Jest koniec listopada, a ja zrywam na rabacie liście świeżego, lekko przymrożonego szpinaku. Będzie śniadanie: jajecznica ze szpinakiem!

Jemy dużo warzyw i owoców. Codziennie. To jeden z największych plusów życia daleko od miasta – możesz dopieszczać swoją wątrobę i jelita przeróżnymi mieszankami, a wszystkie składniki zawsze  masz pod ręką, niemal przez cały rok. Dlaczego to jest tak ważne?

Nie wklepuję w twarz drogich kremów, bo mam wrażenie, że więcej korzystnych dla cery elementów dostarczam „od środka”, jedząc zdrowo i nie hołdując jakiejś szczególnej diecie. Nie ma dnia bez warzyw i owoców! Innymi słowy – opóźnianie procesów starzenia powierzam antyoksydantom zawartym przede wszystkim w warzywach i owocach. Aby dotarły do każdej komórki, zaspokoiły wszystkie potrzeby organizmu, potrzeba ich naprawdę sporo. Teoria mówi, że…

minimum połowę codziennej porcji pożywienia powinny stanowić warzywa i owoce.

______________________________

Czy pilnuję tej reguły? Staram się. Przede wszystkim – każdy dzień zaczynamy od owoców. Niemal przez cały rok są to jabłka i gruszki, potem jest lekkie śniadanie z dużym udziałem owoców i bardzo często – dyni. (Dynię uwielbiamy w każdej postaci, a przechowujemy jako mrożonki i w zalewie.) Sami robimy kapustę kiszoną i kisimy ogórki, więc obiadowym standardem są i one. Do przetworów trafiają także patisony i buraki w zalewach z octu jabłkowego i dodatków. Ponadto mrozimy koper, nać pietruszki i selera, szpinak, botwinkę, por, seler, marchew – generalnie wszystkie warzywa z naszego ogrodu. To nasza całoroczna apteka.

Wierzę w swoją wewnętrzną armię. W przeciwutleniacze, minerały, witaminy. W tę moc, która bierze się prosto z natury.

Gdzie szukać przeciwutleniaczy?

Tlen, który dostaje się do komórek naszego organizmu jest nośnikiem energetycznym. Jednak w procesie wytwarzania energii zaangażowane są nie wszystkie jego cząsteczki, część uwalnia się w postaci tzw. wolnych rodników i atakuje zdrowe komórki ludzkiego ciała. Antyoksydanty (przeciwutleniacze) walczą z wolnymi rodnikami, hamują ich szkodliwe działanie – między innymi ograniczają ich wpływ na naszą cerę. Dlatego tak ważne jest, by dostarczać organizmowi broń do walki z wolnymi rodnikami, czyli odpowiednią ilość dobrej jakości pożywienia zawierającego możliwie najwięcej antyoksydantów.

Naturalnymi przeciwutleniaczami są m.in.: karotenoidy, witamina C, E oraz A, koenzym Q10 oraz  bioflawonoidy. Spośród przeciwutleniaczy obecnych w żywności to flawonoidy, a zwłaszcza antocyjany, mają największy potencjał antyoksydacyjny.

Można je znaleźć głównie w owocach i warzywach. To w ich tkankach znajdują się największe ilości naturalnych i zróżnicowanych związków antyoksydacyjnych. Zaleca się spożywanie 2-5 porcji owoców i 2-6 porcji warzyw dziennie, ze szczególnym naciskiem na owoce jagodowe (np. czarne jagody czy borówka amerykańska), ciemnozielone warzywa (np. brokuły) oraz rośliny strączkowe (ciecierzyca, soczewica).

Czy jest jakiś prosty klucz, którym należy się kierować w poszukiwaniu roślin posiadających najwięcej antyoksydantów?

Specjaliści twierdzą, że warto sobie upatrzyć owoce o barwie czerwonej i czarnej oraz ciemnozielone i czerwone warzywa. Wśród warzyw najwięcej flawonoidów zawierają przede wszystkim pomidory (ale najlepiej po przetworzeniu), brokuły, papryka, sałata, rośliny strączkowe, zielona herbata i wino czerwone. Poza herbatą i winem – wszystko to można mieć we własnym ogródku.

Domowy magazyn antyoksydantów

  • CZARNE JAGODY. Zawierają najwięcej przeciwutleniaczy, a dodatkowo witaminę C, A, witaminy z grupy B wyjątkowo dużo składników mineralnych w tym luteinę. Są łatwo dostępne dosłownie na wyciągnięcie ręki. Jeśli mieszkasz w mieście, serdecznie polecamy leśne wyprawy – w dobre dni można nazbierać kilka litrów, a potem mrozić, suszyć, robić z nich konfitury i soki.
  • BORÓWKA AMERYKAŃSKA ma bardzo silne właściwości antyoksydacyjne. Działa przeciwnowotworowo, wspomaga pamięć i działanie wątroby, ma duże ilości błonnika, witamin i przeciwutleniaczy.
  • ARONIA. Świeża nie jest specjalnie smaczna, ale zbierana późną jesienią, w postaci soku lub suszona i dodawana do herbaty to najbogatsze źródło polifenoli, zwłaszcza antocyjanów, dzięki którym jej owoce działają ochronnie na układ krążenia. Zawiera witaminy C i E oraz karotenoidy.
  • ŻURAWINA. Ma bardzo dużo przeciwutleniaczy, ale uwaga – lepiej kupować żurawinę organiczną, z lasów, a nie z plantacji. Obawiam się, że w owocach zbieranych na plantacjach roi się od pestycydów. W naszej okolicy żurawina niestety nie rośnie, kupiliśmy więc kilka krzewinek, posadziliśmy w gruncie, który ma najwięcej wilgoci. Leśnej żurawiny jemy jednak bardzo dużo, kupuję na ryneczku w czasie sezonu u sprawdzonego dostawcy, mrożę. Robimy z żurawiny, miodu, czosnku i kilku innych dodatków nasz jesienny „wzmacniacz” – taka domowa antygrypowa profilaktyka, idealnie działa i świetnie smakuje. Dobrze przygotowana w postaci konfitury jest świetnym dodatkiem do ciast, a w formie owoców trafia zawsze do naszej porannej jaglanki z dynią. 

EDIT JACKA: Skończyłem właśnie klarować genialną nalewkę z żurawiny! Moim zdaniem to również jest znakomity sposób wydobywania z owoców ich najlepszych właściwości. No nie śmiej się, serio tak myślę…

Magazynu ciąg dalszy…

  • JEŻYNY. W lasach jest ich sporo, my cieszymy się własnymi zbiorami – jeżyny mają ogrom wapnia i fosforu, są niezwykle bogate we flawonoidy, zawierają witaminę A, C i kwas foliowy, witaminę B1 i B6, ryboflawinę oraz kwas pantotenowy. Dwukrotnie silniejsze właściwości przeciwutleniające mają podobno nasiona jeżyn. 
  • MALINY. Przyznaję – nie mamy własnych malin, kupujemy na ryneczku, mrozimy lub jemy na bieżąco, to kopalnia przeciwutleniaczy i witaminy C. Mrożenie nie pozbawia ich właściwości leczniczych, a to chyba najlepszy, poza sokiem i konfiturami (tak, wiem, i nalewką) sposób ich przechowania przez długą zimę. 
  • TRUSKAWKI. Wydawałoby się – pospolite aż do bólu. Z pewnością te z własnego ogródka są nie do podrobienia! Zawierają duże ilości kwasu elagowego, który ma właściwości antynowotworowe, są źródłem witaminy C, która z kolei stymuluje produkcję kolagenu, a ten znacząco wpływa na jakość cery. Nalewek z truskawki nie robimy, za to mamy zamrożone na zimę kilka dobrych kilogramów, a w ziemiance – kilkanaście słoików truskawkowego dżemu. Nigdy go nie słodzę: najlepszą słodycz mają same owoce.
  • DZIKA RÓŻA.To gigantyczne źródło witaminy C (około 1250 mg/100 g suchej masy), ale również wielki zestaw karotenoidów, witaminy E i flawonoli. Świetna w formie suszonej, w nalewkach i soku. 
  • ŚLIWKI. Zwiększają wchłanianie żelaza i innych minerałów w organizmie. Przykładowo ja robię z nich powidła, do których czasem dodaję kakao. I również nigdy nie słodzę – warunkiem jest zakup owoców w najbardziej „słodkim” momencie, gdy są już niemal przejrzałe. Na przykład węgierki sprzedawane na ryneczku przez okolicznych rolników są we wrześniu najsmaczniejsze i najlepsze do przetworów – mają moc cukru. Nie próbowaliśmy ich jeszcze suszyć, choć w tej formie można je przechowywać bardzo długo i również nie tracą właściwości.

Owoce i korzenie

  • JABŁKA, ale głównie czerwone odmiany. Im bardziej głęboka jest ich barwa, tym więcej posiadają przeciwutleniaczy. I znów – szukaj jabłek z ekologicznej uprawy. Oprócz antyoksydantów zawierają ogromne ilości pektyny, która obniża poziom cholesterolu i bor, który pomaga wchłaniać wapń.
  • CZARNA PORZECZKA. Zawiera więcej witaminy C niż cytryna i zielona papryka. Jest jednocześnie ważnym źródłem witaminy B, żelaza, manganu i miedzi.
  • CZARNY BEZ. W zasadzie dostępny wszędzie, nie trzeba mieszkać na wsi, by znaleźć ten krzew – jego owoce zawierają dużo żelaza, witaminy C i naturalnych barwników. Na pewno są ważnym źródłem witaminy B1, B2 i B6 oraz kwasu foliowego. Zawiera mnóstwo flawonoidów: rutyny, kwercetyny, sambucyny. Owoców nie można jednak zjadać bezpośrednio – nadają się do spożycia po przetworzeniu, w postaci dżemów, soków i nalewek.
  • KORZEŃ PIETRUSZKI. Bogaty w olejki eteryczne i flawonoidy. Dodatkowo wspomaga funkcjonowanie żołądka i całego przewodu pokarmowego, polecany przy zapaleniu pęcherza moczowego.
  • MARCHEW. Jej aktywnym składnikiem jest beta-karoten, bogata we flawonoidy i olejki eteryczne utrudnia działanie wolnych rodników.

Pamiętaj o ziołach i orzechach!

Dobrym źródłem przeciwutleniaczy są również orzechy włoskie, orzechy pecan, owoce granatu, karczochy, brokuły, czerwona kapusta, czerwone winogrona, buraki, rokitnik pospolity. Z kolei zielone trawy pszenicy, jęczmienia i lucerny zawierają prawie wszystkie rodzaje witaminy B, dużo witaminy C. Mają również ponad sto różnych składników mineralnych, mikroelementów i enzymów. Rośliny strączkowe, a w szczególności nasiona soi, bobu, grochu, fasoli i soczewicy również charakteryzują się wysoką obecnością związków fenolowych.

W naszej kuchni, która ma sprzyjać działaniom wewnętrznej armii przeciwutleniaczy, bardzo szczególną rolę spełniają zioła. Dodajemy je niemal do wszystkich przygotowywanych potraw, by zapobiec powstawaniu produktów utleniania. Najlepiej działa tu rozmaryn i szałwia, ale też oregano, tymianek, kurkuma, gałka muszkatołowa, cynamon, kminek, imbir i papryczka chilli.

Podsumujmy: Nie ma dnia bez warzyw i owoców! Dzień bez warzyw i owoców to dzień stracony. Przede wszystkim – dzień bez dużej ilości warzyw i owoców, to dzień stracony podwójnie – jeśli już zaczynasz stawiać na taki rodzaj pożywienia, rób to z rozmachem.

EDIT JACKA: Ale… powiedzmy też szczerze: ciągle się suplementujemy. Witamina C, witamina K, D3, głóg, magnez. Praktycznie każdego dnia…

Dokładnie tak. To uzupełnienie naszej diety, zakładam, że bardzo wskazane. Nie mamy przecież miernika ilości przyjętych antyutleniaczy i witamin, zakładamy, że to co zjemy w warzywach i owocach to baza naszego zdrowia. Nie zaszkodzi wzmocnić je witaminą C. Organizm swobodnie przyjmie każdą jej ilość – jesienią i zimą musimy uzupełniać poziom witaminy D3. Z kolei magnez stał się pochodną naszego uwielbienia dla kawy, która wypłukuje go z organizmu. Suplementom poświęcimy jednak osobny wpis, bo chyba warto.

Ania

CZYTAJ RÓWNIEŻ: 6 zasad, które pomogły nam zdrowo się odchudzić 

DOBRE ŹRÓDŁO: Dlaczego borówka jest tak ważna?

DOBRE ŹRÓDŁO: Ranking antyoksydantów

Fot. Jola Lipka (2x)

To będzie bardzo krótki wpis. W zasadzie to on prawie już się kończy. Żeby dobrze się wysypiać i wydłużyć dzień o półtorej godziny trzeba zasnąć i wstać półtorej godziny wcześniej niż zwykle. I nie potrzebujesz 20 rad na bezsenność.

Dziękuję, i do następnego wpisu! Dobranoc.

Albo nie… Tak naprawdę chciałbym napisać coś bardzo, bardzo serio. Podać więcej niż 20 rad na bezsenność i więcej niż kilka zdań o wychodzeniu z bezsenności, co  do niedawna było moim osobistym problemem. Receptą okazała się metoda „odzyskania półtorej godziny”, czyli całkowite przemodelowanie trybu życia i pracy.

Zacznijmy od tego, że wydłużenie dnia o godzinę-dwie wydawało mi się niemożliwe dopóki nie poznałem Pana Sławka. Pan Sławek jest naszym prawie najbliższym sąsiadem: mamy do siebie mały kilometr z maleńkim okładem i dlatego widujemy się prawie codziennie. Przecież co to jest dla sąsiada przejść lub przejechać mały kilometr? To jest nic.

Receptą Pana Sławka na radykalne wydłużenie dnia jest wstawanie o piątej rano, albo nawet dużo wcześniej. A drugą częścią tej recepty jest wczesne chodzenie do łóżka. I tym sposobem bilans teoretycznie pozostaje ten sam – doba nadal ma 24 godziny, snu jest niemal tyle samo, co wcześniej, ale… dzień jest dłuższy o jakieś półtorej godziny. Albo nawet dwie. Zaraz to wytłumaczę.

Nie mogę spać!

W naszej okolicy chyba wszyscy poszli ścieżką Pana Sławka. Kładą się wcześnie i wstają wcześnie! Nie ma nocnych Marków, nie ma sów, światła gasną daleko przed północą. Dla kogoś takiego jak ja, z trwałym zespołem objawów bezsenności psychofizjologicznej, początkowo wydawało się to zabawne i nieco pretensjonalne. Wieś chodzi spać z kurami, wiadomo…

Mój problem ze spaniem trwał jakieś pięć lat. Był nietypowym skutkiem przyjętego trybu życia, albo raczej – sposobu organizowania sobie pracy i działań twórczych. W najbardziej krytycznych miesiącach mogłem położyć się o pierwszej, drugiej, trzeciej w nocy – a i tak wewnętrzny budzik otwierał mi oczy zawsze o godzinie 4:19. Prawie nigdy wcześniej, nigdy później. I od tej pory nie spałem już do samego rana. Zdarzały się drzemki, zasypiałem w półjawach/półsnach około 6 rano, czasem nawet później – wstawałem o 7:30 i wydawało mi się, że jestem wyspany.

Nie byłem wyspany, ale setka kaw stawiała mnie do pionu, więc ten układ, który mieliśmy, sen i ja, jakoś funkcjonował. Dawałem radę.

___________________________

Rzecz jasna, leczyłem się – bezskutecznie. Ciężkie leki, których nie chciałem przyjmować, bo uzależniają, powalały mnie jak stare drzewo. Ale każdy dzień po nich był koszmarem. Leki ziołowe nie działały w ogóle. Nie pomagało liczenie baranów lub polityków, czytanie do bardzo późna, żeby zmęczyć oczy i mózg, nie pomagało słuchanie radia  (rano mogłem melorecytować wszystkie nocne wiadomości), nie pomagała gimnastyka, piwo, spacery, kąpiele, nic, nic, nic. Kładłem się grubo po północy i – budziłem zawsze o 4:19. A wcześniej położyć się – nie potrafiłem.

Też jesteś sową?

Mówiąc inaczej – byłem sową z wolnego wyboru i przyzwyczajenia. Kilkanaście lat codziennego pisania po nocach zrobiło swoje, mój organizm przestawił się na tryb życia, który wielu znajomym wydawał się dziwny i nieodpowiedzialny – nie tylko bardzo późno kładłem się spać, ale wyjątkowo wcześnie wstawałem.

Co mnie wyleczyło? Czyste podlaskie powietrze? Ciemność, o której już tu pisaliśmy? Częściowo tak, zwłaszcza kompletna ciemność – wydaje mi się, że ma ona naprawdę ogromne znaczenie w przypadku bezsenności. Jeśli nie masz na czym zawiesić oka, jeśli kształty nie wpełzają pod powieki, łatwiej zapada się w półsny i  łatwiej regeneruje się mózg. Kolejny pozamiejski czynnik to cisza. Ogłuszająca w naszym przypadku. Z powodu dobrych okien i z powodu lasu dookoła i pól, z których dobiega jedynie szum zachodnich wiatrów.

Obudź w sobie dziecko

Ale najmocniejszy wpływ na moje wychodzenie z bezsenności miało to PanaSławkowe wydłużenie dnia, a ściślej – doprowadzenie do stałej reguły zasypiania i budzenia. Dziś uważam to za najważniejsze. Kładziesz się spać stale o tej samej porze i stale o tej samej porze wstajesz, dając sobie za każdym razem, każdej nocy jednakową dawkę snu – minimum 7 godzin.

Kładąc się tuż po godzinie 23 wstaję o szóstej. Zyskałem półtorej godziny dnia!

Czy to jest trudne – zmienić przyzwyczajenia? Jest trudne. Najtrudniejsze wcale jednak nie jest wczesne wstawanie, dużo trudniej pogodzić się z myślą, że trzeba położyć się wcześniej. Po co, skoro nie chce mi się spać? Jest i na to pewien sposób – to wieczorny rytuał. W pewnym sensie pozwalamy sobie na powrót do czasów dzieciństwa. Pamiętacie? Najpierw dobranocka, siku, myjemy uszy i noski, potem mama lub tata opowiadają straszną bajkę, potem nas przytulają, całują, gaszą światło i… I tak codziennie, według stałego harmonogramu, o tej samej porze.

Ważne pytanie – czy kładąc się tak wcześnie, zasypiam od razu? Teraz tak, ale wcześniej wydawało mi się to katorgą. Leżałem w ciemnościach i nic. Z czasem jednak mózg i ciało przyzwyczaiły się do harmonogramu snu, a ja zbudowałem sobie całą strategię walki z bezsennością. Odżywiam się inaczej, mniej myślę o problemie z zasypianiem (nie zaprzątam sobie nim głowy) i stosuję się do reguł, które w moim przypadku okazały się nad wyraz skuteczne.

Spróbujesz? 

20 rad na bezsenność

  1. Kup nową poduszkę – nie masz pojęcia, jak ważna jest poduszka!
  2. Zmień materac ze starego na wygodny.  Wypróbuj w sklepie, dobierz odpowiednią  miękkość, posłuchaj rad specjalisty-sprzedawcy.
  3. Wystaw z sypialni elektroniczny zegar lub inny radiobudzik. Kup budzik, którego nie słychać i nie widać. W nocy nie musisz sprawdzać, która jest godzina.
  4. Połóż blisko łóżka małe woreczki z lawendą.
  5. Zasłoń wszystkie zasłony, zgaś wszystkie światła. W sypialni liczą się tylko egipskie ciemności!
  6. Zdecydowanie wyłącz komórkę i zostaw ją w innym pokoju, nie zginie.
  7. Zrezygnuj z „ostatniego” papierosa i „ostatniego” kieliszka wina – w drugiej połowie nocy, kiedy alkohol jest metabolizowany przez organizm, poważnie zakłóca jego funkcjonowanie, a zwłaszcza najważniejszą fazę snu.
  8. Ustal sobie stały, sztywny Harmonogram Snu. I przestrzegaj go! Śpij dokładnie od-do.
  9. Budź się wcześniej niż dotychczas, stale o tej samej porze.
  10. Kolację jedz trzy godziny przed snem. Jeśli męczy cię głód, zjedz kilka orzechów lub suszone owoce. Produkty o wysokim wskaźniku glikemicznym wywołują senność – jeśli musisz podjadaćy, jedz włoskie orzechy, suszone wiśnie, migdały, banany. Pij herbatę z rumianku. Unikaj produktów wysokobiałkowych, które stymulują uwalnianie dopaminy odpowiadającej za podtrzymywanie stanu pobudzenia i czuwania.
  11. Zanim pójdziesz do łóżka weź gorącą kąpiel.
  12. Przed snem wykonaj najprostsze ćwiczenia relaksacyjne, oddychaj głęboko, medytuj.
  13. Nie oglądaj tuż przed snem telewizji, nie przeglądaj wiadomości na smartfonie. Poczytaj w fotelu (!) papierową książkę lub gazetę.
  14. Nie czytaj książki w łóżku. Nie oglądaj w łóżku telewizji. Łóżko służy wyłącznie do spania i seksu.
  15. Seks działa bardzo dobrze na bezsenność.
  16. Przytulanie przed snem również dobrze działa na bezsenność.
  17. Kiedy leżysz w łóżku i nie zasypiasz, poświęć ten czas na myślenie o konkretnych celach, planuj, wspominaj, fantazjuj, marz, nie zastanawiaj się nad długością snu i nie stawiaj sobie pytania – kiedy ja, k…a, wreszcie zasnę? Potraktuj ten czas jak wyzwanie, chwilę na ważne przemyślenia. 
  18. Wstawaj zaraz po dźwiękach budzika.
  19. Poświęć kilka minut na poranny rozruch. Rozciągaj się, kręć miednicą, wykonaj kilka skłonów, przysiadów.
  20. Nie rozmawiaj z nikim o swojej bezsenności. Przestań wałkować ten temat, przestań nim żyć. Nie umiera się z powodu bezsenności. Daje się ją skutecznie wyleczyć.

Lekko nie jest… wiem.

I tyle. Lekko nie jest, wiem, bardzo trudno zmienia się przyzwyczajenia, ale przyznajmy otwarcie – życie w ciężkich stanach bezsenności także do przyjemnych nie należy. Ale może być inaczej, dużo lepiej, zapewniam.

Czy wszystkie te mądrości, 20 rad na bezsenność, są wyłącznie efektem moich osobistych doświadczeń i wielu wizyt u lekarzy? Nie. Najlepszy skutek i największe wrażenie wywarła na mnie lektura książki dr. W. Chrisa Wintera „Dlaczego jeszcze nie śpisz? Wszystko, czego potrzebujesz, żeby się w końcu wyspać”.

Gorąco polecam – napisana lekkim językiem przez znakomitego specjalistę od snu nie tylko obala wiele mitów w kwestiach bezsenności i opisuje jej przyczyny, ale przede wszystkim – świetnie stymuluje do działania. Objaśnia, podpowiada, a kiedy trzeba nawet wyśmiewa niektóre z naszych zachowań i stanów lękowych. Wszystko po to, bo pomóc. I szczerze mówię – pomaga.

Jacek

Dr W. Chris Winter: „Dlaczego jeszcze nie śpisz? Wszystko, czego potrzebujesz, żeby się w końcu wyspać”. Wydawnictwo Laurum. Cena: 56,90 zł.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Zrób dobry plan na życie

Życie na wsi zamiera w początkach listopada i budzi się w końcu lutego. Między początkiem i końcem czai się ona – jesienna, zimowa deprecha.

Nie idealizuj wiejskiego pustkowia. Naiwność – tak wspaniale popychająca do działań niekonwencjonalnych – to wspólna cecha mieszczuchów, którzy pragną wyprowadzić się na odludzie. Tutaj chcą cieszyć się ciszą i „żyć z dala od zgiełku cywilizacji”. Może tak być, że jeszcze do tego zgiełku zatęsknisz…

Ciszy można się przestraszyć.

Dom na pustkowiu, czarna noc (noce na wsi to zwykle noce w całkowitej ciemności), posępne ściany lasów. Nagle gdzieś słychać trzask łamanej gałęzi… wystarczy, by spietrać. Ciszę wiejskiej nocy może wypełnić ujadanie psa, ale najczęściej nie wypełnia jej kompletnie nic. Taka cisza jest estetycznie piękna i plastyczna, można pod nią podłożyć wszystkie swoje lęki, bojaźnie i senne marzenia. Można po prostu zasnąć (jeśli sen chce przyjść) albo wtulić się w kogoś lub siebie (lub po prostu w kota). Albo nie spać, gapić się w sufit i myśleć, myśleć…

Samotność na odludziu potrafi być dobijająca.

__________________________________

To jedna z pierwszych listopadowych refleksji, która dopada człowieka, gdy snuje się po siedlisku i przez cały dzień ani od wschodu, ani od zachodu, znikąd nie zbliża się żaden przechodzień. Nie ma ruchu, bo nie ma powodów do ruchu, bo zimno, bo ponuro, bo mży. I tak przez listopad, przez grudzień, styczeń. Wpadną raz na miesiąc panowie po worki z odpadkami – jest wreszcie okazja, by pogadać. Zajrzy listonosz… albo nie, nie zajrzy, zadzwoni, bo co będzie jechał w taką pogodę: pan wpadnie na pocztę, panie Jacku, polecony zostawiam…

Zima wszędzie… Tak daleko do sąsiada…

Ludzi jak na lekarstwo. Kontaktów bezpośrednich prawie zero, jeśli nie liczyć samolotów z wysokiej, wschodnio-zachodniej destynacji. Wieś zasypia. Pod sklepem, gdzie zwykle szum i gwar pomieszany z piwem, nikogusieńko. Przy płocie nie ma bab i plotek, nikt nie kuca na skraju szosy, by obserwować samochody, nikt nie jedzie rowerem do wiejskiej świetlicy (wiejskie świetlice też zapadają w sen, akurat właśnie wtedy). Nikt nie słania się na nogach, nie zbiera grzybów, jagód, nikt nie orze, nie buduje, nie pieli ogródków. W oknach błyszczą jedynie kolorowe plazmy telewizorów i poruszają się martwe pajęczyny.

Głośniej bywa jedynie w lasach – trwa legalne i nielegalne piłowanie – i w najbliższym miasteczku, dokąd w targowy dzień wyrywa się z jesiennego snu prawie każda wiejska kobieta. Poza tymi rozrywkami: nuda.

Zdajesz sobie z tego sprawę?

Tak właśnie będzie. Może odrobinę przejaskrawiam, ale niewiele. Pamiętaj, że częścią uroku lub przekleństwa wiejskiego życia będzie na wsi jesienno-zimowa samotność. Jeśli potraficie dobrze ją znosić we dwoje, z rodziną, lub jeśli jesteś hardcorowcem i wybrałeś żywot pustelnika, taka sytuacja to raj. Jeśli masz łatwość popadania w deprechę, o tej porze roku na wsi nie będzie Ci lekko.

W takich chwilach warto mieć sąsiadów. Na pewno warto dbać o nich, pamiętać, rozwijać relacje, zaprzyjaźniać się z wsią we wszystkich kierunkach, być ciekawym jej życia.

Nie zamykaj się w swoim mieszczańsko-wiejskim ciepełku.

Doceniam tutejszy zwyczaj zagadywania do siebie przy byle okazji. W sklepie, gdzie głównie alkohol, papierosy, chleb i konserwy, nie można zrobić po prostu zakupów – trzeba pogadać. Choćby o zdrowiu, o pogodzie, o tym kto umarł lub bierze ślub, albo o cenach, że wszystko coraz droższe i o zarobkach – że coraz niższe. Przede wszystkim doceniam te chwile, gdy przejeżdżający wzdłuż naszego płotu daleki sąsiad powie, że pada (bo pada) albo przypomni, że pora już przyciąć jabłonkę. Lubię te proste, zwyczajne komunikaty. Otwieranie ust z powodu lub bez.

W samej wsi, między gospodarstwami życie wiejskiego neofity jest nieco łatwiejsze – zawsze znajdzie się jakiś pretekst, by zastukać w okna sąsiadów i wprosić się na kawę. Zwróć uwagę, że na odludziu, w samotniach, na skrajach wiosek lekko nie jest. Jesień staje się próbą charakterów, zima albo ostatecznie dobija, albo… wzmacnia.

EDIT Ani: Nie strasz! Gdzie w Warszawie znajdziesz zimą takie piękne, pełne optymizmu widoki???

No fakt. Masz rację 🙂

Jacek

Ta książka jest dla nas jak spotkanie ze starymi przyjaciółmi. Jej autorkę, Natalię Sosin-Krosnowską znamy z cyklu telewizyjnych programów „Daleko od miasta”. Tam też poznaliśmy wielu bohaterów jej opowieści.

O lękach i nadziejach. O radościach i porażkach. A przede wszystkim o historii i teraźniejszości. W książce „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta” niemal na każdej stronie natknąć się można na znakomitą opowieść prosto z wiejskiego podwórka. Jedni wyjechali na wieś, bo szukali sposobu na biznes. Inni uciekali przed samym sobą, przed hukiem cywilizacji, szukając spokoju i ciszy. Czy znaleźli?

Otóż chyba wszyscy, choć nie każdy w takim stopniu i nie każdy zgodnie z wcześniejszymi marzeniami.

“Cisza i spokój”. Sceny prosto z życia.

Tak jak w filmach Natalii Sosin-Krosnowskiej prezentowanych w kanale Domo+, bohaterowie jej opowieści miotają się w ocenach pomiędzy tym co jest realnym sukcesem, a swoimi wcześniejszymi marzeniami i wyobrażeniami o wiejskim życiu. Autorka rozmawiała z niemal setką osób, które wyprowadziły się z miasta na najczęściej na odludzie. Pytała ich nie tylko o marzenia, ale też o sprawy prozaiczne. Jak szukać domu, ile potrzeba pieniędzy, z czego żyć, czy warto mieć plan B?

Tak, to są arcyważne pytania. Kluczowe, gdy podejmuje się decyzję, od której nie ma odwołania. W szczerych opowieściach można wyczytać prawdę o wiejskim życiu nie pomiędzy wierszami, ale w każdym zdaniu. Bo zaletą tej książki jest jej uczciwość.

Tu nic nie jest kolorowane.

Martucha ręcznie, kawałek po kawałeczku uzupełnia fugi pomiędzy cegłami i później przez miesiąc leczy swój bark zmaltretowany fugowaniem. Darek przyznaje: „Było trudno. Naprawdę w najbardziej pesymistycznych scenariuszach mojego życia na wsi nie wyobrażałem sobie, że może być aż tak źle”. Rafał koczował w kuchni przy piecu przez całą zimę, wodę woził od sąsiadów, a mył się przy użyciu kubka. Anna i Paweł odbudowali młyn, który ma 4 piętra, a każde po 170 metrów kwadratowych – „Kocham to, mówi Anna. Rozstałam się z korporacją i jestem bardzo szczęśliwa”.

Decyzje o przenosinach na wieś nigdy nie były proste.

„Cywilizacja nas rozmiękczyła i jesteśmy tchórzami bojącymi się życia i śmierci.”

_____________________________________

W książce Natalii Sosin-Krosnowskiej nie znajdziesz jednak wyłącznie filozoficznych rozważań o sensie lub bezsensie mieszkania w mieście i ucieczki na wieś. To znakomity poradnik, lektura obowiązkowa dla każdego, kto rozważa mieszkanie wśród pól i lasów. Jak przygotować się do zakupu domu? Jak ocenić koszty remontu? W jaki sposób uruchomić produkcję kozich serów? Co to jest permakultura? Jak postawić piec rakietowy? Jak założyć gospodarstwo agroturystyczne? A jak postawić pasiekę?

“Cisza i spokój” to ważna książka

Mieliśmy trochę szczęścia, że zanim książka Natalii pojawiła się na rynku, my zaliczyliśmy już większość filmów z jej reporterskiego cyklu. Poznaliśmy wcześniej jej bohaterów, podglądaliśmy wnętrza ich domów, porównywaliśmy z naszym i – nie ma co ukrywać – szukaliśmy analogii, kopiowaliśmy niektóre rozwiązania. Nie warto przecież wymyślać koła.

Filmy Natalii bardzo nam pomogły, książka tylko wzmocniła ten przekaz. Utwierdziła w przekonaniu dobrego wyboru i pomogła porównać nasze życie z losem innych mieszczuchów, którzy zamienili high tech na high touch – jak to określił jeden z bohaterów jej najnowszej serii. W punkt.

„Ciszę i spokój” cenię za jeszcze jeden walor: to książka pełna życiowego optymizmu, dająca mocnego kopa. Nie ma w niej frustratów, którzy ponieśli życiową porażkę. Chwilowe upadki niemal zawsze kończyły się wzlotami. Kiedy wyczerpywał się Plan A, przychodziła pora na Plan B. Lub C.

Warto poznać losy bohaterów tej książki przed podjęciem decyzji o wyprowadzce na wieś. Nawet jeśli czytasz, że komuś nie udało się dokonać wszystkiego, co zamierzał. Gdy widzisz jak innym było ciężko i jak trudno jest łatwo żyć – każdy Twój osobisty wysiłek nabiera dodatkowego sensu, a wszystkie wątpliwości przemawiają na korzyść podjętej decyzji. Po latach powiesz tak jak my – było warto! Pomimo kłopotów, było warto.

Ania

Natalia Sosin-Krosnowska „Cisza i spokój. Cała prawda o życiu daleko od miasta”. Wydawnictwo Czarna Owca. Cena 39,99 zł.

 

Pół dnia grabiłam dziś liście, tworząc z nich jedenaście autonomicznych stert. Rąk nie czuję i dlatego proszę mnie nie denerwować pytaniami, czy grabienie liści ma jakiś głębszy sens? MA!!! I za chwilę to udowodnię.

Ale najpierw dygresja osobista. W jednym z wątków wtrąciłam się w Jackowy tekst o pożytkach mieszkania z dala od miasta, pisząc o fizycznych ćwiczeniach ze szpadlem i grabiami, które są lepsze od treningów Chodakowskiej. Czy to przez przypadek, czy przez osłabienie użyłam wtedy słowa: ćwiczenia, a powinnam użyć: CIERPIENIA!

Nie czuję rąk, albo wręcz przeciwnie – czuję wszystkie mięśnie rąk, nóg, pleców i mózgu, bo rzuciłam dziś światu wyzwanie globalne: zbiorę wszystkie nasze rodzone liście i igły! I od razu mówię, iż wszystkich zagrabić nie zdołałam – Jacek pewnie, gdy odejdzie od WAŻNYCH MĘSKICH SPRAW, pokaże mi za chwilę, że „tu jeszcze leży… no i tu jeszcze… I o, tutaj też leży… pełno igieł i pełno liści leży… co ty robiłaś całą niedzielę, kobieto?” – ale nic to, na tę chwilę mam wrażenie, że nie ma już żadnego liścia, którego nie musnęłyby swoją czułością moje czerwone grabie.

Więc mam 11 kupek liści.

I co z tego? Po jaką cholerę?

 

Pożytek z liści

Liście to skarb, kochani. Igły też. Pomijam walory rekreacyjno-crossfitowe: wykształciłam dziś biceps, triceps i czwarticeps w obu rękach i barkach. Spędziłam dzień na świeżym powietrzu. Dotknęłam żywej przyrody. Wąchałam mech, trawę (proszę bez złych skojarzeń) i odcisnęłam swoje piętno na grabiach. Sukcesem jest brak odcisków.

Ale liście to skarb prawdziwy. Kto ma liście, ten ma ziemię liściową, a kto ma ziemię liściową – ten ma zdrowy, piękny warzywnik i kwietnik. Moje liście zamierzam wykorzystać na 11 sposobów, między innymi:

  • suche liście powrzucam do beczek, w których latem przechowywaliśmy deszczówkę, ustawię w zadaszonym miejscu i gdy przyjdą pierwsze przymrozki wyjmę i zrobię z nich kopczyki dla roślin, które lubią mieć zimą ciepłe nóżki. Generalnie – wysypię je na wszystkich naszych rabatach kwiatowych i zimozielonych, bo chcę, żeby moje byliny dobrze przezimowały
  • nie zarażone chorobami liście spod drzew owocowych rozkładają się najszybciej i nimi wzmocnię i osłonię przed zimą nasz skalniak oraz podniesione rabaty warzywne. Część wrzucę do kompostownika; późną wiosną powinny nadawać się do rozrzucenia i przekopania w ogrodzie.
  • liście dębów, których mamy całkiem sporo, rozkładają się bardzo długo. One, a także liście buku i kasztanowca potrafią się rozkładać nawet przez trzy lata! Jutro więc poproszę Pana Kosiarkę, żeby wjechał w stertę z dębowymi i porządnie je wymłócił – to chyba najlepsza i najprostsza metoda rozdrabniania. Pan Kosiarka to Jacek: uwielbia kosić. Po rozdrobnieniu wysypiemy je na kompostowniku. Dosypiemy trochę preparatu przyśpieszającego rozkładanie (Komposan) lub kurzego nawozu (bo suche liście mają mało azotu) i za rok będziemy mieli cudną liściową ziemię.

Robimy kompost!

Szczęśliwie nie mamy jeszcze liści orzecha włoskiego – posadziliśmy go dopiero tej jesieni – ponieważ świeżo uschnięte liście orzecha wydzielają substancję, która hamuje wzrost innych roślin. Dlatego pewnie najlepiej jest je palić, jak radzą nam sąsiedzi, lub odkładać na osobną pryzmę. Po kilku latach także z nich zrobi się dobry kompost.

Co robimy z igłami? Igły sosny – każdej jesieni spadają ich miliony – są świetnym materiałem osłaniającym na zimę rośliny kwaśnolubne. Mogą także służyć – po przekompostowaniu – jako świetna ziemia próchnicza dla wrzosów, rododendronów, hortensji lub azalii. Z części igieł więc zbudujemy z nich kopczyki na korzeniach rododendronów i hortensji, będą nie tylko osłaniały przed mrozem i hamowały parowanie, ale też lekko zakwaszą glebę. Pozostałe pozostawimy w pryzmie, niech ulegają powolnemu rozkładowi. Przydadzą się kiedyś na wrzosowisku.

 

Mamy ten przywilej, że nadmiar igieł możemy wynieść do lasu, tam ich miejsce. Na trawniku nie powinny zalegać przez zimę, podobnie jak nie powinny na nim leżeć liście – ograniczają trawie dostęp do tlenu i słońca,

Jak zrobić ziemię kompostową?

A jeśli nie wiecie jak zrobić ziemię liściową, to podpowiem:

  • do kompostowania wybieramy liście, które ulegają szybkiemu rozkładowi. Pisałam już o drzewach owocowych, ale nadają się także liście brzozy, grabu, jesionu, lipy, topoli, wiązu czy klonu.
  • warto je rozdrobnić przy pomocy kosiarki, ogrodowego odkurzacza (niektóre posiadają taką funkcję) lub rozdrabniacza do gałęzi – mamy to urządzenie, ale nie wydaje mi się jednak, by było ono odpowiednio wydajne. Pan Kosiarka załatwia sprawę najszybciej.
  • kompostu nie powinniśmy układać z samej warstwy liści – po opadach deszczu zbiją się w oślizgłą miazgę i będą wtedy latami gniły. Dlatego trzeba je trochę rozluźnić, przemieszać np. z suchymi pędami bylin, wiórkami drzewnymi (tu właśnie przyda się rozdrabniarka do gałęzi), trocinami lub resztkami dyni czy ściętą trawą (ma dużo azotu)
  • warto, a nawet wręcz trzeba dołożyć do takiej sterty trochę dojrzałego kompostu, bo on spełni funkcję mniej więcej taką jak zakwas w cieście chlebowym – przyśpieszy dojrzewanie. Można dosypać trochę obornika, przydadzą się dżdżownice (kupiłam w Sieci za grosze) lub preparaty przyśpieszające kompostowanie
  • jest jeszcze inny, niekonwencjonalny sposób: upychamy liście do foliowego worka, zalewamy wodą (wilgoć jest potrzebna do rozwoju grzybów sprzyjających rozkładowi). Następnie zawiązujemy, przedziurawiamy w kilku miejscach, żeby część wody znalazła swoje ujście i zostawiamy w ustronnym miejscu ogródka. Za rok będzie z nich świetna próchnicza ziemia!

Do czego można użyć ziemi kompostowej z liści?

To idealny materiał służący jako podłoże do siewek. Nie ma jakiegoś ogromu właściwości mineralnych, ale stanowi doskonałą próchnicę. Cechuje ją duża przepuszczalność i zarazem duża pojemność wodna, ma trwałą strukturę. Polecam ziemię kompostową do uprawy drzewek i krzewów owocowych, a także do roślin wrzosowatych. Trzeba na nią trochę poczekać, na zimę taki liściowy kompostownik warto przykryć słomą, w czasie suszy koniecznie należy go podlewać, ale pożytek z tej dbałości jest naprawdę wielki!

A może liście spalić…?

Odpowiadam: nie warto! Liście palimy tylko w ostateczności, kiedy są ich naprawdę tony. Paląc – tracimy substancję organiczną, tracimy azot, który ulatnia się do atmosfery. Ale jeśli jest ich tak dużo, że nie można i nie ma gdzie ich przerobić, po spaleniu warto rozsypać powstały z nich popiół. Jest w nim sporo mikroskładników,  potasu, fosforu, wapnia i magnezu – przydadzą się roślinom! Popiół może być nawozem, choć nie ma w nim azotu, wykorzystajmy go do odkwaszenia gleby. Popiołu z naszych pieców (palimy głównie brzozą) używam np. do wzmacniania bzów-lilaków.

Podsumujmy zatem: to nie była taka całkiem nieudana niedziela. Mam tonę zgrabionych liści, mam kilka pomysłów na to, co można z nimi zrobić i… mam muskuły!

A teraz zalegnę na kanapie i proszę mnie nie budzić aż do rana 🙂

Ania (z Liściowego Wzgórza)

Bądźmy obiektywni: miasto ma swoje plusy, a wieś – nawet najpiękniejsza – słabsze strony. Jakie więc są minusy życia na wsi?

Mamy nasze siedlisko od blisko trzech lat, mieszkamy w nim od półtora roku. Połowę tego czasu zajął nam remont domu i modernizacja otoczenia: wyremontowaliśmy starą oborę, w której będą pokoje gościnne, zbudowaliśmy wielką drewnianą stodołę, na dachu położyliśmy panele fotowoltaiczne. Teoretycznie rzecz biorąc nasze wiejskie życie jest już poukładane, stateczne, a jedynym jego minusem jest to, że nadal musimy pracować 😉

Pracujemy zdalnie. Na szczęście.

Z perspektywy mieszczuchów świat zdalnej pracy jest prosty.

______________________________________

Budzisz się, robisz śniadanie, siadasz do biurka z zaparzoną poranną kawą i stukasz w klawiaturę, ile musisz lub ile chcesz. Tak było, gdy pracowaliśmy zdalnie w naszym warszawskim mieszkaniu. Tu jednak jest nieco inaczej…

Minusy życia na wsi: 1 – Internet

Okay, wiemy, są wsie i są wioski, i są wiochy. My mieszkamy prawie na końcu świata, w miejscu, w którym wije się Bug i gdzie za jego prawym brzegiem wyrasta cień Łukaszenki. Białoruś. Jest coś  porypanego w sieciach telefonii komórkowej, które traktują mieszkańców terenów przygranicznych jak Polaków drugiej kategorii. Żadna nie dostarcza, mimo umów, stabilnego sygnału. Dotyczy to w równym stopniu połączeń internetowych, jak i telefonicznych.

Efekt? Przez pierwsze miesiące, żeby nadać maila lub zadzwonić i móc swobodnie rozmawiać, jeździliśmy do odległego o kilka kilometrów miasteczka. Zmienialiśmy routery – bez żadnej poprawy. Użyliśmy wzmacniacza sygnału – poprawiła się jakość rozmów, ale wkrótce potem wzmacniacz padł 🙂

Teraz używamy Internetu satelitarnego. To drogie rozwiązanie, płacimy 229 złotych miesięcznie, ale mamy względnie normalną transmisję (trochę mniej niż 50 Mb/sek) i wreszcie możemy normalnie funkcjonować.

Brak zasięgu oraz Internetu w wioskach i na odludziu takim jak nasze stawiamy na pierwszym miejscu wśród przekleństw wiejskiego życia. Nic nas tak nie wk… jak właśnie to. I nikomu do tej pory nie zrobiliśmy tak wiele czarnego PR, jak Orange i T-Mobile. Sami sobie są winni.

Minusy życia na wsi: 2 – odległości

Nasi najbliżsi mieszkają 170 km od nas, a dalsi – jeszcze dalej. Siłą faktów widzimy się więc rzadziej, choć słyszymy i czytamy się codziennie. Niby wszyscy wiemy, co u kogo słychać, ale jeśli w Twoich domowych przyzwyczajeniach jest cotygodniowy kontakt i obiadek u teściowej, to zapomnij.

Łatwo nie jest. Blisko też nie.

________________________________

Kina w miasteczku nie ma, są sklepy, apteki, usługi, kawiarnie, kilka niezłych restauracji z dobrym podlaskim jedzeniem. Do sklepów 7 kilometrów, można by rowerem, ale za dużo górek, no i jak tu przewieźć coś większego? Samochód jest niezbędny. Od razu dodajmy – im wyższe ma zawieszenie, tym lepiej. We wsi jest sklep, ale najczęściej kupowaliśmy w nim piwo: nasze kolejne budynki były chyba najbardziej opitymi budowlami na Podlasiu!

Jeśli nie mieszkasz w pobliżu stacji kolejowej, wyjazdy na dalszą odległość mogą być problemem. My do przystanku kolejowego mamy półtora kilometra: nocny przemarsz w pełnym śniegu do dziś uważamy za fantastyczną przygodę, ale gdyby na naszym miejscu była samotna matka z bagażem i dzieckiem na ręku… Brrr… strach pomyśleć.

Jeśli masz dziecko w wieku szkolnym lub przedszkolnym, dojazdy trzeba sobie wkalkulować w codzienną mitręgę. Jeśli wypadnie Ci zachorować wieczorową porą, bardzo nam przykro… Apteka daleko i lekarz daleko. Trzeba to polubić, przyzwyczaić się. I wiedzieć, że na wsi wypada liczyć przede wszystkim na siebie. Patrz punkt 5.

Minusy życia na wsi: 3 – błoto, kurz

No, niestety… Zwykle urocza, wiejska, piaszczysta droga po listopadowych ulewach i w czasie wiosennych roztopów przestaje być obiektem czarodziejskich zdjęć na Instagramie. Pogodziliśmy się z tym. Podobnie jak z piaskiem, który na butach wnosimy z podwórka na ganek, do sieni i kuchni. Rozwiązaniem jest położenie bruku lub posianie trawy. Ale piach i błoto dopadną Was wszędzie; to jest wieś, a nie Marszałkowska.

Minusy życia na wsi: 4 – muchy, komary, robale

Z muchami mamy kilka obserwacji. Pierwsza – że występują w dużych ilościach głównie w tych gospodarstwach, w których jest dużo zwierząt hodowlanych. Jaskółki nie nadążają z łapaniem, a te lęgną się milionami i potrafią być prawdziwym utrapieniem. Druga – występują okresowo. U nas dwa średnio razy w roku, gdy sąsiad wylewa na okoliczne pola gnojówkę. Trzecia – że idealnym sposobem na muchy jest wentylacja mechaniczna: w naszym domu latem muchy nie występują. I czwarta – że wystarczy po każdej ubitej musze (mamy komplet łapek na muchy) krzyknąć: Jeszcze tylko miliard i po was! I robi się lżej.

Komary, meszki, kleszcze… Sorry, to już przestało być domeną wiejskiej okolicy, pełno ich nawet w centralnych parkach dużych miast. Przez trzy lata dopadliśmy na swoich ciałach dosłownie trzy kleszcze. W porze komarów używamy sprayu lub omijamy stawek.

Na pająki nie ma dobrej rady, choć jedno rozwiązanie ~ma szansę się sprawdzić: spray na pająki, który na spryskanej nim powierzchni tworzy barierę ochronną. Jest ona aktywna nawet przez trzy miesiące –  jak podaje producent: „w  momencie  kontaktu  pająka  z  opryskaną  powierzchnią,   mikrokapsułki   przyczepiają   się   do   jego   ciała   i   stopniowo   uwalniają substancję czynną”. Nie wiem, czy tak to właśnie działa, ale działa.

EDIT Ani: Ja nie zabijam pająków! Ja je przenoszę, proszę pana!

Myszy? Mamy kota, problem myszy to jego problem. Osy, szerszenie? Nauczyliśmy się likwidować gniazda os, a przede wszystkim – nauczyliśmy się żyć pomiędzy owadami. Kiedy nie czują zagrożenia, nie atakują.

Faktem jest jednak, że dla mieszczuchów wiejskie potwory mogą być przeszkodą. Można się do nich przyzwyczaić i wygrać bitwę z nimi, ale wojny – nie wygracie.

Minusy życia na wsi: 5 – brak pogotowia technicznego

W przedsionkach klatek schodowych wieżowców wiszą tablice z numerami telefonów do instalatora, serwisu wind, pogotowia gazowego, elektryka czy choćby Pana Janka, który wszystko potrafi. Na wsi Panem Jankiem jesteś Ty sam. Mamy w telefonie dziesiątki numerów telefonów do specjalistów wszelkiej maści, ale z większością awarii musimy radzić sobie sami.

W gronie wiejskich neofitów najpopularniejszym zapytaniem w wyszukiwarce Google jest prawdopodobnie hasło: „Co zrobić, gdy…” Awaria prądu, nie działa pompa w domowej oczyszczalni, nie ma wody w hydroforze, zgasło światło w stodole, woda przecieka w ziemiance, syfon zatkany, coś się urwało, coś pękło…

Na wsi pod tym względem czuje się większe osamotnienie, graniczące niekiedy z bezradnością. Kiedy wielka wichura z 2107 roku powaliła wokół nas tysiące drzew, prąd zniknął na równe pięć dni. I wszyscy to rozumieliśmy, klęska żywiołowa. Ale kiedy „zabrakło jednej fazy”, a na speców z PGE trzeba było czekać dwa dni – to już był problem.

Panaceum? Sąsiedzi. Zawsze któryś jest mądrzejszy od Ciebie, zawsze komuś przytrafiło się coś podobnego. Jeśli jesteś z sąsiadami w fajnych relacjach – pomogą. Przeżyjesz i zwyciężysz każdą awarię. Dlatego o sąsiedzkie relacje na wsi trzeba dbać i poświęcić na to sporo czasu. I trochę piwa.

Minusy życia na wsi: 6 – logistyka

O wszystkim trzeba pamiętać, bo logistyka w wiejskim siedlisku to podstawa. Zapomnisz mleka – wieczorem nie kupisz go w nocnym sklepie. Wieś uzależnia się od dostaw. Jeśli czekasz na obwoźny handel, a przypadkiem jest zima, możesz poczekać dzień lub dwa. Jeśli sąsiad nie użyczy na czas przyczepy, trzeba będzie szukać u innego albo kupić własną.

Wszystko wymaga doglądnięcia, ustaleń, planów. Życie w mieście jest pod tym względem mniej skomplikowane, wybór usług bogatszy.

Minusy życia na wsi: 7 – trzeba zasuwać, niestety…

Zawsze jest coś do zrobienia. Serio. Wydaje Ci się, że możesz spokojnym krokiem zanieść tacę z popołudniową herbatą ziołową i ciastem na stół pod drzewem, idziesz, niesiesz, a tu… Liście trzeba zgrabić – widzisz to. Gałęzie pospadały z drzewa – pozbierać. Wkręt popuścił – deska w płocie wisi już na słowo honoru. Rynny trzeba by odetkać, bo pełno igliwia. Ganek z piasku oczyścić. Drewno przynieść z drewutni. Trawę skosić. Podeprzeć zielony groszek. Wypielić. Kompost przerzucić. Skręcić półki w ziemiance. Pomalować olejem taras, bo wypalony od słońca zimy nie przeżyje. Kominiarza zaprosić. Bakterie do oczyszczalni ścieków dosypać. Wrzosy przykryć (bo zima) i przyciąć (bo wiosna). Popiół wynieść i rozsypać pod lilakami, kwaśnej ziemi dorzucić rododendronom, sprawdzić co tak skrobało w piwnicy i co zaiwaniło z kosza wszystkie sadzonki ziemniaków!?

Wiecznie coś! Idziesz z tą tacą, kawa pachnie, ale właściwie stoisz, bo co krok to pomysł na nowe działanie. Siadasz wreszcie – ufff! – pies się łasi – pogłaskujesz – kleszcz! – trzeba wyciągnąć. Kot przybiegł – super! – i ma dla Ciebie mysz w prezencie, trzeba jej zrobić pogrzeb 😉

Tak, trzeba zasuwać, nie da się ukryć. Dni pędzą, więc jeśli wydaje Ci się, że tylko w korporacji godziny mijają tak szybko, to się mylisz. Wieś spowalnia okresowo. Zimą, późną jesienią. Wtedy jest czas na oglądanie filmów i leżenie do ósmej.

Bo normalnie wstajesz tu o szóstej, no – o siódmej, max. Myślisz, że żartujemy? Przekonaj się 🙂   

Dodatkowe minusy?

Nie wszystkie muszą w równym stopniu irytować, ale patrząc na reakcję naszych znajomych i przyjaciół, można sądzić, że na wsi drażni ich:

  • zapach obornika
  • szczekające i puszczane luźno psy
  • zaopatrzenie sklepów
  • widok myszy
  • brak komunikacji
  • nocne duchy, zjawy, zwidy i inne strachy leśne

A Ty? Co dopiszesz do takiej listy? Co według Ciebie jest minusem wiejskiego życia?

EDIT ANI: Można znaleźć wiele minusów, ale… Nic nie odbierze mi radości z porannej kawy pitej na werandzie z widokiem na wspaniałą zieleń lasu, na brzozy, trawy, kwiaty. Nic tak nie relaksuje jak to miejsce – z jego powietrzem, zapachem, śpiewem ptaków i radością psa, który biega dokąd chce i kiedy chce. Minusy są po to, by zmieniać je na plusy. Ja widzę w wiejskim życiu znaczniej więcej plusów niż minusów. I niech tak pozostanie na zawsze 🙂 

 

To nie jest pochwała konsumpcjonizmu! Wieś zaczyna się od auta, niestety. Też nam się wydawało, że wszędzie uda się dojechać rowerkiem, ale to nieprawda. W mieście możesz liczyć na komunikację publiczną, na wsi – licz tylko na siebie.

Odkryliśmy tę tajemnicę bardzo szybko, w zasadzie – przy pierwszych silniejszych deszczach w listopadzie. Nisko zawieszony piękny model (już nie produkowany) Renault Latitude przeszurał się po pierwszej kałuży, umoczył po samo nadproże w drugiej, a przy trzeciej powiedział nam: – O ja pier…, nie dam rady. Dał, ale to było wszystko na co go stać: cieszyliśmy się, że powrót wypadnie nam dopiero za trzy dni, gdy błoto lekko przeschnie.

Może więc powinniśmy napisać: najpierw kup walonki? To też byłaby prawda, robimy tu więc mały edit i piszemy:

Najpierw kup walonki i samochód, potem wszystko inne

Trudno powiedzieć, co jest ważniejsze. Zalet walonek nie dostrzeże nikt, kto nie włóczył się po wiejskich polach, nie wracał do domu przez las, nie brodził z psem po śniegu i nie przekopywał kompostu. Walonki to wiejski must-have, to nie moda – to konieczność. Ania ma zielone, Jacek ma czarne, podbite dobrym filcem, na grubej podeszwie. Nie, nie były kupowane w miejskich marketach ogrodniczych: najlepsze walonki znajdziecie w sklepach geesu lub na gminnym targowisku.

W walonkach zimą jest niesamowicie ciepło, wręcz nie chce się z nich wyskakiwać. Można kupić o numer za duże, by dało się wcisnąć filcową wkładkę (pełno ich na targowiskach) i dobrą, najlepiej – wełnianą skarpetę. Ale my, szczerze mówiąc, nie używamy i nie mamy wełnianych skarpet, zwykłe bawełniane wystarczają nam w zupełności. Walonki = ciepłe nogi. Proste.

W walonkach można wsiąść do każdego samochodu i one w osobliwy sposób do każdego pasują. Nasze pasują do srebrnego Nissana Navary. Ale spokojnie!, to nie jest płatny product placement: po prostu takie auto kupiliśmy, używane. Navara ma prawie 11 lat, ponad 200 tysięcy kilometrów przebiegu, a z nami przejeździła już prawie 60 tysięcy kilometrów.

Samochód dla rolnika

Takie samochody – woły robocze – są na wiejskich peryferiach niezastąpione. Woziliśmy nią meble, drzewka, cement, pręty zbrojeniowe, drewniane belki, żwir, bele wełny mineralnej, wszystko. Wjeżdżamy w każdą leśną ścieżkę i przebijamy się przez każdy głęboki śnieg na naszej drodze. A zimy na Podlasiu to zimy prawdziwe, soczyste, z siarczystym mrozem i w ostatnich latach z przyzwoitymi opadami. Błoto, głębokie piachy, roztopy, śnieg i lód – nie ma silnych na takie auto.

Co wybrać? Nie podsuwamy Ci żadnych konkretnych marek: warto kupić używane auto w dobrym stanie, oszczędzając na kosztach zakupu. Komunikacja na wsi to głównie krótkodystansowe kursy. Kilka-kilkanaście kilometrów do urzędu gminy, sklepów, targowiska. Kilkaset metrów do lasu lub na pola. Pewnie, ideałem byłoby mieć dwa auta, jedno robocze, drugie kościołowe 🙂

W swoich planach przeprowadzki na wieś najpierw więc oceń miejsce, w którym planujesz mieszkać. Nie jest powiedziane, że będzie Ci potrzebny pickup lub inna półciężarówka: jeśli do Twojej posesji prowadzi asfaltowa szosa, jeśli gmina bogata i nie szczędziła pieniędzy na utwardzanie dróg – nie masz problemu. Ale samochód to konieczność. Walonki – druga.

Zrobimy listę 20 najpotrzebniejszych narzędzi

Listę zakupów uzupełnimy niebawem o narzędzia, bez których życie na wsi jest po prostu niemożliwe. Można przeżyć bez piły motorowej (zawsze jakiś usłużny sąsiad użyczy i pokaże jak ją obsługiwać). Można wytrzymać bez glebogryzarki, ale już bez porządnej wkrętarki, szlifierki kątowej – nie da się. Nie da się żyć bez łomu, wideł (wideł amerykańskich również), nie da się pracować bez dobrego szpadla. A także bez łopaty (szpadel i łopata to są dwa różne narzędzia, panie miastowy) i nie uda się przetrwać bez taczki.

Jakiej taczki? Oooo, taczka to naprawdę poważny wybór! Przez dwa lata męczyliśmy się z wypasionym ogrodniczym modelem z Leroy Merlin, obśmiewani przez robotników i sąsiadów (a czemu to pan takim g…m jeździ?). W wreszcie po zakupie nowej stwierdziliśmy, że trzeba było być ciężkim idiotą, by męczyć się z taczką, która ma tak krótkie uchwyty… Niby nic, niby prawa fizyki są takie same na wsi i w mieście, ale oni we wsi już wiedzą – taczka to ciężar, a do ciężarów najlepsza jest dźwignia, dłuuugie ramię dźwigni 🙂 I jeśli taczka – to tylko z długimi ramionami. I koniecznie na pompowanym kole, bo pełne, gumowe koła niepotrzebnie zwiększają ciężar.

Ale na początek i tak: walonki! I autko. Może być stary Golf za 5 tysięcy złotych z OLX. Byleby jeździł.

Jacek

Parzę zieloną herbatę, gdy dom jeszcze śpi, a na dworze zaczyna się dzień. Otwieram drzwi na werandę cichuteńko, żeby nie zbudzić psa i kota (i tak pewnie nie śpią). Siadam w głębokim fotelu. Patrzę na brzozy, kwiaty, na spokój zieleni dookoła, na las. I niczego mi więcej nie trzeba.

Święty spokój. Tak nazwałabym to miejsce i czas porannej celebry.

Tutaj każda chwila jest inna i każdą można zagospodarować na sto sposobów. Mogę wziąć kubek z herbatą i pójść prosto do ogrodu – tam zawsze jest co robić. Mogę przyciąć kwiaty na klombie lub zgrabić liście. Albo pokroić dynię w kostki, na zimę. Zakwas nakarmić. Przesypać zioła do woreczków. Sprawdzić jak rosną sadzonki – i podlać. Albo w piecu rozpalić. Popiół wynieść do ogrodu. Ukręcić zielone smoothie z wszystkiego, co znajdę w ogrodzie.

Mogę też zapalić (chętnie) i nic nie robić.

Jak żyć bez stresu i mieć święty spokój

Wybrałam ten ostatni wariant – robię nic, czyli piszę. Próbuję ogarnąć pożytki płynące z wiejskiego życia i zestawić je ze swoimi wcześniejszymi, miejskimi radościami. Co różni te dwa życia? Tempo – z całą pewnością. Sielskość wsi ma swój początek w braku pośpieszności. Można robić wszystko, ale można to robić dużo wolniej. Nic nie pogania. Nie spoglądam już tak niecierpliwie na zegarek w komórce, bo godzinę poznaję po cieniu i słońcu. Szósta – słońce schowane za lasem, cień jest wszędzie. Dziesiąta – brzozy w pełnym blasku. Południe – z cienia na dobre wychodzi winorośl. Czternasta – w cieniu chowa się brzozowy pagórek i magnolia. Szesnasta – słońce znika za stodołą. Osiemnasta – ciemno na całym podwórku.

 

Wszystko jest kwestią świadomego wyboru. Lubię tutaj chwile, w których można zmęczyć się prostym grzebaniem w ziemi. Ale jeszcze bardziej te, kiedy można dostrzec sens własnej pracy. Zasiałam – urosło! I rośnie dalej! Ile razy we wcześniejszym życiu miałam wrażenie, że moje działania nie prowadzą do celu, że tak trudno jest zmierzyć ich  efekty?

Nic tu nie jest bieganiem z pustą taczką, wszystko czemuś służy. Nic również nie jest naznaczone korporacyjnym forwardem – tu wszystko muszę sama i wszystko zależy tylko ode mnie.

Tutaj nic nie nuży, nie zabija brakiem sensu – każda czynność ma sens, każda do czegoś prowadzi.

_________________________________

Sens ma proste grabienie liści. Sens ma nawet mój wczorajszy spacer z psem – w mieście zwykle bezmyślny – bo zakończony zbieraniem tarniny i przeszukaniem zagajników w poszukiwaniu grzybów (nie ma).

Dzika radość

Czuję najzwyklejszą na świecie dziką radość z robienia zapasów na zimę – nigdy nie robiłam tego w mieście! Mrożona kilogramami żurawina, której używamy przez cały rok do kaszy jaglanej z dynią i papryczką. Mrożony koper, pietruszka, selery. Własne, jasne. Wiśnie w syropie, wiśniowe powidła. Powidła śliwkowe z czekoladą. Dynie! W kostkach zamrożone i w pulpie – gotowe na zupę, inne – w zalewie octowej, pychota! Zioła w słoikach: najwięcej mięty, ale i rozmaryn, melisa, tymianek, cząber, majeranek, oregano… Suszone liście laurowe z własnego drzewka. Kiszona kapusta, buraki, ogórki. Rozwieszone warkocze czosnków, sterta cebuli i ziemniaków. Mrożone borówki, truskawki. Suszone prawdziwki. Mrożone rydze. Sok z tarniny, sok z pomidorów.

Nawet Jackowe nalewki mocno mi się tu komponują. Zwłaszcza te, które mają zdrowotny sens: z czerwonej koniczyny, z orzechów, z piołunu, pędów sosny czy kwiatów dziewanny.

Nikt nas nie zmusza, by to gromadzić. Nie ciąży nad nami widmo głodu, do sklepu mamy tylko 7 kilometrów, a w sklepie jest przecież wszystko, a jednak… Byłoby grzechem nie robić tego, co robią wszystkie wiejskie gospodynie.

Celebrowanie… szafy

Najbardziej oburzona na ten ciąg zmian może być moja miejska szafa. Najpierw ją przewietrzyłam, oddając ubrania i buty całkowicie odległe od stylu życia na wsi. Nie pasowały mi tutaj wysmakowane płaszcze, świąteczne i korporacyjne wdzianka. Potem ją zaniedbałam: nie kupuję już tylu ciuchów, ile wcześniej, nie kolekcjonuję butów (chyba, że to ogrodowe chodaki), nie przywiązuję wagi do kolorystycznych zestawień. Moda wiejska ma swój cel: służy pragmatyzmowi. Nie jest na pokaz, powinna być użyteczna, trwała i dostosowana do warunków. Oddałam tony butów, które nie miały szans w nierównej walce z błotem, leśnymi chaszczami i żwirem.

Teraz moja miejska szafa jest szafą wiejską. Kupiłam na targu w austriackich Alpach zielono-biało-czerwoną suknię z lnu. Nie wiem komu w górach była dedykowana, ale według mnie jest idealną odpowiedzią na potrzeby kobiet żyjących z dala od miejskiego nieba. Wygodna, dobrze i praktycznie skrojona. Mocna, dobrze uszyta. Ma praktyczne kieszenie, w których zmieści się wszystko, czego potrzebuje wiejska dama – od papierośnicy po piersiówkę 😉 I na dodatek jest odpowiednio zalotna…

Na dowolnie wybranym boku

Czy jest mi czegoś żal z miejskiego życia? Nie, niczego. W XXI wieku wszystko jest przecież na wyciągnięcie ręki. Las, łąki, świeże powietrze – dookoła. Miasto – po dziesięciu minutach jazdy samochodem. Castorama, IKEA, galerie, kina, kawiarnie, ciuchy – to tylko dwie godziny. Cała reszta: w Internecie.

 

Nauczyłam się dystansu do miejskich zachciewajek. Najlepszym deserem na wieczór są plastry twarogu z mleka prosto od krowy, polane miodem i obłożone śliwkowymi powidłami. Kawa? Parzymy sami i żadna w mieście nie dorównuje jej smakiem. Herbaty? Ziołówki z saszetek nie mają żadnego porównania ze świeżo zaparzonymi mieszankami własnoręcznie zebranych ziół i suszonych owoców.

Żyjemy nieprędko, choć nie żyjemy w nudzie. Pracujemy, a powiedziałabym, że często po prostu zasuwamy, ale ta praca ma jakiś sens, jej efekty są widoczne. I cieszą oko.

__________________________________

Można, a czasami wręcz nawet trzeba zmienić klimat i spojrzeć na swoje siedlisko z odległej perspektywy. Dlatego podróżujemy: raz w tygodniu Warszawa, czasami krótki wypad w góry, czasami do Poznania, Szczecina. Albo na jarmark w Kiermusach. I do Toskanii, po zimowe zapasy makaronu pici, oliwę, wino i sery.

 

Ale zawsze wracam tu z dziką radością. Do świętego spokoju. Do miejsca, w którym każda godzina może trwać dwie godziny (to tylko kwestia wyobraźni i celebracji życia), w którym palenie drewnem w piecu jest najwyższą przyjemnością, a chleb prosto z pieca chlebowego – staje się powszednim rarytasem. Prawdziwe niebo jest za miastem: tu nawet gwiazdy pasą się inaczej, jaśniej, dłużej.

Ania