmy. Nigdy z taką radością i pasją.

Ucieczka na wieś: dobra energia

Ta zmiana poprzedzona była setką obaw, odnoszących się do naszego prywatnego życia, do relacji w rodzinie, wśród przyjaciół, do naszych zobowiązań zawodowych. Mieliśmy pietra, chwile zwątpienia, ale nigdy nie pojawiła się rezygnacja. Może za łatwo nam poszło? Może wystarczająco długo szykowaliśmy się do tej zmiany, a przez to – oswoiliśmy się z jej skutkami?

Jeśli więc jest jakiś powód, dla którego warto było zmienić Warszawę na odludzie Bocianki, to jest nim DOBRA ENERGIA. Tu ją znaleźliśmy. Ciężko pracujemy, bywa, że bolą nas plecy, ręce, ramiona, bo nie ma dnia, by w gospodarstwie nie znalazło się coś, co trzeba zmienić, przenieść, wykopać-wkopać, naprawić lub choćby sprzątnąć. Do tego dochodzi stres pracy zdalnej, zwłaszcza w powiązaniu z wieloma kłopotami z dostępem do Internetu.

Ale dobra energia przeważa. Wygrywa ze stresem, z fizycznym bólem i dużą odległością od rodziny.

Pcha nas do przodu: każdego dnia jesteśmy młodsi.

Warto. Warto było uciec na wieś, by móc dzisiaj napisać takie słowa.

Ania i Jacek

OBEJRZYJ: UCIECZKA NA WIEŚ. Tak uciekają na wieś Brytyjczycy

Za rok będziesz żałował, że nie zacząłeś dzisiaj.

Przeczytałem to zdanie w Sieci i je kradnę. Nie chcę żałować. Nie chcę czekać, nie ma sensu. Jeśli mamy mierzyć się z własnymi marzeniami, jeśli chcemy coś zmieniać, odwlekanie decyzji jest zwyczajną stratą czasu.

Jeśli masz plan w stylu „Zmienię to” – znaczy: zacznij zmieniać już dziś. Wyznacz cel, albo choć rozpocznij myślenie o celu. Zapełnij pierwszą kartkę własnymi propozycjami.

Co zamierzasz osiągnąć, w jaką stronę pójść, co zmienić?

Masz rację, tak wyglądają wszystkie postanowienia noworoczne. Czyli spisy zadań, do których wracamy co roku, obiecując solennie, że już od stycznia, od pierwszego dnia w Nowym Roku – wszystko się zmieni.

Nie.

Prawdziwa przemiana dzieje się tu i teraz, tej nocy, tego dnia. Albo-albo.

Albo czujesz olśnienie, działasz, otwiera się przed Tobą nowa przestrzeń.

Albo żyjesz po staremu.

______________________________

Takie decyzje podejmuje się po namyśle, ale: twardo.

Jednorazowo. Stanowczo.

Ja sam miałem chwile zwątpienia. Bo tak jak jest, jest dobrze. Praca, dom, święty spokój. Myślałem o swojej roli, o tym co potrafię, co chciałbym robić do końca świata. Nie w kontekście awansów, karier, ale raczej – dla własnej przyjemności. Co sprawiłoby mi przyjemność?

I widziałem wiele ścieżek. I wspólnie z Anią wybrałem tę jedną.

Pomysły… Zmiana miejsca zamieszkania, stylu życia, okoliczności, to tylko narzędzia. Postaw sobie pytanie o cel: co TAM będzie się działo, co planujesz zrobić, jak i z czego, i dlaczego, i dla kogo będziesz żył? 

Wiesz, jaką mam odpowiedź na to ostatnie pytanie: dla kogo będę żył?

Odpowiadam: dla siebie. Piszę to z egoistyczną premedytacją. Dla dzieci, rodziny, wnuków, korporacji czy dla własnego biznesu żyje się do tego jedynego w swoim rodzaju momentu, w którym mówisz sobie pod nosem – Teraz, kurwa, Ja! TKJ!!! Teraz pora pomyśleć o sobie, zobaczyć siebie za lat dwadzieścia i cieszyć się tym widokiem.

To się liczy zwłaszcza wtedy, kiedy kończysz pięćdziesiątkę. Kiedy patrzysz na świat innym, spokojniejszym wzrokiem. I goląc się rano zagadujesz do siebie z wielkim pytajnikiem – CO DALEJ?

Podpowiadam: zmień swój świat. TKJ nie oznacza braku empatii, nie oznacza zamknięcia się na  bliskich, na rodzinę, przyjaciół. Oznacza wyłącznie Twój osobisty wybór: CHCĘ ŻYĆ WŁAŚNIE TAK. Po swojemu.

Wybierz to, co jest Ci najbliższe. Zgodne z Twoją naturą. Zgodne z wiedzą, którą udało Ci się zgromadzić, z doświadczeniami życia i filozofią, której hołdujesz. Nie idź wbrew sobie, nie szukaj wytłumaczeń – że nie da się, że nie wolno, że nie ma szans.

Wszystko się da. Wszystko potrafisz.

Jacek