Raz w miesiącu chcemy
na naszym blogu wracać do Waszych komentarzy pod postami i na Facebooku. Nie
wszyscy je czytają, czasami potrafią przemknąć niezauważone, a bywają dużo
lepsze od tekstów, które piszemy. Dziś pierwsza próba: Wy piszecie, my
odpowiadamy lub po prostu oddajemy Wam głos.  

Marzenia o zmianie

KASIA: –  Ja zaraz
skończę 36 lat i marzę o zmianie. Ambitna pogoń za awansami, podwyżkami i
uznaniem już mi się znudziła. W jednej firmie od 7 lat. Chcę w końcu, żeby było
więcej mnie w moim życiu. Marzę o wyprowadzce z miasta i jednocześnie się boję.
Mam córkę, 3 latka, i zawsze żałuję tego czasu spędzonego poza domem. Coś się
przewartościowało w moim życiu. Nie chcę już tego, co było. Chcę się odciąć.
Wasz blog przyniósł mi dziś jakiś taki spokój.

Patrząc szerzej – jeśli naprawdę oczekujesz spokoju, oddechu,
odmiany i ucieczki od zgiełków i pogoni, to wieś, bliskość natury nadaje się do
tego celu idealnie. Z perspektywy rodzinnej, wychowania dzieci oraz czasu,
który można im poświęcić, chyba nie ma lepszego miejsca. Są oczywiście
plusy
i minusy
takiej decyzji, zerknij do naszych wpisów. Ale bilans wypada korzystnie.

Czy warto, czy jest się czego bać? To nie jest łatwa decyzja. I nie można podejmować jej z dnia na dzień, bo wiejskie warunki mogą przytłaczać. Jesteś skazana na samodzielność, wiele rzeczy oczywistych w mieście, tutaj traci ten charakter. Inny jest poziom usług w mieście, inny w małych miasteczkach, do których nam najbliżej. Kino? Raczej domowe. Teatr? Od święta, chyba, że to wieś blisko miasta. Dobre ciuchy, zakupy? Też w mieście.

Ale… czy to się w życiu liczy? Byłam w niedzielę  w Warszawie, wróciłam otumaniona smogiem i przekonana, że coraz mniej mnie do tego miasta ciągnie. Kolejki, ruch, gwar, jakieś tłumy na chodnikach i w galeriach. Przyjechałam do naszego Nieba – głęboki oddech, jestem w prawdziwym domu. Świeżość powietrza, zapach zimy, ciepły piec, kawa w dłoni, film, głęboki fotel… Pięknie. I ten widok poranny, gdy patrzysz się na przywalone śniegiem wielkie sosny. Albo gdy widzisz sójki i sikory walczące o każde ziarenko. Lub później, gdy rusza wiosna…

Wiosna w mieście? Wiem, pamiętam: pojawiało się więcej maszyn czyszczących ulice i chodniki, wylegały panie z zakładu gospodarki komunalnej i wbijały równo, pod sznureczek setki sadzonek. Takie były objawy. W powietrzu jej nie czułam. Tu czuć ją wszędzie.

Nie namawiamy Cię do takiego ruchu, to musi wyjść z każdej z
nas. Boimy się, to oczywiste. Ale i patrzymy z fascynacją – tu wszystko jest
takie inne, lepsze, bliższe sercu!

Jak zrobić zakwas z buraków?

AKASHA: –  Nie wiem
czy przeoczyłam, czy nie robicie zakwasu z buraków. U nas o tej porze roku to
podstawa. Skład jest prosty: buraki pokrojone na mniejsze kawałki, dużo czosnku
w ząbkach, liście laurowe, ziele angielskie, kawałek razowego chleba i 2 łyżki
poprzedniego zakwasu. Bez dodawania zakwasu tez się uda. Całość trzymać w
cieple w dużym słoju, mieszać drewnianą łyżką, po 5 dniach przelać i trzymać w
lodówce. A buraki wykorzystać do barszczu. Smacznego!

Miód na nasze serce! Stale pijemy. Choć przyrządzam go nieco inaczej, ale to kwestia osobistych nawyków. Nie dodaję razowego chleba i poprzednio zrobionego zakwasu, czosnek kroję na połówki, nie mieszam. Układam warstwami – pokrojone w plastry buraki lepiej się mieszczą w wielkim garnku. I zioła z sercem – dużo!, wtedy zakwas ma naprawdę potężny smak. Smacznego! 🙂

Samochód na wsi

MONIKA: –  Mieszkam
na wsi od roku. Niestety największym kosztem okazało się utrzymanie dwóch
samochodów! Ok. 2000 miesięcznie. Podczas gdy w mieście można mieć bilet
miesięczny. Reszta porównywalna oprócz cen fachowców – są dużo niższe. A fajni
sąsiedzi i wzajemna pomoc – bezcenne:)

Dlatego jeden z pierwszych wpisów poświęciliśmy właśnie samochodowi,
a jeden z kolejnych – kosztom życia na
wsi
. Koszt eksploatacji auta trzeba uwzględniać, zwłaszcza, jeśli ma się do
sklepu kilka/kilkanaście kilometrów. Autobus z pobliskiej wsi kursuje raz w
tygodniu, w dzień targowy… Ale nie wyobrażam sobie, żebyśmy mogli tu żyć bez
samochodu!

Kiedy dojeżdżaliśmy na budowę, byliśmy objuczeni jak hinduska ciężarówka: zawsze po sufit z towarem! Pustaki, pręty, drabiny, wkręty, gwoździe, meble, kamienie, rośliny, wszystko. Może dlatego wiele wiejskich aut „nie wygląda” – bo musi wykonać ciężką pracę. Ale bez samochodu nie da rady.

Suszarka ze starej firany

AKACJA: –  Hej! My
robimy suszarki z starych firanek naciągniętych na drewniane ramy. W ten sposób
suszymy zarówno zioła, jak i grzyby. Suszu co roku mamy mnóstwo, bo też mieszkamy
w niezwykłym miejscu.
 

Bardzo fajny, prosty pomysł! Na pewno zioła nie przepadają przez oczka, a o to chodzi. A gdy miejsce jest równie fajne – przybijamy piątkę. 🙂

Mur wielowarstwowy

PIWONIA: –  Z czego
macie zbudowany domek? U nas jest chyba trochę lipa. Mamy pustak, potem pusta
przestrzeń i biała cegła. Wydaje nam się, z tego co pamiętam z młodości  i z naszych obecnych obserwacji, że nie jest
to dobre rozwiązanie. No cóż, kiedyś budowało się inaczej. Dom jest z 1975 roku
i ma 100 mkw.

Nasz dom (86 mkw przed rozbudową) też powstał na początku lat 70. ubiegłego wieku. Zbudowano go solidnie, jak na tamte czasy, z pustaków własnej roboty (żużlobeton – podpowiada Jacek), a całość obłożono cegłą dziurawką, stosując przerwę powietrzną pomiędzy dwiema warstwami muru. To musiało wystarczać, choć naszym zdaniem nie spełniłoby współczesnych norm.

Chcieliśmy mieć ciepły, bardzo ciepły dom. Taki, w którym
nie trzeba wiele grzać, by osiągnąć komfort cieplny. I to nam się
udało. W jaki sposób? Opiszę nasze ściany geograficznie 🙂

Od wschodu mamy niemal na całej szerokości domu oszkloną i ogrzewaną werandę. W jej oknach są podwójne szyby. Ona więc stanowi swoisty bufor pomiędzy zimnym powietrzem ze zewnątrz i wnętrzem naszego domu. Od południa ściana budynku ma dodatkową, 15-centymetrową warstwę ocieplenia, a ponieważ zostało nam sporo cegły z rozbiórki ścian szczytowych – wyłożyliśmy nią, od środka, jedną ze ścian pokoju. Ta ściana (cegła+pustak+cegła+ocieplenie) jest najgrubsza w naszym domu, ma łącznie, z dwiema przerwami powietrznymi, około 65 cm grubości!

Ściana zachodnia to pustak, cegła i 15 cm ocieplenia, plus mały ganek, który też stanowi bufor oddzielający dom przed zimnem. Ganek nie jest ogrzewany. I wreszcie ściana północna – obłożona z zewnątrz pięknym białym kamieniem (opoka), w którym zakochaliśmy się kiedyś podczas wyjazdu do Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Kamień położono na zewnętrznym ociepleniu, on też położony jest dodatkowo na fragmentach pozostałych ścian i na podmurówce. Ta ściana ma w przekroju około 50 cm.

Grubo? Grubo, ale rzecz nie w grubości lecz w jakości materiałów. Gdyby te pustaki gwarantowały dobry standard cieplny, pewnie byśmy ich dodatkowo nie ocieplali. Byliśmy jednak przekonani, że tak właśnie trzeba. Opłaciło się – straty ciepła są minimalne.

A jak do tego dodać mocne ocieplenie poddasza, to wyjdzie na to, że zbudowaliśmy dom pasywny… Z rekuperacją, o której wkrótce napisze Jacek, bo warto o niej wspomnieć.

* * *

Dzięki za Wasze komentarze, za uwagi i prywatne wiadomości, tu i na Facebooku. Wszystkie bierzemy sobie mocno do serca, musimy się starać, bo blogów w Polsce jest bez liku i żeby ktokolwiek chciał nas czytać – trzeba stale podnosić poziom. Mamy nadzieję, że nam w tym pomożecie!

Ania

Gdzie popełniamy błąd, szukając motywacji do wielkich zmian? Zaczynamy od słowa: muszę. Albo: chcę. Albo: będę. Wyznaczamy sobie jakiś cel – zwykle dalekosiężny. Mija kilka pierwszych dni lub tygodni i… klops. Nic nie idzie tak, jak powinno. Dlaczego?

Trzeba ogromnej siły woli – masz? bo ja nie mam, niestety – by ustanowić sobie w życiu jeden kluczowy cel i z pełnym samozaparciem dążyć do niego przez wiele lat. Zbyt często próbowałem, nazbyt rzadko się to udawało.


Kiedy byłem młodym dziennikarzem-reporterem, chciałem być Ryszardem Kapuścińskim. Robiłem wszystko, by być Kapuścińskim! Ubierałem się jak Kapuściński, jeździłem do Klubu Reportera na spotkania z nim, czytałem i analizowałem wszystkie książki, nawet usiłowałem pisać tak jak on. Sam przed sobą tłumaczyłem to następująco: musisz ustawiać sobie poprzeczkę maksymalnie wysoko i nawet jeśli jej nie przeskoczysz, zawsze będziesz mógł powiedzieć – przynajmniej bardzo się starałem.


Dzisiaj wiem, że to był błąd. Nie kardynalny, nie zaważył na moim życiu, ale dziś bym w ten sposób celu nie wyznaczał. Kapuściński był w owym czasie poza sferą moich możliwości, to po pierwsze, a po drugie – trzeba szukać własnych ścieżek, nie naśladować, lecz przyglądać się i wyciągać wnioski po analizie cudzych sukcesów i porażek. I planować karierę ciesząc się drobnymi sukcesami.


Tylko wielkie cele się liczą? Błąd!


Drugi przykład, też osobisty, jest już bliższy mojej dzisiejszej strategii. Zdarza Ci się, że planujesz schudnąć? Zdarza, wiem (po sobie), że częściej niż rzadziej. Nigdy bym nie schudł, gdybym przyjął plan: schudnę 15 kilogramów! A był taki moment, w którym spojrzawszy na wagę mocno się przeraziłem. Po latach urzędolenia w różnych fotelach i przy różnych biurkach zacząłem ważyć 96 kilogramów, co przy moim wzroście 181 cm – przyznacie – powodem do dumy nie było.


Pomysł podsunęła wtedy Ania, zaczytana w książce Dukana o diecie białkowej i sama walcząca, by schudnąć o 1 kilogram (ona naprawdę nie ma z czego chudnąć, wierzcie mi, ale jest kobietą, a kobiety, wiadomo, dążą do doskonałości). Sam Dukan, czego dowiedziałem się znacznie później, był smokiem, który niszczył jelita zakwaszając nasz organizm. Ale dieta wyglądała intrygująco.


Gdybym wtedy powiedział sobie: chcę schudnąć 15 kilogramów – ważyłbym dzisiaj… 120. A wiesz dlaczego? Bo po pierwszym dniu, trzech… pięciu… niemal zero spadku, tylko lekki ruch w dół na wadze. Gdybym myślał: ileż to jeszcze czasu musi upłynąć, żebym doszedł do upragnionych 81 kilo, to nigdy bym nie schudł. I rzucił dietę w diabły.

Pierwsza radość z odchudzania


Uratował mnie pierwszy sukces: schudłem o kilogram. TAK! Schudłem o kilogram! Endorfiny zagotowały umysł – to działa, ja chudnę. Chudnę!


Radość z pierwszego sukcesu i motywacja, by osiągać kolejne, były tak wielkie, że od tamtej pory codziennie rano wchodziłem na wagę i codziennie cieszyłem się z każdego dekagrama mniej!


To było nieustające pasmo sukcesów. Jak z Kubusiem Puchatkiem: im bardziej chudłem, tym mocniej byłem z siebie dumny, a im bardziej byłem dumny – tym intensywniej chudłem!


Oto jest siła motywacji. Tej, która bierze się z cząstkowych sukcesów, a nie z ogólnego, wstępnego postanowienia. Chudnąc, zarzuciwszy po trzech tygodniach dietę Dukana, doszedłem do 79 kilogramów, w ładny sposób poprawiając swój wskaźnik BMI. Nie tylko radykalnie zmniejszyłem swoją wagę, ale… zacząłem się martwić, czy nie chudnę zbyt mocno i czy nie ma w tym objawów jakiejś choroby?! 🙂


Dla pełnego obrazu: chudłem tak przez dwa miesiące. Można? Można.  


Osiągaj bliskie cele. I ciesz się nimi.


Nie opowiadam Ci o tym, by chwalić się własnymi sukcesami, one nie mają znaczenia, choćby dlatego, że znów muszę zbić trochę wagi (jesień/zima). Nie są to już plany ekstremalne i dalekosiężne, po prostu powiedziałem sobie – Ania też, wiecie przecież: znów waży kilogram za dużo – chcę schudnąć!


Żadnego limitu nie wyznaczyłem! Chcę tylko schudnąć. Nie wyznaczyłem także terminu. Chcę schudnąć – i tyle.


W motywowaniu się do działań i osiągania celów warto skracać odległość między marzeniem a teraźniejszością. Często jest tak, że odległość pomiędzy „TU” – czyli miejscem, w którym zaczynasz – i „TAM” – czyli celem, do którego zmierzasz, jest zbyt duża. Działa deprymująco. Odstrasza. Wpędza w kompleksy.

Co wpędza Cię w kompleksy?


  • Nigdy nie schudnę 15 kilogramów! Ale przecież schudniesz o kilogram za dwa dni, jeśli tylko się przyłożysz. I jakaż będzie radość z tego sukcesu!
  • Nie dam rady, nigdy nie przebiegnę maratonu! Ale dziś przebiegniesz swoje pierwsze w życiu 800 metrów! Wow!
  • W jaki sposób mam odłożyć sto tysięcy na samochód! To niemożliwe! Ale już udało Ci się odłożyć pierwszą stówę, idź dalej!
  • Nie uda mi się rzucić palenia! (Aniu, czytaj dalej…) Ale może właśnie dziś zaczniesz palić o jednego papierosa mniej…
  • Nigdy nie wyprowadzę się na wieś, nie ma na to żadnych szans!


Aaaa… no właśnie. Są szanse. Zawsze są. Krok po kroczku, zrealizujesz swój cel, jeśli odległość między nim a miejscem, w którym stoisz dzisiaj, nie będzie zawrotnie wielka, jeśli będzie w zasięgu Twoich możliwości.


Kolejny cel – jutro. Następny – pojutrze. Endorfiny po każdym sukcesie będą Cię pchały do przodu!

Między TU a TAM: wyznaczaj sobie realne cele


Sięgając zbyt daleko, wyznaczając sobie cele nazbyt dalekosiężne, nazbyt ambitne – nie mówię o ludziach-robocopach, bezwzględnie zaprogramowanych na karierę – nie jesteś robocopem, prawda? – więc stawiając sobie odległe cele, dużo łatwiej z nich rezygnujemy. Bo i tak są nieosiągalne. Bo po co ja tu się mam starać, skoro i tak nigdy nie będę Kapuścińskim. Demotywacja szybko wyprzedza motywację: po co się starać, jeśli cel ciągle jest daleko? Błędne koło.


Gdybym był coachem, napisałbym teraz zdanie typu call-to-action – nie patrz na cel, sięgaj po niego! Ale ponieważ jestem tylko chłopakiem z Nieba (starszym chłopakiem), dopiszę na koniec tylko to: przestań o nim myśleć. Nie myśl o celu (trzeba, Jacek, schudnąć jakieś 5 kilo), po prostu zjedz dzisiaj mniej. I spal więcej. 🙂


Idę na długi spacer.


Jacek


EDIT ANI: Nie chciałabym żeby ten wpis uznany został jako dyskretna promocja diety Dukana 🙂 To dieta hardkorowa, ryzykowna dla zdrowia, ponieważ zastosowana przez dłuższy czas w swojej najbardziej ortodoksyjnej postaci, może doprowadzić do problemów ze zdrowiem, zaczynających się od nadmiernego zakwaszenia organizmu.


My stosowaliśmy się ściśle do jej zaleceń przez około 7-10 dni, później poszliśmy własną drogą. Ma niewątpliwy wpływ na pierwszą fazę odchudzania, gdy organizm, chcąc spalić (przerobić na energię) nadmiar odtłuszczonego białka, zaczyna pobierać tłuszcz niezbędny do spalania ze swojego wnętrza. Na przykład z fałdów brzusznych. Ale nadmiar białka wcale nie jest lekarstwem, organizm musi przyjmować różnorodne składniki. Faktem jest, że schudliśmy 🙂 Dukan czy zdrowoodchudzeni.pl, każdy wybiera po swojemu. 

POLECAMY RÓWNIEŻ: Rób rzeczy małe w wielki sposób

Ciepło pieca kaflowego jest nie tylko bardziej przyjemne od ciepła pochodzącego z innych źródeł, ale też zdrowsze i zdecydowanie głębiej odprężające. Dlaczego piec tak dobrze na nas działa?

Tajemnica tkwi w kaflach i cegle szamotowej oraz ich zdolnościach kumulacyjnych. Piec to bryła zamknięta przystosowana do spalania bez przewietrzania i bez wylotów gorącego powietrza. Oddaje ciepło wyłącznie poprzez promieniowanie. Zadaniem dobrego pieca kaflowego jest wytworzenie w krótkim czasie dużej ilości ciepła, a następnie zmagazynowanie go i powolne oddawanie do otoczenia.


Źródło ciepła


Ciepło pochodzące z żaru na palenisku wypełnia kanały dymne i ogrzewa wkład szamotowy. We wstępnej fazie spalanie ma gwałtowną formę, ograniczaną stopniowo przez dopływ powietrza aż do całkowitego zamknięcia. Temperatury w palenisku dochodzą w tej ostatniej fazie do poziomu 600-1100 stopni, co powoduje szybkie nagrzewanie się wkładu szamotowego (w branży ciepłowników i zdunów określa się to mianem rozgrzania masy kumulacyjnej). Wskutek 2-godzinnego wytwarzania ciepła piec może ogrzewać pomieszczenie przez 10-12 godzin, a bywa, że znacznie dłużej.



Ciepło pieca kaflowego ma bardzo pozytywny wpływ na atmosferę i klimat pomieszczenia, w którym został on umieszczony. Poczucie komfortu związane jest z charakterem promieniowania: ogrzany od środka piec przekazuje swoje ciepło głównie poprzez radiację. Promienie cieplne przenikają w naszą stronę przez cząsteczki powietrza – minimalnie je nagrzewając – cała energia wchłaniana jest przez nasze ciało oraz przez inne przedmioty znajdujące się w pobliżu pieca.


Innymi słowy: samo powietrze wydaje się chłodniejsze (nie ulega jonizacji), ciepłe są natomiast otaczające nas przedmioty oraz nasze ciało. Wchłaniamy energię z pieca kaflowego dokładnie tak, jak wchłaniamy latem promieniowanie słoneczne.


Źródło przyjemności


Specjalista od ciepłownictwa, pieców i kominków – Marcin Piwowarczyk z portalu kominek.org,pl – opisuje ten wpływ ogrzewania piecowego w sposób następujący:


„Właściwie zbudowany piec kaflowy przekazuje ciepło przez promieniowanie i konwekcję w proporcjach odpowiadających ludzkiemu organizmowi. Organizm człowieka oddaje bowiem 42% energii cieplnej przez promieniowanie, a 26% przez konwekcję. Dlatego też przeważający dopływ energii cieplnej przez promieniowanie jest dla niego odczuwalny z przyjemnością i zapewnia komfort.


Radiacja ma jeszcze jedną wielką zaletę w stosunku do konwekcji – brak ruchu powietrza powoduje, że w pomieszczeniu nie są tą drogą przenoszone różnego rodzaju cząstki przepalonego kurzu, alergeny, drobnoustroje i grzyby. Ściany wnętrza, co także jest istotne, nie pochłaniają całkowicie energii promieniowania. Absorbują ją w dużym stopniu (ok 80%), jednakże część jest odbijana i przekazywana dalej.


Podwyższona temperatura ścian podnosi komfort cieplny pomieszczenia, działa na człowieka pobudzająco, zdrowo i wywołuje wrażenie przytulności. Zachowana jest także równowaga cieplna w pomieszczeniu, co powoduje, że nie powstają ruchy prądów, a temperatura jest wyrównana i nie ma odczucia “suchości”.


Szczególne znaczenie dla odczuwania komfortu ma oddziaływanie cieplne ścian, które działa na organizm ludzki całą powierzchnią, dzięki temu unika się – jak w przypadku konwekcji – napromieniowania wybiórczego, czy to dolnej (w przypadku ogrzewania podłogowego), czy to górnej (w przypadku kratek nawiewnych) części ciała.


Analiza ogrzewania radiacyjnego wykazała, że różnica pomiędzy podłogą, a sufitem wynosi maksymalnie 1-2C. Przy ogrzewaniu konwekcyjnym różnica wynosi także 1C, ale na 30-35 cm wysokości. Przykładowo dla pomieszczenia o wysokości 280 cm różnica temperatur wyniesie 8 stopni, czyli amplituda jest bardzo duża.”


Te opinie potwierdzają badania austriackiego Instytutu Doświadczalno-Badawczego Zdunów , współpracującego z kilkoma organizacjami medycznymi. Naukowcy dowodzili, że dzięki promieniowaniu radiacyjnemu z pieców kaflowych przy takiej samej temperaturze, jak w przypadku ogrzewania np. kaloryferami, odczuwamy ciepło znacznie intensywniej.


Źródło odprężenia


W przypadku pieca kaflowego dochodzi do jeszcze silniejszego uwydatniania się określonych stref cieplnych w pomieszczeniu. Temperatury powietrza mierzone w pokoju z piecem są z reguły niższe niż w pomieszczeniach ogrzewanych z innych źródeł, ale za to otaczające nas powierzchnie są znacznie cieplejsze. Poprawia się również (podwyższa!) wilgotność powietrza.


Samo powietrze także zachowuje się zdecydowanie inaczej. Kiedy ogrzewamy pokój kaloryferem,  unosi się ono do góry i opada w dół już lekko schłodzone. Cyrkulacja w tym przypadku jest znacznie większa – tymczasem piec kaflowy sprawia, że ruchy powietrza ogrzanego i schłodzonego odczuwamy dużo słabiej. Tym samym redukuje się skala krążenia pyłów, alergenów, kurzu.


Austriacy zbadali też reakcje ludzkiego ciała na różnego rodzaju typy ogrzewania. W badaniach jako „najprzyjemniejsze” wskazywano ciepło pochodzące z pieców kaflowych. Aby uniknąć zarzutu „subiektywności” tych ocen, uczestników badań poddano kolejnym eksperymentom.


Badano między innymi wpływ ciepła radiacyjnego z pieca kaflowego na odporność organizmu. Ubrane w kurtki z zestawem sensorów osoby uczestniczące w badaniu najpierw relaksowały się z pozycji leżącej, a następnie poproszono je, by błyskawicznie wstały. Taki test jest dla każdego organizmu pewnym obciążeniem, co widać zwłaszcza po wzroście tętna i ciśnienia krwi.


Wyniki tego badania wykazały, że puls osób badanych miał niższy poziom w pomieszczeniach ogrzewanych piecem kaflowym niż w miejscach, które ogrzewano innymi urządzeniami.


Źródło spokoju


Ciekawe były też badania związane z poziomem napięcia psychicznego w pomieszczeniach ogrzewanych różnymi systemami. Oceniano tzw. liczbę oddechowo-pulsową. Kiedy jesteśmy odprężeni stosunek liczby uderzeń serca do częstotliwości oddechów mieści się w przedziale 3 do 4. Tyle uderzeń pulsu przypada na jeden oddech. Kiedy dochodzi do stresu, częstotliwość bicia serca szybko wzrasta i jest wyższa od częstotliwości oddechów.


W pomieszczeniach z piecem kaflowym odprężenie po stresie – czyli powrót do właściwej liczby oddechowo-pulsowej – następowało dużo szybciej niż w pokojach ogrzewanych kaloryferami.


Kochajmy piece!


Jak my odczuwamy ogrzewanie piecem? Odpowiem krótko: wspaniale. Komfort cieplny jest zaskakujący; wychowani w blokach z kaloryferami mamy poczucie, że to jest jakiś Kosmos. Ja sam jestem ciepłolubny, wcześniej lubiłem zimową atmosferę, w której pokojowy termometr pokazywał 23-24 stopni, a to dla mnie oznaczało satysfakcjonujący komfort cieplny.


Nasz ukochany piec, ocieplacz rodziny


Dziś, kiedy piszę te słowa, w moim pokoju termometr pokazuje niespełna 20 stopni i nie czuję chłodu. W salonie poniżej mamy 21 stopni i tam jest po prostu bosko. Ciepłe są ściany, meble, mamy wrażenie, że ciepło nas otula, ale nie powiedziałbym, że jest gorąco. Jest dobrze, tak, jak powinno być.


Sam piec także jest fantastycznym urządzeniem. (Historię budowy opisywaliśmy we wcześniejszych odcinkach tego cyklu.)Pomijam przyjemność rozpalania ognia (dla szukających odpowiedzi – popiołu z drewna jest bardzo mało, wybieramy go ostatnio raz w miesiącu!), pomijam możliwość przytulenia się plecami do ciepłej powierzchni pieca i pomijam względy estetyczne – jakości ciepła, jakiej doświadczamy, nie da się porównać z żadnym innym. Nie umiem tego określić, zdefiniować, może najlepiej byłoby powiedzieć po prostu: błogie ciepło. Ciepełko.


I to wszystko o piecach. Mam nadzieję, że przekonałem Was, że warto je stawiać, a już na pewno, że nie warto ich na siłę likwidować. Ogrzewanie podłogowe także jest świetne, ale… co piec, to piec.


Nasze piece postawił najfajniejszy zdun na Podlasiu, Marcin Korniluk. O tym, co robi, pisze skromnie: ogranicza nas tylko ogień… 🙂 Jego stronę Ale Grzeje! możecie podejrzeć na stronie Mistrza.


Jacek


SZYBKI POWRÓT DO PIERWSZEJ CZĘŚCI TEKSTU: Jak zbudować piec kaflowy_1

POLECAMY RÓWNIEŻ:


Świetny portal o zduńskich opowieściach, dużo o historii


Portal CzysteOgrzewanie.pl i bardzo ciekawy poradnik o czystym ogrzewaniu

Ambicją dzisiejszego wpisu z namiętnie clickbaitowym tytułem jest dotknięcie sensu życia z łopatą do odgarniania śniegu. Życzę powodzenia.

Szufla  do odśnieżania ma znaczenie symboliczne. Póki stoi oparta o mur domu – jest wyrazem dumy z naszego potencjału technologicznego. Zawsze coś zawieje i zamiecie, więc… Szufla jest też symbolem zdolności do walki z przeciwnościami natury oraz siły  przetrwania w najbardziej ekstremalnych warunkach. Stanowi jednocześnie jawny dowód postępujących zmian na lepsze – kto ma szuflę, ten jakby miał 500+ nad Bałtykiem. Nic mu się nie oprze. Machanie szuflą to męskość w czystej postaci!

Zawieje i zamiecie!


Kiedy łopacie towarzyszy stojący obok zbijak do lodu, wrażenie mocy potęguje się do nieskończoności. Stać mnie na wiele, mogę wszystko, działam zgodnie z tym, co mówi Łukasz coach Jakóbiak – bądź zachłanny, znajdź siłę, wygraj życie!


Zachłanny byłem w sobotę. Znalazłem siłę również w sobotę. W sobotę też chciałem wygrać życie, mając do odśnieżenia śmieszne 40 metrów szerokiego podjazdu od bramy aż do wjazdu do stodoły. Bajka! Cóż to jest dla mężczyzny, który jest zachłanny? I ma łopatę.

Oto wyzwanie…

Pierwsza godzina szuflowania upłynęła pod znakiem siódmych potów, przy czym pierwszy z potów pojawił się na czole, a siódmy chwilę później na całych plecach. Spojrzałem za siebie – bajka: czternaście metrów za mną!


W drugiej godzinie poszedłem zmienić koszulę i ochłonąć, a wróciwszy zauważyłem, iż na placu boju zaszła pewna zmiana…


Pierwszych dwadzieścia metrów podjazdu wyglądało tak, jakbym nigdy go nie tknął. Kolejnych zaś dwadzieścia – tak, jakby cała ręcznie wymachana sterta śniegu trafiła właśnie tam. Pogodynka przestrzegała: zawieje i zamiecie! Ale żeby aż tak?


Postanowiłem zawęzić szerokość ścieżki do rozmiaru jednej szufli w jedną stronę i jednej – w drugą. Tak akurat dla dwóch kół. Przetarcie szlaku kosztowało mnie ćwierć godziny, ale… Kiedy wróciłem z drogi „wte”, droga „wewte” znów wydawała mi się nietknięta.


Zawieje i zamiecie, wiem.


Szybko doszedłem do wniosku, że jedynym sposobem na przetrwanie w zimowych warunkach na wsi podlaskiej jest wyjazd do pracy w Belgii (pod dachem). Albo na przykład otwarcie butelki wina i zagłębienie się w długiej lekturze na werandzie. Śnieg kiedyś minie, odwieje i odmiecie, a Ania na stację kolejową może w końcu iść piechotą, po co zaraz uruchamiać samochód?

Historia mojego odśnieżania przypomniała mi (dla mnie) słynny z zabawności felieton Stefana Kisielewskiego – Historia tubki z klejem, który, a juści, opowiada o ludziach takich jak ja. Fragment dedykowany mojej skromnej osobie przytaczam poniżej.


Tekst pochodzi z „Tygodnika Powszechnego”, napisany został w 1952 roku.

Stefan Kisielewski:  


„Jeśli jesteś zdolny, to jesteś brzydki, jeśli jesteś przystojny, to jesteś niezdolny, jeśli jesteś i przystojny i zdolny, to nie masz czasu, a jeśli masz czas, to znów nie masz pieniędzy.


Jeśli zaś jesteś zdolny i przystojny, a także masz czas i pieniądze, to wtedy wybucha wojna i głupi Hitler zwala ci się na łeb na długie sześć lat, a gdy Hitlera diabli wreszcie biorą, okazuje się, żeś już stary i na nic nie masz ochoty.


Gdy chcesz flirtować, to musisz pracować, gdy przestajesz pracować, okazuje się, że nie ma z kim flirtować, jeśli ona ci się podoba, to ty się jej nie podobasz, a ta, której ty się podobasz, nie podoba się tobie, jeśli zaś oboje podobacie się sobie, to ty wyjedziesz, a ona przez ten czas umrze.


Jeśli masz coś do powiedzenia, to nie chcą cię słuchać, a gdy już chcą cię słuchać, okazuje się, żeś zapomniał, coś miał mówić. Gdy masz wstręt do wódki, okazja gratisowego a wesołego picia nadarza ci się dzień po dniu, a gdy pragniesz się napić, okazuje się, że nie ma za co, ani z kim.


Gdy jesteś samotny, pies do ciebie nie przyjdzie, gdy czujesz się zmęczony i chcesz się przespać, nudziarze przyłażą jeden za drugim.


Jeśli w ogóle chcesz coś w życiu robić, to stwierdzasz, że akurat nie ma po temu możliwości. A jeśli możliwości się otworzą, wtedy na pewno zachorujesz; po wyzdrowieniu widzisz, że nie masz już ochoty na zrobienie tego, co zamierzałeś, choć możliwości nadal są. A kiedy po pewnym czasie ochota ci powróci, okaże się, że tymczasem możliwości się ulotniły, gdy zaś z kolei możliwości wrócą – tobie wróci choroba, bo to był rak.


Jeśli masz w pokerze cztery trefle z asem oraz asa kier i postanawiasz odrzucić asa kier i kupować do koloru, wtedy na pewno przyjdzie ci as pikowy, jeśli zaś przeciwnie, zdecydujesz się zrezygnować z koloru i kupować do pary asów, okaże się, że szedł piąty trefl. Życie to pasjans, który nigdy nie wychodzi.”


Święta prawda, Panie Stefanie Szanowny, święta prawda. Tylko dlaczego o mnie?

Jacek


PS. Żeby nie było, żem cham: uruchomiłem, przecisnąłem się autem przez zwały śniegu – za bramą było już pięknie, drogę oczyścił gminny pług – i zawiozłem dziewczynę na pociąg. Ale pociąg zawiało. Pojechała w niedzielę.

A mogłoby być tak pięknie…

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Sceny z życia mrozu 🙂

Coraz pełniej odkrywam sztukę przyjemności czerpanych z drobnych wydarzeń i jeszcze drobniejszych sukcesów. Wiesz, że jeszcze całkiem niedawno wydawało mi się, że sukces to znaczy zrobić coś ekstremalnie wielkiego, zauważalnego? Że trzeba wspiąć się na wyżyny własnych możliwości, dokonać czegoś wyjątkowego. A dziś…? Dziś poleruję kolejną deskę do krojenia chleba i jestem dumny. Z niej i z siebie.

Rób rzeczy małe w wielki sposób… Nie liczyłem w ilu milionach sprzedał się „Kalendarz Szalonego Małolata”, który tworzyłem przez 11 lat. Wiem, że był sukcesem wydawniczym na rynku, że mocno zmienił moje życie (o tym kiedyś napiszę, muszę zebrać się na odwagę) i – co jeszcze ważniejsze – wpłynął na życie wielu młodych ludzi. Tak, obiektywnie rzecz biorąc: byłem wtedy człowiekiem sukcesu.


Byłem nim jeszcze kilka razy jako dziennikarz, autor reportaży, szef, menedżer w kilku małych i ogromnych firmach, copywriter, doradca polityków. I wszędzie tam, gdzie byłem, mógłbym wskazać jedną-dwie przełomowe chwile, w których czułem się jak człowiek spełniony. Zadowolony z siebie, dumny z osiągnięć.


Ale po co to wszystko?


No i co z tego? – zadałem sobie to pytanie podczas porannej włóczęgi. Jakie to ma znaczenie? Brodzę w zmrożonym śniegu, las pachnie zimową wilgocią, w smartfonie nie ma zasięgu, Anuszka śpi, bo wróciliśmy późno z Warszawy, Rudi pogonił za sarnami, a ja – jestem szczęśliwy. Tak samo jak wtedy, kiedy osiągałem szczyty własnych, marnych, możliwości. Tak samo!


Robiłem wczoraj zdjęcia do postu o narzędziach, patrząc na odczyszczoną ze smarów i brudu starą telekomunikacyjną szpulę, która od wiosny do jesieni służy nam jako stolik do kawy. Niczym wielkim nie było przywrócenie jej do nowego życia, to żaden wyczyn, ale przecież pamiętam: stałem nad nią z wymalowanym na gębie szerokim uśmiechem jakbym był Szpulkowym Stwórcą! Wielki! Wspaniały! Rekonstruktor Szpulek!


Takich obrazów mam przed oczami więcej. Każdy je ma. Możesz być dumny jak paw, przypinać sobie medal za dzielność, gdy skończyłeś malować płot, zrobiłaś sernik-marzenie, nauczyłaś dziecko robić siku do nocnika, namalowałaś obraz. To Twoje, wspaniałe dzieło!


Drobne radości


W wielkim wyścigu szczurów przestaliśmy radować się małymi osiągnięciami.


Sukces to wyłącznie coś spektakularnego, docenianego przez tłumy, wartościowego w sensie globalnym, nie osobistym. Moim sukcesem jest wycięcie po raz pierwszy w życiu kilku wspaniałych desek do chleba, sera i wędlin. Nikt ich poza Bocianką nie widział, ale – to jest sukces.


Sukcesem jednej mojej córki może być jej świetny tekst o Bergmanie albo konsekwencja w dokarmianiu bezdomnych kotów, sukcesem drugiej – sposób wychowywania syna i sztuki, które pisze. Ania powinna przypiąć sobie order dobroczynności za opieką nad Mamą i drugi za wspaniałe diety, sąsiad Sławek – za zbudowaną stodołę, a Pani Danusia – za wczorajszy twaróg.


Czy mamy czas i ochotę, by widzieć w tak prostych, elementarnych działaniach powód do dumy? By cieszyć się nimi? Umiemy w ogóle cieszyć się ze zdarzeń, które nie mają epokowego znaczenia?


Coraz mocniej, starzejąc się, doceniam celebrowanie drobnych przyjemności. I mam coraz większy szacunek do chwil, w których szczęście nie ma waloru globalnego, lecz indywidualny, maleńki. Owszem, zazdroszczę pomysłu Patrycji Krzymińskiej, która zainicjowała zbiórkę pieniędzy pod hasłem „Ostatnia puszka Pawła Adamowicza”. Wielki, wspaniały sukces o europejskim, ponadczasowym wymiarze. Byłbym dumny, gdybym wpadł na taki pomysł i osiągnął efekt w takiej skali.


Ale czy powinienem być mniej dumny, jeśli dziś po prostu byłem dobrym człowiekiem? Jeśli pomogłem komuś w prostych czynnościach, jeśli zrobiłem coś na miarę naszego małego domu? Czy to jest mniej ważne?


Jacek

Będzie to bardzo subiektywny opis wiejskiego niezbędnika, czyli narzędzi, które warto lub trzeba zgromadzić, żeby przetrwać na wsi. Narzędzia do domowego warsztatu – czy wszystkie są potrzebne? Przekonasz się szybko, że większość jednak tak. Wiele przyda się niemal natychmiast po przeprowadzce albo nawet wcześniej – tuż przed zakupem nieruchomości. Które i dlaczego? O tym dzisiaj w liście 21 najpotrzebniejszych narzędzi w domowym, wiejskim warsztacie.


Zacznę od uwagi ogólnej, czyli… od swojej niewiedzy. Bardzo szybko po przeprowadzce na wieś musiałem pożegnać się z wszystkimi narzędziami, które wcześniej zgromadziłem w miejskim mieszkaniu. Powód? W trakcie budowy, a później w trakcie życia na wsi, wszystkie dotychczasowe moje narzędzia do domowego warsztatu okazały się zanadto „dziecinne”, dostosowane do potrzeb majsterkowicza, nie zaś do wiejskiego życia.


Wyobraź sobie, że trzeba wbić w ziemię kilka palików. Albo stalowy pręt, wyznaczający granicę jakiejś przestrzeni. Biorę ci ja swój młoteczek – który w warszawskim domu wydawał mi się monstrualny – i pukam, pukam, pukam… A tu nic!


Dlaczego? Ponieważ tu wszystko powinno być o rozmiar, dwa rozmiary – większe! Cięższe, mocniejsze, wytrzymalsze. Miałem jeden młotek, mam teraz chyba z pięć. Małe, średnie, duże. Podobnie wiertarka, jakaś chińska taniocha, która wystarczała, by w mieszkaniu wywiercić jeden otwór na pięć lat. Tu spaliła się w trzecim miesiącu intensywnego użytkowania. Śrubokręty, wkrętaki? Miałem dwa, płaski i gwiazdkowy. Wystarczały. Teraz mam dziesięć i wcale nie z powodu rozpusty: wszystkie w różnych rozmiarach, dla wygody.


Z mieszkania wziąłem wkrętarkę Boscha, tę z powyższego zdjęcia; wydawała mi się idealna… Fakt, kiedy wkręcałem małe śrubeczki, była OK., ale kiedy przyszło mi mocować wkręty na dwustumetrowym płocie, kompletnie nie dawała rady.


Na wsi jest tak, że zawsze trzeba coś zrobić, przykręcić-odkręcić, wkopać-wykopać, wbić-wyciągnąć, przeciąć-skleić, wywiercić-zaszpachlować. Zawsze! Nie licz na to, że Twoje wiejskie życie będzie pod tym względem inne od naszego.


Narzędzia do domowego warsztatu: trzy zasady wyboru.


Zasada pierwsza – kompletując narzędzia patrz na różnorodność ich zastosowań. Przyda się mały wkrętak, ale największy przyda się również, przekonasz się.


Zasada druga – nie kupuj tandety. Wiem, że poniekąd namawiam do rozrzutności (my nie jesteśmy rozrzutni – jesteśmy pragmatyczni), ale po doświadczeniach z kilkoma mało znanymi markami, powiedziałem sobie: dosyć. Trzeba trzymać się jakości, bo bylejakość kosztuje znacznie więcej.


Trzecia zasada – zawsze czegoś będzie za mało, więc pamiętaj o sąsiadach. Pomogą! O ile żyjecie dobrze z sąsiadami, do czego namawialiśmy Was w jednym z wcześniejszych postów. U naszych sąsiadów znajdziemy piły wszelkiego rodzaju, najcięższe młoty, łomy i klucze. Oni mają je od lat.


Przejdźmy do listy. Jeśli jesteś prawdziwym techmaniakiem, lista może wydać Ci się trywialna – nie czytaj więc dalej, to tekst raczej dla tych, którzy raczkują w posługiwaniu się narzędziami i potrzebują wsparcia, bo nigdy, jak my, nie bawili się w ciężką pracę we własnym gospodarstwie.

Nie mam poczucia, że w kwestii narzędzi odkrywam przed Tobą Amerykę, ale – nie popełniaj moich błędów. Na początku wydawało mi się, że już zgromadziłem, lub kupuję właściwe narzędzia. Po kilku miesiącach musiałem zrewidować swój osąd i zacząłem kupować kolejne, by zastąpić nimi nieprzydatną tandetę lub zbyt małe rozmiary… Niepotrzebna strata czasu i pieniędzy.

Wkrętaki/śrubokręty

Część naszej “kolekcji”

Od najcieńszego, który przydaje się przy bardzo delikatnych konstrukcjach po szeroki i gruby, do mocowania największych wkrętów. Wiem, że są wkrętarki, ale czasami lepiej jest używać zwykłego śrubokręta, masz więcej czucia w dłoni, często też lepszy dostęp. Myślę, że trzeba mieć po cztery sztuki z obu rodzajów, płaskich i gwiazdkowych.


Zestaw kluczy do domowego warsztatu


Kupiłem zestaw płaskich kluczy, ale… nie było w nim „trzynastki”. A „trzynastka”, jak na złość okazała się najczęściej potrzebna: bardzo wiele śrub ma właśnie ten rozmiar. Do rowerów, kosiarek, glebogryzarek i innych urządzeń przydadzą się wszystkie.

Zestaw z moją ulubioną trzynastką… 🙂

Jeśli nie żal Ci pieniędzy i czujesz taką potrzebę, kup klucze nasadowe – do niektórych czynności są lepsze niż płaskie, mocniej trzymają główkę śruby. Klucz nasadowy z grzechotką ułatwia dokręcanie śrub: nie musisz go zdejmować po wykonaniu każdego obrotu, wystarczy obrócić go w przeciwną stronę – śruba zostanie w miejscu, a „cofnie” się sam klucz. Idealny do działań w trudno dostępnych miejscach.


Klucz nastawny trzeba mieć obowiązkowo. Jest najlepszy do wszelkiego rodzaju prac związanych z ujęciami wody (kuchnia, łazienka) i kanalizacją.


Młotki


Młotki to podstawowe narzędzia do domowego warsztatu. Do montażu i demontażu. Do wielu czynności. Nie kupuj od razu ciężkiego, pięciokilowego młota, bo możesz go nigdy nie użyć (a zresztą – na pewno ma go sąsiad). Kup dwa średniej wielkości młotki – jeden, który waży około 0,3-0,5 kg i drugi cięższy, 1-2 kg, w zależności od indywidualnych potrzeb i własnej siły. Młotki ciesielskie są  wyposażone w końcówkę, która służy do wyciągania gwoździ; bardzo się przydaje przy rozbiórkach starych szop, remontach domu itp.


Dłuta, pilniki i tarniki

Najstarsze i największe dłuta z targu staroci w Kiermusach

Przydadzą się, jeśli planujesz pracę w drewnie lub kiedy wiesz, że trzeba będzie wystąpić w roli ślusarza i wykończyć delikatnie metalowe części. Ja kupiłem płaskie, okrągłe i półokrągłe tarniki – jestem z nich bardzo zadowolony, ponieważ pozwalają modelować kształt desek do krojenia chleba. Dłuta bardzo się przydają w podręcznej stolarni. Dla rozrywki – bo chcemy po wyschnięciu lipowych bali spróbować swoich sił w rzeźbie – mamy cały zestaw dłut, łącznie z najcięższymi, które Ania kupiła na targu staroci w Kiermusach.


Kombinerki i obcęgi

Kombinerkami wyciągniesz gwóźdź ze ściany, możesz przytrzymać nimi kawałek metalu, który trzeba podgrzać na palniku, możesz przy ich użyciu przeciąć cienki kawałek drutu lub zdjąć izolację z przewodów. Obcęgi z kolei służą głównie do wyciągania gwoździ i przecinania: drutu, blachy. Coraz rzadziej ich używam.

Miary i taśmy miernicze

Metrówka – koniecznie, najlepiej metrówka dwumetrowa 🙂 Taśma miernicza, zwijana? Przyda się w każdym czasie i miejscu, mam 5- i 8-metrową oraz jedną, kupioną trochę na wyrost, na początku naszego zainteresowania się wsią, o długości 50 metrów. I ta najdłuższa mocno się przydawała, kiedy trzeba było wytyczać  ścieżki, liczyć metry w stodole i oborze, która stawała się budynkiem mieszkalnym. Przydatna rzecz. A metrówki używam niemal codziennie.

Poziomnica

Trzyma poziom 😉

Nieodzowna. Od najprostszych czynności, jak mocowanie lustra czy obrazu, aż po bardziej skomplikowane działania. Te najdłuższe, o długości 1,5-2 metry przydają się rzadko, krótkie nie spełniają swojej roli w każdych warunkach, wydaje mi się, że optymalna długość to 1 metr.

Kątownik stolarski

Najlepiej z miarą. Pomaga w każdej pracy, gdy trzeba złapać kąt i nie zgubić 🙂 Każda ścieżka obejścia prostych kątów kończy się tragicznie; wiem coś o tym.

Szlifierka kątowa

Tu miałbym najwięcej wątpliwości, bo chyba najrzadziej jej używam, choć dostaliśmy w prezencie. I nie dlatego, że jest zła – raczej z powodu braku potrzeb. Kamienie i wszelkie rury przycięliśmy już wcześniej, pożyczoną od sąsiada, czasami zakładam ostrą, drucianą nakładkę, żeby poczyścić stare deski z resztek betonu i brudu. Ale znam takich, którzy ze szlifierką się nie rozstają.

Piły

Moja ulubiona ukośnica!

Jakbyście mieli jakiś wolny kawałek drewna do przecięcia, to się przymilam – od czasu, kiedy kupiliśmy sobie w gwiazdkowym prezencie piłę ukosową (ukośnicę z posuwem), łapię wszelkie okazje, byleby tylko ją włączyć i ciąć, ciąć! Jest znakomita, tnie równiuteńko, nie szarpie, cudo. I można się bawić w cięcie drewna pod dowolnym kątem, a to bardzo się przydaje.


Inne piły? Mam ręczne – płatnicę i grzbietnicę, obie długości około 40 cm, obie często wykorzystywane.

Łom

Łom? Serio??? Potrzebny??? Tak myślałem… A miesiąc po kupieniu domu i działki – już musiałem kupić. Jeśli widzisz na swojej nowej posesji resztki gruzu, będzie bardzo przydatny.

Nożyce i nóż

Nóż z pomarańczową rączką – idealny!

Oczywistość. Kupiłem takie, którymi można ciąć cienką blachę czy drut, spisują się świetnie. Są trwalsze i skuteczniejsze niż zwykłe domowe nożyczki. A wydawało mi się, że to zbędny zakup… Tak samo przyda się dobry nóż z twardej stali. Nie stołowy, bo ich ostrza łatwo się wyginają, a nożem można i trzeba wykonywać wiele różnych operacji.


Nóż z wysuwanym ostrzem

No, ba! Niezbędnik w kieszeni każdego mężczyzny. Do cięcia i skrobania, do wszelkich prac, w których ostre narzędzie staje się konieczne. Ostrze zużywa się, w ciągu ostatnich trzech lat używam już chyba czwartego.

Pilarka łańcuchowa

Powinienem może dopisać do grupy pił – pilarka łańcuchowa to na wsi podstawa. Kupiłem elektryczną, bo wydawała mi się lżejsza i poręczniejsza, ale dziś raczej nie powtórzyłbym tego zakupu. Spalinowa daje więcej możliwości, nie trzeba oglądać się za siebie – czy wystarczy przewodu i nie trzeba patrzeć, gdzie leży, by go nie przeciąć. Ale pilarka w każdej postaci przydaje się w domu, zwłaszcza, gdy masz w pobliżu krzaczory lub drzewa, które trzeba pielęgnować. Lub gdy kupujesz drewno w balach, na opał. Pilarki tarczowej nie mam, choć doceniam przydatność na podstawie doświadczeń sąsiada – sprawdza się, kiedy trzeba ciąć dużo i równo.

Wkrętarko-wiertarka

Moje ulubione: wiertarka i wkrętarko-wiertarka

Myślałem już, że w dziedzinie wkręcania i wykręcania nie spotka mnie już nic pozytywnego dopóki nie kupiłem wkrętarko-wiertarki DeWalt, z dwoma akumulatorami. Pełen zachwyt i szacunek dla producenta – nie dość, że bateria wystarcza na kilka godzin ciągłej pracy, to jeszcze siła działania jest optymalna, ustawiana w wielu wariantach. Mam dwie inne wkrętarki, marki Bosch, z lat wcześniejszych, ale nie dorastają tej do pięt.


Narzędzia do domowego warsztatu – wiertarka


Także – DeWalt. Pierwszy raz zobaczyłem ją w rękach elektryka: podchodził do ściany, przytykał wiertło, ciach – otwór gotowy. Adam, zapytałem, czy to jest kwestia twojej siły, czy wiertła? A on na to – wiertarki. Bez niej nie dałbym rady. I ja się z nim zgadzam. Wiem, że może zabrzmi to jak reklama marki, ale szczerze mówiąc – nie poznałem do tej pory lepszych elektronarzędzi. Wiertarka w domu to obowiązek, nawet jeśli masz wkrętarkę z opcją wiercenia. To nie to samo: ciężkie prace tylko z wiertarką. I z najlepszymi wiertłami. Tu nie warto oszczędzać, szkoda sił.

Szlifierka

Trzy pożyteczne gwiazdy szliferskie 🙂

Mam na myśli szlifierkę do drewna, która bardzo, bardzo się przydaje. Kiedy chcesz odnowić stare meble, kiedy robisz stół, stołek czy choćby gdy musisz ze starej szpuli po kablu energetycznym zrobić oryginalny stolik na taras, szlifierka jest niezbędna.


Tak się złożyło, że szlifierki mam już trzy (patrz zdjęcie powyżej) i każda służy do innego celu. Oscylacyjna, z szeroką, prostokątną stopą, służy do przecierania i szlifowania dużych powierzchni. Szlifierka typu delta, o podstawie zbliżonej do trójkąta, akumulatorowa, idealnie nadaje się do szlifowania trudno dostępnych miejsc. Ostatnia to mimośrodowa szlifierka z okrągłą stopą, znakomita do płaskich i wygiętych powierzchni, bardzo wydajna i nie zostawiająca śladów szlifowania.

Strug

Kiedyś były strugi (heble) ręczne, dziś w kategorii narzędzia do domowego warsztatu dominują urządzenia elektryczne. Wymagają precyzji w działaniu i wprawnej dłoni – jeśli ustawisz struganie na zbyt głęboki poziom i zaczniesz strugać ze zbyt dużym naciskiem, miejsce startu okaże się szybko wielkim wgłębieniem. Długo nie mogłem się przekonać – po co mi to? Ale teraz jestem zachwycony z faktu posiadania struga – w krótkim czasie można zdjąć sporą, 2-3-milimetrową warstwę każdej deski czy belki, nadając drewnu zupełnie nową jakość. Narzędzie dla prawdziwych entuzjastów stolarstwa.

Myjka ciśnieniowa

Wiejski niezbędnik. Wymienne końcówki pozwalają nie tylko dobrze umyć taras, samochód czy oczyścić z igieł rynny, ale przede wszystkim dają komfort szybkiego i skutecznego czyszczenia niemal każdej powierzchni, która na wsi ulega zabrudzeniu. Mamy stary płot, który od północnej strony zaczął przerastać mchem. Kilka desek „przejechałem” karcherem dla próby – i już wiem, że wiosną zrobię to samo po całości. Efekt jest świetny, płot jak nowy, choć ciągle stary. Ale już nie straszy.

Przedłużacz elektryczny

Wcale nie taki mało ważny! Najlepiej na bębnie i najlepiej wystarczająco długi, by wystarczył od przydomowego gniazda aż do skraju posesji. Mamy dwa bębny przewodów, 40 i 50 metrów, o różnym przekroju (1,5 mm2 i 2,5 mm2). Im grubszy, tym mniej się nagrzewa w czasie eksploatacji. Dobrze, jeśli posiada choć cztery gniazda i wewnętrzny bezpiecznik.

Siekiera, toporek

Mały poręczny toporek Fiskarsa. Klasa.

Tak, to też są wiejskie niezbędniki i również narzędzia do domowego warsztatu. Kiedy brakuje odpowiedniego młotka, zawsze można uderzyć obuchem siekiery (ale ostrożnie, bo to jej najczulsze miejsce). Wiadomo do czego służą i wiadomo, że są niezbędne. Mam trzy siekiery: jedną olbrzymią, Fiskarsa X25, drugą mniejszą, po poprzednim właścicielu, z drewnianym trzonkiem, i jeden toporek do rąbania drewna na szczapki. Największa siekiera, rozłupująca, to prawdziwy skarb.


Sławek, nasz sąsiad, nie mógł się do niej przekonać, póki nie spróbował. Ma trzonek trwale połączony z głowicą, nie trzeba jej więc nabijać lub moczyć, uchwyt świetnie leży w dłoni, łupie się nią precyzyjnie i mocno. Ważny 2,5 kg.


Czy to wszystkie narzędzia do domowego warsztatu? Na pewno nie… Powinienem jeszcze napisać o kluczach imbusowych i zestawach końcówek do wkrętarek. O szpachelkach i papierze ściernym, o dobrych wiertłach i uchwytach stolarskich, o imadłach, o wyrzynarce, otwornicach i dziesiątkach innych narzędzi, które mogą się przydać. Ale – to już kwestia indywidualnych potrzeb i oczekiwań. Powyższa lista to zbiór, który ja preferuję i który bardzo mi się w ostatnich trzech latach przydał. Bez niego niewiele by się tu udało.


Jacek


POLECAMY:


Bardzo dobry portal i sklep z narzędziami: Narzędzia.pl


Strona z informacjami o marce DeWalt


Fajne porady dla tych, którzy lubią majsterkować

Robimy zamach na swój zimowy status. Możesz to zrobić razem z nami: chcemy wrócić do korzeni, bo zimą nie ma nic lepszego niż taki powrót. I nie ma nic zdrowszego. Wchodzisz w to?


Zimowy status oznacza ni mniej, ni więcej, że… przytyliśmy. No jakkolwiek by patrzeć – jesteśmy szersi nie tam, gdzie by się chciało. Nie jemy więcej niż jesienią, sporo się ruszamy, a jednak… waga nie kłamie. (Może trzeba zmienić wagę?)


Co jest potrzebne do zmiany statusu? Siła woli, czyli niezłomność, której nie da się skruszyć aż do pierwszych dni wiosny. Parę złotych na podstawowe warzywa i nasiona. Pomysłowość. I świadomość, że wszystko co robimy – służy dobremu celowi.


Chcemy bowiem dokonać gruntownego zamachu na własne zdrowie, czyli złamać zasadę, że zimą można tylko tyć i gnić. I że nie ma w czym i gdzie szukać witamin, antyoksydantów, minerałów i błonnika. I że za wszelką cenę trzeba dotrwać do pierwszych nowalijek.


Co jeszcze jest potrzebne? Wyciągnij z głębokich zakamarków sokowirówkę lub wolnoobrotową wyciskarkę do soków. Albo kup – zainwestuj w zamach na swoje kiepskie samopoczucie! Na początek będą Ci potrzebne po dwa kilogramy pietruszki, marchwi, selera, buraków i jabłek. Kup nasiona lnu, nasiona chia, czyli szałwii hiszpańskiej, i ziele ostropestu (niemielone!). To będzie Twoja baza. Reszta, czyli uzupełniacze, może się pojawić w późniejszym terminie.


Powrót do korzeni: wyciskarka czy sokowirówka?


Zacznijmy od sokowirówki lub wolnoobrotowej wyciskarki. Nie podejmujemy się rozstrzygnięcia w kwestii co jest lepsze – jedno czy drugie urządzenie? Oba mają swoje zalety i wady, począwszy od ceny po tempo działania, a skończywszy na jakości finalnego produktu. My zainwestowaliśmy w wolnoobrotową wyciskarkę Kuvingsa, drogą, ale niezwykle precyzyjną, niezawodną i skuteczną.


EDIT: Nie mamy z nimi żadnej umowy, polecam po trzech latach eksploatacji.


To nie jest reklama, to tylko ładny pokaz :-)


Jakie są jej zalety? Niskie obroty pozwalają wyciągnąć z miażdżonych owoców i warzyw więcej wartości odżywczych. Sok z wyciskarki jest esencjonalny, dużo gęstszy niż z sokowirówki (wcześniej używaliśmy sokowirówek, więc mamy porównanie), zawiera więcej błonnika, a samo urządzenie względnie dobrze potrafi radzić sobie z warzywami liściastymi, z czym sokowirówka miała problem. Jarmuż w soku po raz pierwszy smakował jak jarmuż właśnie dzięki przepuszczeniu go przez ślimak wyciskarki…


Jako wadę można by uznać dłuższy proces uzyskiwania soku i, rzecz jasna, wysoką cenę. Choć w sieciowych sklepach z AGD widzieliśmy już niezłe wyciskarki w cenach zbliżonych do cen sokowirówki.


Dobre porównanie wyciskarki i sokowirówki marki Philips znaleźliśmy tutaj. Zobacz, bo film obala kilka mitów:


Myj i oczyść warzywa. Nie obieraj!


Pokusa jest duża: obrana marchew wygląda lepiej niż marchew w piaszczystej glince… Tak samo pietruszka, a zwłaszcza seler. Nie ulegaj pokusie – wyszoruj swoje warzywa pod bieżącą wodą (szczoteczką), dobrze opłucz i to powinno wystarczyć. Szkoda tracić bezcenne wartości, które kryją się tuż pod powierzchnią skórki.

wróćmy do korzeni
Zainwestuj w korzenie!

Przyjrzyj się uważnie warzywom, które kupujesz w sklepie lub na ryneczku. My mamy dość ułatwione zadanie, bo większość dostawców na rynku w Siemiatyczach, to okoliczni rolnicy, choć zdarzają się i tacy sprzedawcy, którzy wczesnym rankiem jadą na giełdę w podwarszawskich Broniszach, a później przywożą swoje dobra na rynek – rzecz jasna jako wiejskie, właśnie zebrane z pola lub wzięte z kopca. Unikaj ich.


My kupujemy w myśl zasady: im gorzej wyglądające stoisko, im mniejszy asortyment i bardziej zabiedzony sprzedawca, tym pewniejsze źródło. I to nas nie zawodzi: babcia, która stale zaopatruje nas w warzywa mieszka za Bugiem i pewnie nie ma zielonego pojęcia, że w świecie istnieją giełdy owocowo-warzywne 😉 Ale warzywa ma takie, że palce lizać.


Kupuj mądrze, to znaczy – dotykaj. O tej porze roku część warzyw ma prawo być lekko przywiędła. Wyciskarce to nie zaszkodzi, ale lepiej szukać korzeni jędrnych, twardych, kopcowanych tradycyjnie, w ziemi lub ziemiance. Znajdziesz takie! Co do jabłek – każdy ma prawo do swoich upodobań, my postawiliśmy na odmianę Alwa, która jest bardzo soczysta, twarda i naprawdę smaczna.

wróćmy do korzeni-2
Buraki uwielbiamy w każdej postaci. Mają moc wszystkiego.

Jak jeść nasiona chia?


Ha! Zapomniałam o jeszcze jednym urządzeniu: przydałby się młynek do kawy. Dlaczego? Wszystkie nasiona powinny mieć postać zmieloną.


Zwłaszcza chia, choć w podobny sposób należy potraktować len, a zwłaszcza nasiona ostropestu. Nie szkodzi, jeśli nie masz młynka do kawy (choć to nie jest duży wydatek), nasiona można utrzeć w moździerzu.

wróćmy do korzeni-3
Nasiona chia

Szałwia hiszpańska w całych nasionkach najładniej wygląda w smoothies na warszawskim Placu Zbawiciela: ziarenka są duże, tworzą świetną strukturę w napojach i… są w tej postaci kompletnie bezużyteczne! Z jakiego powodu?


Przelatują przez nasze jelita, praktycznie nie podlegając strawieniu. Dlatego
– koniecznie mielimy! Aż szkoda je tracić, są bowiem nieocenionym źródłem kwasów omega-3. Więcej o ich dobroczynnym działaniu opowiada dietetyczka Hanna Stolińska-Fiedorowicz w książce Margit Kossobudzkiej „Człowiek na bakterie”. Książkę polecam bardzo!


Całą opowieść nasionom chia poświęcił też Wayne Coats w książce pt. „Chia”. Tam właśnie można wyczytać o ich niezwykłych właściwościach, docenianych już przez Azteków.

wróćmy do korzeni-4
Dobre lektury!

Szałwia hiszpańska to jedno z niewielu niemodyfikowanych genetycznie najlepszych źródeł kwasu tłuszczowego z grupy omega-3, a także witamin, minerałów, białka, aminokwasów, przeciwutleniaczy i błonnika. Nasiona nadają się świetnie jako składnik diety alergików i osób, które nie mogą spożywać produktów zawierających gluten. Mają mniej węglowodanów niż ryż i kukurydza, polecane są we wszelkiego rodzaju dietach odchudzających, poprawiając metabolizm i dostarczając energii.


Ostropest na odchudzanie i wątrobę


Podobnie jak nasiona chia, ostropest plamisty znany jest i używany od stuleci, choć na nowo odkrywamy go dopiero w ostatnich latach. Dlaczego jest tak ważny? Ano z prostego powodu – znakomicie czyści wątrobę. Organ, którego istnienia nie zauważamy, bo nigdy nas nie boli, a który ma dla naszego organizmu pierwszorzędne znaczenie: po pierwsze dlatego, że oczyszcza go z toksyn.

wróćmy do korzeni-5
Nasiona ostropestu

Nie kupuj ostropestu w postaci zmielonej, bo nigdy nie wiesz kiedy dokonano przemiału, a jego właściwości po zmieleniu dość szybko się ulatniają. Lepiej używać nasion ostropestu na bieżąco, mielić niewielkie ilości i używać bezpośrednio przed spożyciem.


Dlaczego ziele ostropestu jest dla nas tak ważne? Jego nasiona zapobiegają uszkodzeniom komórek wątroby, sprawiając, że toksyny nie łączą się z jej powierzchnią. Nasiona pomagają przywracać równowagę wewnętrzną organizmu i przeciwdziałają namnażaniu się wolnych rodników. Nie bez znaczenia jest antyrakowe znaczenie ostropestu. Zawiera sylimarynę, która chroni komórki wątroby przed działaniem związków toksycznych, przyśpiesza jej regenerację, chroni miąższ wątroby przed skutkami spożycia alkoholu i przyśpiesza usuwanie toksyn z organizmu.


Ostropest to obowiązkowa pozycja w jadłospisie – nie tylko zimą!


Wróćmy do korzeni: właściwości siemienia lnianego


Co w tym zestawie robią nasiona lnu? Siemię lniane znane jest w ziołolecznictwie od wielu lat. Nasiona poprawiają perystaltykę jelit, zapobiegają niestrawnościom, zaparciom, są polecane osobom cierpiącym na otyłość, chronią błony śluzowe układu pokarmowego, polecane są w chorobie wrzodowej w każdej jej postaci.

wróćmy do korzeni-6
Nasiona lnu

Len jest bogatym źródłem fitoestrogenów, które wykazują silne działanie antyrakowe, udowodnione zwłaszcza w leczeniu raka piersi. To również kolejne źródło kwasów omega-3, usprawniających pracę mózgu i pamięci, redukujących ryzyko zawału i chorób układu sercowo-naczyniowego.


Tyle o bogactwie diety, a teraz o jej celach. Pierwszy z nich – nie dać się zimie. Drugi – schudnąć. Trzeci – wprowadzić do organizmu maksimum dobrej energii. Czwarty – oczyścić go z toksyn, powalczyć ze złym cholesterolem. Piąty – wprowadzić się w dobry nastrój 🙂


Korzenne soki


Co planujemy? Chcemy codziennie lub co najmniej cztery razy w tygodniu pić na śniadanie soki w trzech kolorach: białym, pomarańczowym i czerwonym. Zestaw dla dwóch osób.


BIAŁY – umówmy się jednak, że kolor biały w tym przypadku to tylko licentia poetica 🙂 – do witaminowej bomby sokowej potrzebny jest jeden duży seler, trzy korzenie pietruszki, trzy jabłka. Do tego chia, ostropest, len, rzecz jasna zmielone. Aby wszystko lepiej się wchłaniało, do soku dodajemy łyżeczkę oleju, np. lnianego. Jeśli uznasz, że sok jest mało słodki (a nie jest), dodaj miodu. Pychota!

wróćmy do korzeni-7
Sok biały. Dominacja pietruszki i selera

POMARAŃCZOWY – sześć do ośmiu marchewek, cztery jabłka, plus nasiona. Plus łyżeczka oleju. Alternatywą może być połączenie marchwi z gruszką i jabłkiem, to także: niebo w gębie!

wróćmy do korzeni-8
Sok pomarańczowy, bez pomarańczy. 
Jabłko, marchewka, nasiona, olej.

CZERWONY – burak z jabłkiem i nasionami. Trzy-cztery buraki, cztery jabłka, chia, ostropest, len. I już. Można dodać miodu.

wróćmy do korzeni-9
Sok czerwony. Buraki, jabłka, nasiona, imbir.

Każdy korzenny sok może podlegać modyfikacjom, można eksperymentować z selerem, który dodaje niesamowitego smaku marchewce, można łączyć wszystkie składniki lub dorzucać np. jarmuż, cytrusy i inne owoce. Wszystko, co tylko dusza zapragnie. Ale powyższy zestaw powinien mieć charakter podstawowy, to baza pełna błonnika, antyoksydantów, witamin, minerałów, kwasów omega-3 i witamin. To bomba śniadaniowa: lekkie śniadanie jemy jakieś dwie godziny później. I tak aż do wiosny, żeby nas licho nie wzięło.


Dacie radę? Bo my zaczęliśmy taką tęgą kurację i bardzo nam się ona podoba!


Ania


POLECAMY RÓWNIEŻ:


Porównanie sokowirówek i wyciskarek wolnoobrotowych na blogu Garneczki.pl, autorstwa Anny Jankowiak


Wkipedia w ciekawym wpisie o ostropeście plamistym

Przenieś się do oazy spokoju i zacznij żyć w harmonii z przyrodą… Czy to jest łatwe? Jest, pod warunkiem jednak, że sama sobie dasz przyzwolenie na… zielone palce. Chcesz mieć takie paluszki? Ja mam!


Życie w harmonii z naturą to główny motyw książki Dana Pearsona „Rok w ogrodzie”, którą czytam właśnie z powolną radością, kontemplując każde napisane zdanie.

Życie w doniczce


Jeden z przyjaciół autora przyrównał jego miejskie życie do pomieszkiwania w doniczce. To bardzo bliska mi fraza, a powiedziałabym nawet, że na swój sposób krytyczna wobec wszystkiego, co robiłam do niedawna, w tzw. dorosłym życiu. Ono było udane, ciepłe, dobre, ale – wśród murów. Pośród ścian, betonów, asfaltów uprawiałam czasem drobne domowe rośliny, bez większej zazdrości patrząc na siostrę, która rok w rok walczyła z kilkunastoarowym ogrodem. Dziwiłam się bratu, który każdą wolną chwilę spędzał na działce, pielęgnując dziesiątki starych drzew i krzewów. Jakież zdawało mi się to nudne!


Dopiero pobyt w Bociance, na wsi, dni spędzane pomiędzy polami i lasem całkowicie zmieniły tę optykę.


Pierwsze grzebanie w ziemi, pierwsza fascynacja skutkami pielenia i pierwsza radość ze wschodzących sadzonek działały jak afrodyzjak. Szósta rano, poranna kawa na tarasie i – szybka ucieczka do ogrodu. To był pierwszy stopień uzależnienia. Drugi? Szybko stygnąca poranna kawa pita w ogrodzie, przy pracy… Trzeci? Trzeci stopień uzależnienia kojarzy mi się z Jackiem, dopytującym czy bardziej kocham być z nim czy wśród roślinek 🙂


Jest w tym jakaś magia.


Planowanie, szukanie roślin, sadzenie, ochrona przed szkodnikami, przyglądanie się wzrostom, zbieranie kwiatów i owoców. Nawet walka z turkuciem podjadkiem wydaje mi się radosnym, odświętnym. Mam święto od wiosny do późnej jesieni – każdego dnia!

„Rok w ogrodzie” Dana Pearsona czytam więc z ogromną radością. To jest książka dedykowana takim świrom jak ja, jak my tutaj. To opowieść o 365 dniach z życia ogrodu, w którym dominującą rośliną jest… pasja. To się czuje, to wiadomo od pierwszych wpisów, które choć osadzone są w mocno nie-ogrodniczych realiach stycznia, cieszą oko trafnymi spostrzeżeniami i porównaniami, obfitością ciekawostek i wskazówek.


Ale przede wszystkim – cieszą czytelnika dobrą prozą, bo „Rok w ogrodzie” to nie poradnik ogrodniczy, to rzecz o miłości do natury. Dan Pearson przenosi nas do świata małego londyńskiego ogródka i… Za chwilę jednym skokiem przenosi się na wyspę Hokkaido i wgapia się w otwierające się kwiaty irysów „Gypsy Beauty”. Chwilę później wędrujemy po targach Chelsea Flower Show, by zakończyć podróż za olbrzymim żywopłotem ogrodu w Hill Cottage. Takich wypadów, eksperymentów, roślinnych regeneracji i barwnych anegdot o tymiankach, szałwiach i innych wiciokrzewach – o wszystkim, co zielone – jest w tej opowieści mnóstwo.


Dan Pearson na ponad czterystu stronach swojej książki zachwyca się porami roku, smakami, zapachami, surowością zimowych ogrodów i żarem jesiennych dębów. Nie ma znaczenia, czy pielęgnujesz na parapecie własnego domu kilka doniczek z bluszczem i paprocią, czy zajmujesz się wielohektarowym ogrodem. Radość z bycia blisko natury, radość z własnej pasji może być ogromna.

Miej pasję i żyj pasją!


Nie bez przyczyny wydawca reklamuje opowieść Pearsona jako książkę dla wszystkich, którzy mają „zielone palce”. Ja mam zielone palce! Metaforycznie zielone! I czekam kiedy zakwitną.


Czytam ten zbiór felietonów Pearsona pisanych przez dekadę dla „Observera” jakbym czytała o sobie. Przyznaję jednak, że tak poetycko jak autor i z takim znawstwem pisać nie potrafię. Ale czujemy podobnie. Mamy podobne zielone palce i wspólną radość z pielęgnowania w sobie małego dziecka, które ciekawi każda napotkana łodyżka, każdy kwiatek.


Książka na zimę, na długie wieczory, w sam raz na teraz. Polecam!


Dan Pearson to brytyjski architekt krajobrazu, o ogrodach pisze i opowiada w angielskiej prasie i programach telewizyjnych BBC. Jest członkiem Towarzystwa Projektantów Ogrodów i ambasadorem The Tree Council – organizacji charytatywnej, która wspiera sadzenie drzew i ich ochronę.


Ania


Dan Pearson „Rok w ogrodzie”, Wydawnictwo Literackie 2019, cena 49,90 zł

Zimowa depresja. Gwałcicielka nastrojów. Zabójczyni dobrego humoru. Złodziejka uśmiechów i witaminy D. Smętna, neurasteniczna pokraka obsiadająca wszystkie żywe organizmy od robotniczych dzielnic Śląska przez biurowce Warszawy aż po śpiące mazurskie wsie. Czy da się ją przegonić czymś więcej niż kieliszkiem porto? Da się! Wynurz się z domu!

Jednostka chorobowa pod nazwą: choojnia do sześcianu. Jest coś takiego, prawda? Dopada podczas listopadowych wizyt na grobach zmarłych i trzyma aż do pierwszych dni z ciepłym słońcem i pierwszych tulipanów na skrzyżowaniu Foksal i Nowego Światu. Potem jest już dużo lepiej, ale…


Czy naprawdę trzeba czekać do POTEM?


Nie! Nie poddawaj się zimowej depresji!

Mówię od razu, że jestem taki mądry dopiero od roku, przedtem – jak wszystkim – wydawało mi się, że nie ma innej rady. Że szaroburą jesień i smętną zimę trzeba przetrwać. Z pewnością: brać witaminy. Czołgać się od poranku do zmierzchu, wyglądać w stronę okna, szukać słońca nawet w zwykłej farelce, byleby coś grzało i świeciło.


Olśnienie przyszło całkiem niedawno, ściślej – chyba wtedy, rok temu, kiedy przybłąkał się do nas rudy pies. Zabiedzony, bity, wychudły, zrezygnowany. Uznał, że jeśli gdzieś może dokonać żywota, to niech to będzie tu, na naszym tarasie. Niczego nie chciał, nie walczył, nie prosił. Po prostu zaległ i patrzył z ledwie tlącą się nadzieją w jakiś martwy punkt.


On znalazł tu nowe życie, a my sens.


Wynurz się, człowieku – zagaduję do siebie, kiedy jest szaro, pisanie tekstów nie idzie, a myślenia strategicznego nie uratują nawet dwie butelki porto, a co dopiero kieliszek.


Idę z psem – mówię wtedy do Ani. I idę. Albo idziemy, bo Ania podlega podobnym nastrojom.


Wynurz się w niepogodę. W mżawkę, w zadymkę. Zima daleka jest od jednobarwności. Patrzysz w stronę wielkiej białej przestrzeni przed sobą i widzisz kilka odcieni bieli, zależnych od natężenia słońca, skrzących się lub matowych, śnieżnobiałych lub błękitnych, szarych lub zażółconych. Inne kolory zimą ma las, jeszcze inne drzewa w starym ogrodzie i chwasty na łące.


Jeśli nie masz lasu i polany tuż za drzwiami – ubierz się ciepło i wynurz na świat swoim autem. Dlatego jedź byle gdzie, byle z dala od murów, czeluści klatek schodowych i wind, jaskrawości biurowych świetlówek i rzężących szefów. Machnij się pięćdziesiąt kilometrów za swoje miasto, w kompletnie nieznaną dzicz, zaparkuj, wyjdź (nie mówię: wyrzuć kluczyki, bo to ekstremizm, ale schowaj je głęboko) i idź.


Nie szukaj celu. Cel jest prosto pod stopami. I na wprost oczu.


Masz smartfon – wyciągnij go i zrób piękne zdjęcie zimowym szkieletom polnych ostów, baldachom dzikiej marchwi, wyblakłej trawie czy dumnie błyszczącym wilczym jagodom. Albo nie, nie rób zdjęć: spaceruj, oddychaj, przyglądaj się roślinom, śladom na śniegu. A może nie? Może po prostu zamknij oczy, chłoń przestrzeń innymi zmysłami, obwąchajcie się z sobą nawzajem, poczujcie. Otwórz oczy i mocno poruszaj biodrami dookoła swojej osi. Inne rozwiązanie? Zrób to samo seksualnie, zmysłowymi ruchami, tak jak lubisz najbardziej. Nikt Cię nie widzi. Możesz. Przecież wszystko możesz!

Zimowa jeżówka. Przyjemność podglądania.

Może też… robić nic. To proste. Gap się. Medytuj, módl, rozmawiaj z sobą, ze zmarłymi. Ja od dziecka rozmawiam z ojcem: patrzy na mnie z góry i czasem macha mi łapą – Cześć, Jacek – Cześć, Tato. To fajny kumpel.


Zimą, jeśli nie znajdujesz siły do życia w sobie i jeśli nie dostajesz jej od innych, trzeba szukać energii w naturze. Najlepsze są włóczęgi w złą pogodę, najlepsze są długie marsze przed siebie, kiedy czujesz, że pot zmoczył Ci koszulę i kiedy zaczynasz myśleć: ależ bym się napił piwa! Ależ bym się napiła herbaty!


To doskonały objaw: zimowe zmęczenie na dworze. Samozłachanie się. Mordęga wymalowana na twarzy. Spójrz na siebie po takim wysiłku – okropnie wyglądasz: mokre, zgniecione włosy, mejkap spłynął z potem, śniegiem i deszczem, policzki czerwone, nos czerwony… Ale gęba Ci się śmieje: zajebiście było, mówisz. Dokładnie tak, jak wtedy, gdy rąbiesz drewno.


I tak ma być. Tak jest dobrze.


Pies nie pojawił się w tej historii przypadkiem – pies zmusił nas do ciągłego, regularnego  wynurzania w przestworza. Dziwne, prawda? Wiejski pies przywiązany na co dzień grubym łańcuchem do budy, jak to na Podlasiu 😉


Żart.


Rudi ma wolność i wolną łapę we wszystkim. I trochę to on nauczył nas swojej wolności. Kiedy chce wyjść na spacer – idziemy razem z nim. Jak teraz: przerwałem pisanie na godzinę, poszliśmy wałęsać się po lasach i polu, ja robiłem zdjęcia, on kupę. Ja szedłem po tropach dzika, on biegał, żeby rozprostować kości. Potem było na odwrót. Wróciłem, wróciła radość tworzenia.


Wniosek?


Nie poddawaj się zimowej depresji! Przede wszystkim wynurz się, warto. Rób to jak najczęściej, także nocą. (Nocą nie świeci słońce i nie ma skąd brać energii? Bzdura – w słabym świetle księżyca nocne pola i łąki każdego potrafią rozgrzać wrażeniami; przekonaj się!) Weź latarkę, pomaszeruj trochę na leśnej ścieżce, z którą poznaliście się za dnia. To ekscytujące. W przeciwieństwie do naszych wcześniejszych, miejskich doświadczeń, przeżywamy to z radością każdego wieczoru, wychodząc, w pojedynkę lub razem, z psem i kotem na ostatni przed spaniem spacer. W kompletną ciemność. Zawsze po 22. Cisza oszołamiająca. Czasami coś zaskrzypi, poszumi, zamruczy coś daleko (u nas słychać pociągi do Hajnówki), jest ostatnia okazja, by się wyluzować, odetchnąć, namyślić.


Pozwól sobie na taki luksus. Na bezmyślność w kompletnej pustce, wśród drzew. Na rozmowę z sobą, bez świadków. I na wałęsanie, które niczemu – poza zmianą samopoczucia – nie służy…


EDIT ANI. Ładnie napisałeś, ale jako kobieta dbająca coś bym jednak dodała… Weź codziennie jedną kroplę witaminy D3 i jedną pastylkę K2. Mimo wszystko potrzebujemy słońca i witamin, a przed niedoborami trzeba się jakoś ratować. Brak energii, witalności, nerwowość, uczucie bezradności, melancholia – to objawy braku witamy D. Od października do marca, kiedy nie możemy korzystać z kąpieli słonecznych, a promieniowanie UVB nie dociera do Ziemi, mimo wszystko powinniśmy się suplementować. Szukać słońca, spacerować, łowić dobrą energię z natury, ale jednak też – łykać suplementy witaminy D.

Fotki, które wrzucam do tego postu powstały dziś, podczas godzinnego spaceru z psem. Nie są po to, by czarować, lecz by służyć świadectwem – przez godzinę dałem się ponieść pasji. Wróciłem odświeżony, młodszy, żywszy. Choojnia do sześcianu poszła precz. Ty również nie poddawaj się zimowej depresji!

Jacek


POLECAMY:


Dobry materiał na portalu Polka.pl o skutkach niedoboru witaminy D