Dziś kolejna część naszych rozmów odkładanych w czasie… Wy piszecie i pytacie (w komentarzach pod postami, na Facebooku, Instagramie), my odpowiadamy. Albo przynajmniej się staramy.

Zupełnie przypadkiem kilka dni temu pojawiły w naszym otoczeniu kleszcze (przywieźliśmy sobie do domu jednego, na psie), napisaliśmy o tym, że w walce z kleszczami popijamy napar z czystka, a Beata niedługo potem napisała:

Zaintrygowaliście mnie tym czystkiem przeciwkleszczowym! Mam boreliozę trochę podleczoną. Uwielbiam łazić po wszelkich lasach, łąkach i bezdrożach i jedyne co mi obrzydza to buszowanie, to kleszcze! (Choć buszowanie i tak wygrywa…) Powiedzcie proszę coś więcej w kwestii czystka – jak doszliście do tego, że odstrasza kleszcze?

Wszechmocny czystek?

Odpowiadamy szczerze… Zaczęło się od córki, która kilka lat temu zachorowała na boreliozę. Pomińmy etap diagnozy i kolejnych faz leczenia; lekarka jako jeden z uzupełniaczy zaproponowała czystka, rekomendując, że bardzo dobrze działa w uzupełnieniu kuracji. Skutek? Wszystkie objawy ustąpiły.

A zatem – czystek może być przydatny w walce z samą boreliozą. W roku 2010 udowodnili to lekarze z Lipska, publikując wyniki swoich testów, z których wynikało, że olejek z czystka kreteńskiego hamuje wzrost bakterii boreliozy. Hamuje, ale nie niszczy ich. Wspiera zatem leczenie i od tej strony można śmiało mówić o jego prozdrowotnym działaniu.

Chcemy jednak postawić sprawę jasno: nie mamy żadnych naukowych podstaw, by obronić tezę, że czystek pomaga w samej walce z kleszczami. Być może to efekt marketingu sprzedawców tego zioła, być może działa jak placebo, ale… Może czasami warto wierzyć w to, co lekarze  wyśmiewają albo traktują jak zabobony? Może właśnie ta wiara działa?

Po wypiciu kubka  naparu z czystka i po wyjściu na dwór – pocimy się, a zapach potu zwykle przyciąga kleszcze. Być może jest tak, że pot z lekkim posmakiem/zapachem czystka nie jest dla nich atrakcyjny? Może słabiej go wyczuwają? Trudno powiedzieć.

W naszym przypadku jedno jest pewne: od trzech lat, mimo życia dosłownie na skraju lasu, mimo codziennych spacerów po łąkach, wśród traw i chaszczy, na palcach jednej ręki policzylibyśmy kleszcze, które znaleźliśmy na swoich ciałach. Więcej ich było na psie i kocie, a to znaczy, że są, żerują. (Uspokajamy jednak – zwierzęta są świetnie zabezpieczone!)

Nie lubią nas? Nie pocimy się? Chodzimy szybciej niż one skaczą? Nie wiadomo. Pijemy (ale bez przesady, nie litrami i nie codziennie) czystka i… są skutki.

A informacje, że picie czystka obniża poziom żelaza i hemoglobiny, akurat w naszym przypadku nie są prawdziwe: robimy badania profilaktyczne systematycznie i żadnych objawów anemii nie mamy. Wręcz przeciwnie 🙂

Kiedy można ściągać z drzew wodę brzozową? I w jaki sposób?

Zapytała o to Akasha i chyba nawet zdążyliśmy jej odpowiedzieć, że w marcu popełnimy na ten temat specjalny wpis, ale potem odkryliśmy fajną stronę Świat Kwiatów, a na niej dokładny opis sposobu ściągania soku. Może się przydać.

W skrócie – wybierz najpierw dorodną brzozę, najlepiej co najmniej 10-15 letnią. Obserwuj pąki: sok powinno się ściągać po wwierceniu się w korę brzozy właśnie wówczas, gdy zaczynają one pękać. Kończymy ściąganie najpóźniej tuż przed pojawieniem się listków. To znak, że ubytek soków może drzewu tylko zaszkodzić.

Pytaliśmy naszych sąsiadów o terminy – mówią: nie ma terminów. Trzeba obserwować. (To jest Podlasie, przypomnijmy, tu wegetacja rozpoczyna się później niż w innych częściach kraju!) Ale powiedzieli nam też, że upuszczanie soków pomaga drzewom, zaczynają intensywniej pracować, szybciej się zielenią. Może coś w tym jest?

Kto u Was rządzi? Jaki jest podział ról?

To pytanie Magdy, która w wiadomościach na Facebooku zaciekawiła się relacjami w naszym związku. Odpowiemy każde za siebie:

ANIA:  – Rządzi Jacek, wiadomo.

JACEK:Rządzi Ania, no bo kto?

Właśnie najfajniejsze jest to, że nikt nie rządzi. Mamy niepisany podział ról, które często się przenikają. Jacek nie gotuje, ale czasem pomaga w gotowaniu. I zmywa naczynia (jest w tym lepszy od zmywarki, choć czasami programy mu się zawieszają i trzeba po nim poprawiać). Ania nie wiesza prania (bo umówmy się: pierze pralka), pranie wiesza Jacek. Ania czasem prasuje, Jacek nie wie, że kupiliśmy żelazko.

Oboje nazywamy wiejski kurz patyną. Ania sprząta metodycznie, Jacek lata z odkurzaczem. Na podwórku Jacek kopie doły, Ania sadzi. Ale często jest odwrotnie: Ania ze szpadlem, Jacek ze smartfonem.

Na spacer z futrzakami wychodzimy albo razem, albo naprzemiennie. W ogrodzie króluje Ania, w sadzie Jacek. Ania ma zielnik, Jacek skalniak. Drewno nosimy oboje. Techniką zajmuje się Jacek, wyposażeniem wnętrz Ania. Oboje operujemy młotkami. Oboje podlewamy. Jacek kosi trawę, Ania pieli. (Jak można lubić pielenie??? Ale Ania lubi.)

Torby z zakupami nosimy po równo. Na zmianę przynosimy sobie kawę. Ania nie je twardego sera, który Jacek mógłby jeść codziennie. Ania ma problem alkoholowy – nie pije. Jacek pije wino. Oboje słuchamy muzyki klasycznej i filmowej. Ale właściwie słuchamy wszystkiego, bo kochamy muzykę. Oboje myjemy szyby w oknach (mamy miliard okien!), choć część tej pracy wykonuje za nas robot – dzięki ci, dobry robocie!

Bijemy się o to, kto dzisiaj rozpala ogień w piecu. Razem planujemy, choć myślimy oddzielnie – potrafimy jednak składać te myśli w jedną całość i w sumie oboje jesteśmy z tej całości zadowoleni. O co się spieramy? O kolory. I o filmy. Czasem sprawy zawodowe (ale tu nasze kłótnie bardzo pomagają). A także o kształty (to jest kwadrat czy bardziej koło?). I to chyba wszystko.

Podsumujmy

Nauczyliśmy się pięknie uprawiać sztukę kompromisu. Wojny w domu nie mają sensu. Nie ma sensu strzelanie focha ani tłumienie w sobie złych emocji. Kiedy jest źle – mówimy o tym. Kiedy jest dobrze – też mówimy. Zwykle wygląda to tak:

JACEK:Ja pier…lę, ale tu jest fajnie!

ANIA:Masz, k…a, rację, tu jest zajebiście.

W końcu – jesteśmy z miasta. Jakoś musimy się komunikować 😉

Ania i Jacek

PS. Końcówka wpisu jest stylizowana. My nigdy nie przeklinamy. Przy dzieciach i na blogu 🙂

Fotografia: Atlantios na Pixabay

Dziennie dociera do nas ponad 110 tysięcy słów. Każdego dnia przyswajamy prawie 35 gigabajtów informacji. Dzień w dzień! Nie czujecie przeciążenia twardego dysku? Nie zawiesza Wam się mózg?

Przyznaję w imieniu naszej dwójki, że nie zdawaliśmy sobie sprawy z ogromu kakofonii dźwięków, która nas otacza. Nie wiem nawet, czy potrafiliśmy łączyć wszechobecny hałas z naszym samopoczuciem. Przecież tak było zawsze. Zgrzyta skręcający tramwaj, warczą samochody, rozmawiają ludzie, szumią klimatyzatory, w sklepie gra muzyka, w taksówce z radia słychać wiadomości. Nawet nocna, miejska cisza pełna jest dźwięków. To normalne, prawda?

Przyswajając tak ogromną ilość informacji każdego dnia zmniejsza nam się zdolność do analitycznego myślenia. Jesteśmy zmęczeni, a intuicja podpowiada: znajdź spokojny azyl, wyjedź gdzieś, wycisz się. Bierzemy urlop, jest fajnie, wracamy – bach! Znów to samo!

Nie wydziwiam, nie grymaszę…

Boleśnie doświadczyłam zderzenia z miejską rzeczywistością przed tygodniem. Spędziłam dwa pełne dni w Warszawie, przemieszczając się z miejsca na miejsce, z biura do biura, z kawiarni do sklepu, ze sklepu do garażu, z garażu w korki, z korków do galerii, z galerii do domu…

W miejskim domu noc to mały koszmar. Słychać dzieci sąsiadów i wiertarkę (remont, kafelki ) piętro wyżej. Poza tym: pies za ścianą, samochody za oknem, winda na korytarzu, szum wody w rurach i kanalizacji. Do tego pełna jasność, mimo zaciągniętych żaluzji. Wydawało mi się, że nawet telewizor rozmawia ze mną głośniej niż zwykle. Jakby na złość.

Nie wydziwiam jak egzaltowana dziunia i nie wyolbrzymiam – zapewne nie napisałabym tego tekstu nigdy, gdyby nie oczywista różnica. Tam i tu. Dwa światy i dwa różne poziomy postrzegania hałasu i ciszy. (I pomyśleć, że nasze warszawskie mieszkania zawsze mi się wydawały BARDZO CICHE…)

Cisza pełna dźwięków_3

Przypadek, który rzucił nas do Bocianki pozwolił mi docenić walory ciszy. Ona nie denerwuje i nie męczy. W ciszy rodzą się świetne pomysły. Cisza ma swoje brzmienie i odmiany. Nie zabija, jak hałas. Uspokaja. Podobno dwie minuty spędzone w ciszy mogą być ekwiwalentem dla trzydziestu minut spędzonych przy muzyce relaksacyjnej. Czy to prawda? Nie wiem, nie słuchamy muzyki relaksacyjnej 😉

Dźwięki wokół nas

Owszem, mieszkamy w pewnej odległości od cywilizacji, ale bez przesady – słychać ją CZASEM. Próbowałam policzyć i wypisać sobie cywilizacyjne dźwięki, które nam towarzyszą:

  • pociąg – kilka razy dziennie słychać przejeżdżające pociągi (linia kolejowa jest dwa kilometry od nas. Wieczorem, gdy dźwięk niesie się lepiej, udaje się nawet odróżnić towarowy od osobowego. Nasz „Kopernik” oznajmia zawsze godzinę 16:30 😉
  • samochód – słychać rzadko, odległość od drogi robi swoje
  • wieś z daleka – czasami słychać ciągnik (raz na tydzień, w żniwa częściej), wieczorem dalekie ujadanie psów, nie zawsze; czasami karetka pogotowia lub policja
  • radio/telewizor – radio rano, telewizja wieczorem
  • stukot palców w klawiaturę – ja stukam lekko, Jacek młóci

Mało, prawda? A są to – powiedzmy – dźwięki oczywiste, typowe, można je złowić również w mieście. Ale co powiecie o tym?

  • wiatr, wichura – słyszymy poruszające się gałęzie, igły i liście
  • stękanie drzew (a na ciężkim mrozie nawet strzelanie, głośne)
  • szumiące trawy i krzaczory
  • szczekanie koziołka, samca sarny – przypomina nieco szczekanie psa, choć jest bardziej chrapliwe
  • śpiewy i krzyki ptaków – wszelakie, od klangoru żurawi i krzyku dzikich gęsi po jazgot sójki i zawodzenia skowronka, zależnie od pory roku
  • bzykanie owadów – trzmiele, bąki, bzygi, a nawet szerszenie, wszystkie tworzą niezwykle ekspresyjną, cichą muzykę
  • pies – kiedy Rudiemu wydaje się, że pod nasz dom podchodzą sarny, miliony uzbrojonych saren!
  • blachodachówka – stęka, gdy się rozgrzewa i gdy stygnie
  • skrzypiący śnieg – na mrozie
  • padający deszcz – kiedy dzwoni o dach
  • spadające z dachu werandy płaty śniegu – w czasie odwilży
  • echo – kiedy Rudi myśli, że to drugi pies złośliwie odszczekuje mu z lasu, a to tylko Wojski 🙂
  • klekot bocianów na łące – klekocą, dopóki pies się nie dowie, że przyleciały
  • tykanie zegarów – mamy w domu kilkanaście zegarów, no sorry, taka słabość.

Cisza pełna dźwięków_2

Najlepsze pomysły przychodzą w ciszy

Mózg w ciszy odnawia swoje zasoby poznawcze. Poza tym – szybciej się regeneruje i sprawniej zwalcza skutki stresów.  Cisza poprawia naszą kondycję, sprzyja drzemkom i zasypianiu. Do pracy, która wymaga kreatywności  i analizy wielu wątków w jednym czasie, cisza wydaje się niezbędna.  Ponadto… żadna cisza nie jest bezdźwięczna: nawet w naszym wygłuszonym domu słychać cichuteńki szum wentylacji i pracę lodówki.

Jacek poznał to i opisał tu  jako pierwszy, ponieważ pierwszy spędzał w naszym domku noce, jeszcze na etapie budowy. Zacytuję Mistrza:

„Ciszy można się przestraszyć. Dom na pustkowiu, czarna noc (noce na wsi to zwykle noce w całkowitej ciemności), posępne ściany lasów, gdzieś słychać trzask łamanej gałęzi… wystarczy, by spietrać. Ciszę wiejskiej nocy może wypełnić ujadanie psa, ale najczęściej nie wypełnia jej kompletnie nic. Taka cisza jest estetycznie piękna i plastyczna, można pod nią podłożyć wszystkie swoje lęki, bojaźnie i senne marzenia. Można po prostu zasnąć (jeśli sen chce przyjść) albo wtulić się w kogoś lub w siebie (albo po prostu w kota). Albo nie spać, gapić się w sufit i myśleć, myśleć, myśleć…”

Cisza absolutna

W głęboką ciszę zanurzyła się publiczność na pewnym spektaklu. Był sierpień 1952 roku, w sali koncertowej przy fortepianie usiadł John Cage, a utwór, który miał wykonać, nosił tytuł „4.33”. Posłuchajcie, życzę dobrej zabawy przez pełne 4 minuty i 33 sekundy, i błagam – wytrzymajcie to…:

Aplauz w finale nie świadczył raczej o tym, że publiczność zrozumiała przesłanie performera: prawdziwa cisza nie istnieje. Ale w prawdziwej ciszy można się pięknie zasłuchać!

EDIT JACKA: A wiesz, że Frank Zappa nagrał kiedyś… cover utworu Cage’a? Milczał również przez 4:33… 🙂

Najprzyjemniejsza jest cisza w naturze. W okolicznych lasach o tej porze roku nie słychać praktycznie nic poza naszymi krokami.  Ale to przecież pozory! Wystarczy przystanąć, poczekać… cały las ożywa, dzieje się! Chłopaki gdzieś w koronach lasu kłócą się o nasionka, kicają zające, skaczą kleszcze 😉 Drzewa potrafią zaskrzypieć tak mocno, że odwracasz głowę – czy aby nic na ciebie nie leci.

Sielanka: cisza pełna dźwięków…

Wiejskie, dźwiękowe krajobrazy, których nie rozprasza żaden drażniący zgrzyt ani stały, wdzierający się w mózg hałas, to kwintesencja sielskiego życia. Brzmienie ulicznych rozmów i telefonów, wycie  aut, szum biur, terkot ulic, muzyczne galerie – to wszystko jest odległe od nas o kilometry. Taka wieś uspokaja, nastraja. Można w tej ciszy kontemplować każdą filiżankę kawy i każdy kawałek sernika.

Można też kontemplować samą ciszę i wyczekiwać – kiedyż wreszcie rozlegnie się jakiś dźwięk, niech wreszcie coś się dzieje, help, dlaczego tu tak cicho, ja chcę do miasta, do gwaru, do wybuchów! Obudźcie mnie wreszcie, ja chcę do miasta!

Na szczęście – nikt mnie z tego snu nie budzi. Dziękuję. Delikatna muzyka ciszy w naszej Bociance pozwala usłyszeć własne myśli. I oto chodzi, tak jest bardzo dobrze, tak trzymać.

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Pochwała świętego spokoju

Nalewki wytwarzam od czterech lat, a zacząłem przez przypadek. Pretekstu użyczył Janusz Józefowicz, który w jednym z wywiadów opowiedział o nalewkach z taką pasją, że… Dzisiaj doskonale go rozumiem! I nieskromnie przyznaję, że mogę o nalewkach opowiadać równie entuzjastycznie.

Nalewki traktuję z nabożnością. A to znaczy, że… prawie ich nie pijam. One są, dojrzewają. I cieszą wzrok, czekając na dzieci, mamy, przyjaciół i znajomych. Jeśli sięgam, to głównie po te, które mają właściwości lecznicze. Na przykład po nalewkę na kwiatach dziurawca, która działa naprawdę jak prozac 😉 Jest świetnym antydepresantem, choć nie wolno jej nadużywać.

Podobnie jest z absyntem, który stworzyliśmy kiedyś, by sprawdzić jak smakuje zakazany owoc. Absyntu bowiem w zasadzie się nie produkuje. Był modny w XIX wieku, później uznano, że to napój halucynogenny i silnie uzależniający, zakazując jego produkcji w 1915 roku.

Współcześnie zakaz ten już formalnie nie obowiązuje, ale… nie spotkałem się z absyntem w regularnej sprzedaży. Widziałem go natomiast w jednym z czeskich sklepów.To zresztą bardziej wódka niż nalewka, robiona na bazie piołunu, którego mamy pod dostatkiem i bardzo lubimy. Ponadto w skład absyntu wchodzi anyż, koper włoski, tatarak, melisa, kolendra, jałowiec. My dodawaliśmy sporo miodu. Był pyszny, świetny we wszelkich dolegliwościach żołądkowych.

Jak zrobić nalewkę? Oto jest pytanie!

Dzisiejszy wpis nie będzie jednak poświęcony bezpośrednio nalewkom, lecz nauce robienia nalewek. Warto bowiem poznać trochę tajemnej wiedzy, zgromadzonej przez autorów książek, które chciałbym Wam polecić. Zanim – tak jak my – wyruszycie, by zbierać kwiaty i korzenie mniszka lekarskiego (to będzie nasze pierwsze polowanie nalewkowe tej wiosny), znajdźcie trochę czasu na lekturę.

Mam oczywiście świadomość, że jest Pan Google, który wie wszystko, ale… Wadą wielkiej przeglądarki jest to, że co człowiek i autor, to inny przepis. Czasami można zwariować: jeden proponuje rozcieńczać spirytus w proporcji 1:3, inny 1:2, a jeszcze inny radzi w ogóle nie rozcieńczać 🙂 U jednego cukier sypie się prosto do owoców, u drugiego owoce zalewa się mocno posłodzoną wodą.

Lepiej jest, moim zdaniem, zdać się na jednego i sprawdzonego dostawcę wiedzy o nalewkach. Mieć w domu porządną, jedną książkę i pod jej dyktando uczyć się podstaw.  Później można już eksperymentować samemu i żaden Internet nie będzie Wam potrzebny.

„Domowy wyrób alkoholi. Kompendium.”

Jak zrobić nalewkę_2

Co polecamy? Na rynku jest sporo książek poświęconych produkcji alkoholi, nalewek i likierów. Jako swoistą encyklopedię proponuję potraktować  album „Domowy wyrób alkoholi. Kompendium.” Przede wszystkim jest to doskonały, encyklopedyczny przewodnik po świecie alkoholi, z mnóstwem informacji i ilustracji, bardzo rzetelnie opracowany. Gorąco polecam, widziałem ten opasły album już w cenie 52 złotych.

„Wielka księga nalewek”

Jak zrobić nalewkę _3

Jest naprawdę wielka i w przeciwieństwie do „Kompendium” poświęcona wyłącznie nalewkom. Znajdziecie tu prawie 140 przepisów. Na przykład – na jarzębiak warmiński i (nieco inny) jarzębiak mazurski. Albo przepisy na kilka rodzajów maliniaku i kilkanaście na udaną wiśniówkę. Prosto podane, niektóre naprawdę bardzo wiekowe, inne znów – ekstrawaganckie. To jest moja nalewkowa książka numer jeden, od niej zacząłem.

„Nalewki i likiery na dobre zdrowie”

Jak zrobić nalewkę_4

Ponad sto przepisów. W odróżnieniu od poprzedniej książki, ten poradnik zawiera również pomysły na likiery, z reguły dużo gęstsze i słodsze od nalewek. Ponadto znalazłem tu między innymi ratafię, która przed laty była wielkim hitem na polskich stołach biesiadnych oraz kilka ciekawych nalewek. Do takich, które warto przygotować zaliczam bazyliową i cząbrową. To może być nawet ciekawe, podobnie jak likier arcydzięgielowy – jak podają: na niestrawność i wzdęcia 🙂

„Domowe alkohole”

Jak zrobić nalewkę_5

To pozycja szerzej traktująca domowe napoje na bazie alkoholu, ale nie tylko. Instruktażowa forma nie tyle z konkretnymi przepisami (choć są również i one), ile z opisem technicznej strony produkcji. Jeśli chcesz zrobić domowe wino – to bardzo dobry i prosty poradnik. Jego autor, Scott Mansfield, uczy również jak zrobić kwas chlebowy, piwo, miód pitny i, rzecz jasna, nalewki. To raczej podręcznik niż opowieść, ale bardzo w domowej bibliotece nalewkowi cza pozycja bardzo przydatna.

Nasze plany

A my? Jakie nalewki szykujemy w tym roku? Przypuszczam, że będzie to raczej rok ziół i kwiatów niż owoców. A zatem zaczniemy od mniszka lekarskiego. Nalewkę można robić zarówno z korzeni, jak i z kwiatów. Później, standardowo, przyjdzie czas na nalewki i syrop z młodych pędów sosny. Przyznaję jednak, że w tym roku spróbuję zrobić także nalewkę na sosnowych igłach – bardzo tu na Podlasiu zachwalaną.

Na pewno powstanie nalewka na kwiatach i (później) owocach dzikiego bzu. Miętówka, tarninówka, dereniówka, żurawi nówka, orzechówka i głogówka to oczywistość. Zawsze będą! Poza tym – chcę zrobić nalewkę rozmarynową, rumiankową i , jeśli się uda, wspomniany już likier arcydzięgielowy.

Ciekawym pomysłem jest robienie listówek, czyli na przykład nalewek na listkach aronii i wiśni. Podobno świetne właściwości moczopędne (prostata, panowie!) ma nalewka na listkach czarnej porzeczki.

Wystarczy zdobyć dwie szklanki listków z końcówkami gałązek porzeczki i zalać je 2 litrami czystej wódki, przytrzymać  przez tydzień w ciepłym pokoju. Później przenosimy nalewkę do chłodnego pomieszczenia (np. ziemianki) i tam trzymamy przez trzy tygodnie. Następnie zlewamy nalew, a do pozostałych liści dodajemy sok z jednej cytryny rozmieszany z 20 dag cukru (my dajemy ksylitol).

Później pozostaje już tylko poczekać aż cukier się rozpuści. Powstały w ten sposób syrop dodajemy do wcześniej odstawionego nalewu, mieszamy, filtrujemy i… Niestety, znów odstawiamy, w chłodne miejsce, na okres co najmniej jednego miesiąca. I już 🙂

Czy trudno jest zrobić nalewkę?

Zdecydowanie nie, to żadna filozofia. Trzeba jedynie cierpliwości, zwłaszcza  przy filtrowaniu nalewek z owoców, które zawierają spore ilości pektyn. Kto robił na przykład gruszkówkę, ten wie. Ale jak potem zjawiskowo smakuje!

Nalewki, zwłaszcza te ziołowe, zdrowotne, gorąco polecam. Na wsi czy w mieście, ważne jest jedynie, by robić je z ekologicznego surowca. Nie zbierajcie ziół przy asfaltowej drodze, nie kupujcie na ryneczku – najlepiej znaleźć je samodzielnie. To nie problem. A nalewka na własnych ziołach smakuje podwójnie lepiej!

A jeśli marzy Wam się prawdziwa wiśniówka (np. na whisky – kto chce przepis?) albo malinówka, to nie ma rady: trzeba pojechać do chłopa. Nie do wielkich sadów i hurtowników, lecz do rolników, którzy mają niepryskane chemią drzewka i krzewy. Tam owoce pachną, mają czasem prawdziwe robaki , są zdrowe i nie trują.

Do wiosny zatem! Czyli już wkrótce. Na razie polecam lektury.

Jacek

POLECAMY: O eksperymentach z nalewkami mówi Janusz Józefowicz…

Mam swój sposób na stres: zmęczyć się fizycznie. I zaznać przy tym odrobiny przyjemności. Ponieważ na kopanie w ziemi jest za wcześnie, staję w pracowni przy stolarskim stole i dłubię w drewnie. Najlepiej wychodzą mi deski do krojenia chleba. Prymitywne i proste. Ale cieszą. Mogą służyć do krojenia, do serwowania wędlin i serów, do ozdoby. 

Są dowodem, że do szczęścia potrzeba naprawdę niewiele. Wystarczy kilka godzin pracy i skupienia, nie są potrzebne jakieś ekstremalne umiejętności, a efekty… mierzę potrójnie.

Po pierwsze – odpoczywam i nie myślę o kłopotach lub zobowiązaniach, które czają się gdzieś w kompie. Liczy się tylko kawałek drewna. Po drugie – wbrew pozorom, kosztuje to trochę wysiłku. I wreszcie po trzecie – własnoręcznie zrobione deski do krojenia chleba mają niepowtarzalny urok! A to jest największa satysfakcja dla faceta: zrobić coś, co podoba się… jego kobiecie.

Deski do krojenia chleba. Prosta robota

Deska do krojenia chleba – jak to ugryźć?

Przede wszystkim potrzebny jest fajny kawałek drewna. Deska grubości półtora-dwa centymetry lub grubsza, to ideał. A jakie drewno jest najlepsze? Twarde – szukajmy dębiny, jesionu, może być deska z drzewa orzecha włoskiego (ma piękne słoje), dobre są także deski z drzew owocowych. Może być również świerk lub sosna, choć w tym przypadku – z uwagi na obecność żywicy – powinniśmy sięgać po drewno mocno sezonowane.

Ważny szczegół! Jeśli chcesz zrobić deskę, szukaj drewna suchego. Jeśli jest świeże, odłóż gdzieś w domu, niech schnie w pokojowej temperaturze. Praca w świeżym drewnie sprawi, że po wyschnięciu może ono popękać lub wygiąć się.

My szukamy głównie starych desek. Na wsiach co chwila ktoś wymienia stare ogrodzenie, rozbiera wiekową  szopę lub stodołę. Z pewnością kopalnią surowca mogą być stolarnie, w których często po kątach zalegają skrawki drewna, bezużyteczne dla stolarzy.

Najpiękniejsze kawałki dostaliśmy od znajomych ze stolarni. Mamy też kilkanaście pięknych, wypalonych słońcem  starych desek pozostałych po rozbiórce ścian w stodole u zaprzyjaźnionego stolarza. Często zaglądamy ludziom na podwórka, idzie wiosna  i pewnie wkrótce znów znajdzie się coś ciekawego… 🙂

Jakich narzędzi potrzebujemy?

Teoretycznie wystarczy mała ręczna piła, tarnik i kilka pasków papieru ściernego. Jeśli jednak chcesz nadać swojej desce do krojenia chleba jakieś ekscentryczne kształty, przydadzą się narzędzia bardziej profesjonalne. O niektórych pisaliśmy już w tym poście.

Ja używam przede wszystkim wyrzynarki, która pozwala nadać deskom dowolne kształty. Tnie równo (trzeba dobrać odpowiednie ostrze), nie strzępi drewna. Poza tym tarników – głównie do zaokrąglania tych fragmentów, w których wyrzynarka radzi sobie nieco gorzej – oraz dwóch szlifierek z papierem ściernym o różnej gradacji. Warto pamiętać o maseczce ochronnej na twarz, bo szlifowanie wyzwala spore ilości pyłu. A pył z drzew liściastych może mieć właściwości rakotwórcze. Przydaje się także wiertarka z szerokimi wiertłami do drewna lub otwornicą, o ile planujemy w naszej desce otwór do jej zawieszenia.

Kolejność prac

Najpierw rysuję kształt przyszłej deski na materiale wyjściowym. Tu mamy pełną dowolność, decyduje wyobraźnia! Z pewnością warto poświęcić nieco uwagi układowi słojów, rysując linię cięcia w taki sposób, by nie tracić z faktury deski tego, co najcenniejsze – naturalnego układu przyrostów drewna. Liczą się wszelkie sęczki, słoje, zmiany barw.

Moje deski do krojenia chleba

Później, po wycięciu ostatecznego kształtu, długo szlifuję powierzchnię deski i jej boki. Uważam to zadanie za kluczowe, ponieważ nasza deska musi być supergładka jak pupa niemowlęcia! Kiedy jednak w desce (a to się zdarza zwłaszcza w starych klocach drewna) znajdują się jakieś naturalne lub mechaniczne zagłębienia, szpary lub wręcz dziury, nie warto ich niwelować. Dodadzą uroku i autentyczności!

Używam kilku rodzajów papieru ściernego. Ten oznaczony najniższą liczbą (np. 40 lub 80) służy bardziej do zdzierania wierzchniej warstwy drewna niż wygładzania. Prawdziwą i ostateczną gładkość uzyskuję dwoma gradacjami papieru – 180 i 220. Ta ostatnia dosłownie dopieszcza deskę.

Jak odświeżyć starą deskę do krojenia chleba?

Celowo dodaję tu ten akapit, ponieważ wiem, że nie wszyscy macie własną stolarnię i odpowiednie narzędzia, ale z pewnością w Waszych domach leżą dość stare lub wręcz wiekowe deski do krojenia chleba. Od najbardziej wyszukanych i oryginalnych po zwykłe z IKEI. Co można z nimi zrobić?

Można je znakomicie odświeżyć, przywracając im dawny blask. Jak? Niemal tak samo, jak przy produkcji nowej deski. Na początek obejrzyj swoje deski… Nie chcę Cię straszyć liczbą bakterii, które się w niej zagnieździły (miliard? więcej?), ale umówmy się – każda używana deska wymaga okresowej pielęgnacji.

Najpierw więc dobrze ją umyj letnią wodą. Potem użyj najlepszego, wypróbowanego przez nasze mamy i babcie sposobu – weź garść soli (najlepiej gruboziarnistej), posyp deskę, polej sokiem z cytryny i gąbką spróbuj pozbyć się nieczystości. Nie używaj detergentów.

Po wytarciu solą i cytryną możesz dodatkowo użyć octu, lekko opłukując nim deskę. Wytrzyj i następnie… znów wetrzyj w deskę trochę soli, pozostawiając ją nawet na kilka-kilkanaście godzin do pełnego wyschnięcia.

Moje deski do krojenia chleba_1

Teraz przychodzi czas na likwidację starych zadziorów i nacięć. Najpierw można lekko zedrzeć wierzchnią, najbardziej zużytą warstwę drewna, używając do tego szlifierki lub papieru ściernego o wspomnianych powyżej gradacjach (40-220). Polerujemy tak długo, aż cała powierzchnia stanie się wyjątkowo gładka i nie dadzą się wyczuć sterczące włoski drewna.

Po wypolerowaniu deskę należy zaimpregnować olejem. Jakim? Jak?

Impregnacja deski do krojenia chleba

Jest kilka sposobów olejowania deski kuchennej, każdy jednak zakłada użycie wyłącznie naturalnych środków. Nie używamy (a to częsty błąd) pokostu lnianego, ponieważ ma w sobie sporo chemicznych dodatków przyśpieszających wchłanianie i wysychanie. Najlepsze są oleje naturalne:

  • OLEJ LNIANY – najczęściej wykorzystywany, również przez nas. To bardzo dobry środek do zabezpieczania drewna. Ale po pierwsze powinien być świeży! Nie zabezpieczamy deski zjełczałym, starym olejem. Jego wadą jest to, że dość wolno schnie. I trzeba nałożyć kilka (2-4) warstw, z kilkudniowymi odstępami na wyschnięcie.
  • OLEJ KOKOSOWY – mówi się, że powinniśmy go nakładać na ciepło, rozgrzewając nieco przed olejowaniem. My jednak impregnowaliśmy deski dłonią – pod wpływem jej ciepła grudki oleju szybko się rozpuszczały. I przy okazji łączyliśmy przyjemne z pożytecznym, nawilżając własne dłonie.
  • OLEJ Z ORZECHÓW WŁOSKICH – podobno bardzo dobry, zwłaszcza, gdy materiałem jest drewno z orzecha włoskiego.
  • CIEKŁA PARAFINA – do kupienia w aptekach, dobrze działa także na nasze zdrowie. Parafina jest olejem mineralnym, neutralnym. Szybko schnie, mało kosztuje, absolutnie wystarcza do impregnacji. Nakładamy ją na zimno przy pomocy bawełnianej szmatki. Wcieramy poszczególne warstwy, a czynność powtarzamy kilka razy przez 4-5 dni – jeśli zeszlifowaliśmy naszą deskę aż do surowego drewna
  • OLEJ TUNGOWY – otrzymywany z nasion drzewa tungowego. Gęsty, stosowany często do impregnacji mebli… Jakoś nie mam do niego przekonania, zwłaszcza, że wybitnie mocno natłuszcza drewno. Ale szybko schnie, tworzy mocną powłokę, drewno po nim nie ciemnieje.

Czytałem, że niektórzy łączą dwa rodzaje olejów, zaczynając od lnianego, a kończąc na tungowym lub oleju z orzechów włoskich. Ale szczerze mówiąc nie próbowałem tego, to chyba przerost formy nad treścią.

PODSUMOWUJĄC:

Nie ma w tym wielkiej filozofii, jest zabawa, luz, odrobina adrenaliny i wiele radości. Polecam takie proste dłubanki w drewnie dla odprężenia i radości. Efekty, które osiągniecie mogą Was zaskoczyć 🙂

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Popracuj w drewnie, to działa!

Zanim przenieśliśmy się na wieś, byłam własnością rzeczy, które sama kupowałam. Moim właścicielem były buty i ciuchy. Właścicielem wiecznie głodnym kolejnych par i kolejnych sztuk.

Jakiś mały, siedzący w mojej głowie podjebaszczik, stale podpuszczał: – No, dalej, fajne to jest,  kupuj, laska! Wprawdzie coś podobnego już chyba masz, ale to jest przecież jakby nieco inne. Nieee, to jest zupełnie INNE! A te spodnie tak lubię, no chodzę w nich prawie codziennie, więc kupię drugą taką samą parę… bo przecież jak się zniszczą – to bez nich nie przeżyję …

Robiłam zakupy bez zastanowienia. Bo tak. Bo mi się podoba. Albo dlatego, że fajne. I przecież wiadomo, że nie wszystko nosiłam. Albo założyłam raz i powróciło na wieszak. Na wieszaku prezentowało się super! A w najlepszym przypadku – gdy trochę na wieszaku odpoczęło – szło do koleżanek i rodziny.

Widzę dzisiaj wiele tych moich zachcianek na długich drążkach garderoby. Co najmniej od roku, dwóch-trzech lat, większość z nich wisi nieużywana. I szczerze mówiąc, uważam, że gdyby wcale ich nie było, nie odczuwałabym straty.

Endorfiny

Chyba też nigdy nie miałam poczucia winy, że ciuch, przedmiot, który leży w kącie i zbiera kurz, nigdy nie powinien do mnie trafić, ponieważ kupiłam go bezmyślnie. Przeciwnie. Fajnie było, że one są. Cieszyły oko. Ten konsumpcyjny mechanizm, podsycany przez reklamę i widok fajnie ubranych ludzi na ulicy, miał (ciągle ma) swój niepowtarzalny urok. Miło jest przecież robić sobie małe przyjemności. Jakże miło jest wejść między regały i szukać! Polować!

Z pewnością nie ma prostego przełożenia pomiędzy poczuciem szczęścia i stanem posiadania. Szybko przyzwyczajamy się do tego, co dobre lub wartościowe i traktujemy to jako oczywistość.

Nowy ciuch, gadżet, mebel, samochód – standard, lubimy to. A ponieważ uznajemy ten stan za trwały… nie przestajemy polować. A skoro radość z udanego shoppingu  jest  tak krótkotrwała, jak jest, ruszamy na kolejne polowanie. I tak w kółko.  Chwila z endorfinami – i znów do sklepów!

Tu zaszła zmiana

Rzeczy, które posiadałam, nie przestawały być moją własnością. Ale mam wrażenie, że z biegiem czasu ich rola w naszym układzie mocno się zmieniła. Wręcz – zamieniliśmy się rolami! To one mnie miały. Jeszcze kup to. I to! I może jeszcze to! W psychologii jest na to dobry termin: adaptacja hedonistyczna.

Koniec tego cyklu nastąpił, gdy zdałam sobie sprawę, że nowe wrażenia i doświadczenia mają dla mnie dużo większą wartość niż kupowanie nowych rzeczy. Stało się tak zaraz potem, gdy przenieśliśmy się na wieś.

Po pierwsze, straciły moc przyciągania sklepy, do których wcześniej chodziłam. Nie reagowałam na wystawy i zapowiedzi nowych trendów. Po drugie – zaczęłam patrzeć na zakupy (zwłaszcza ubrań, wyposażenia wnętrz) pod kątem użyteczności. Czy to mi się przyda? Czy muszę to mieć? I wreszcie po trzecie – zaczęłam częściej odwiedzać inne sklepy i branże. Budowlane, ogrodnicze, rolnicze, meblowe i metalowe.

To nie minimalizm, to pragmatyzm

Jacek pisał  o tym w oddzielnym poście, zastanawiając się, czy łatwo jest przestawić się na życiowy minimalizm. Myślę, że to skomplikowane, choć pewnie jako kobieta inaczej postawiłabym pytanie. Czy dążymy do minimalizmu, czy może szukamy rozwiązań praktycznych? Czy kupując dzisiaj ciuchy patrzę bardziej na oryginalność, styl lub kolor – czy może zwracam uwagę jak to się będzie nosiło i gdzie ja w tym w ogóle pójdę?

Pomijam fakt, że świat mody – choć tak naprawdę nigdy nie był dla mnie ważny, ponieważ liczyło się tylko to „coś” w moim stylu – zszedł teraz na baaardzo odległy plan. Podczas naszych warszawskich pobytów nadal omiatam wzrokiem wystawy i widzę, co noszą dziewczyny. Ale w przeciwieństwie do lat wcześniejszych: JUŻ NIE POLUJĘ!

Mam priorytety ustawione w zupełnie innych przestrzeniach. Liczy się to, że kiedy budzę się rano, to  dookoła mnie jest cudnie. Światłocienie, które malują nasze kostropate, z kostropatym zamysłem otynkowane  ściany. W słoneczne dni zupełnie inaczej wyglądają o świcie i o zachodzie. Mogę na nie patrzeć godzinami…

Kiedy powiesz sobie dość

Liczy się śnieżnobiały piec kaflowy – przecież  to rzeźba sama w sobie! Liczy się padający od wczorajszego wieczora śnieg – ostatnie tchnienie zimy? – i to, że oddycham tu pełną piersią.

Kiedy powiesz sobie dość_2

Przede wszystkim jednak liczą się codzienne radości, miłość, przyjaźń, spokój. Fajne obiady, spacery, pies i kot, poranna kawa na werandzie i wieczorny film. To one dostarczają nam odpowiedniej dawki endorfin.

Kiedy powiesz sobie dość

Fajne jest to, że nie muszę na nic polować. Choć z drugiej strony – szukam przecież nowych roślin, sadzonek, nasion… Ale to nie fakt ich posiadania staje się źródłem szczęścia! Szczęście nadejdzie później, kiedy wszystko wokół nas rozkwitnie, rozpachnie  się i stanie się kolorowe, a zieleń odzyska należny jej blask. Bajka!

Te  nowe doświadczenia i oczekiwania stanowią dużo większą wartość niż tona najpiękniejszych butów! Oczywiście nadal lubię fajne buty, ale dużo większą wagę przywiązuję do tego, co dzieje się za oknem. Albo do tego, co dzieje się w nas, jak się zmieniamy – dzięki naturze na wyciągnięcie ręki, przyrodzie, zwierzakom.

Kiedy powiesz sobie DOŚĆ! i zaczniesz szukać uzasadnień, które pozwolą zmienić Twoje życie, zrób prosty rachunek. Nazwij go hasłem – PO CO MI TO? I wypunktuj.

Przedmioty i doświadczenia

Może przydadzą Ci się najprostsze spostrzeżenia…

  • przedmioty (produkty, marki, ubrania, gadżety) szybko się nudzą
  • szybko się do nich przyzwyczajasz i przestajesz je zauważać; jak dziesiątki ciuchów w szafie, które każdego dnia omijasz wzrokiem, już nawet nie pytając – po co ja to wszystko kupiłam?
  • rzeczy łatwo dają się porównywać, wrażenia i emocje – już nie
  • przedmioty się starzeją i tracą na atrakcyjności, wspomnienia nie, a czasem wręcz przeciwnie – po latach potrafią nabywać niebywałego blasku
  • rzeczy powszednieją, a świat wokół Ciebie stale się zmienia
  • doświadczenia i emocje łączą się z przygodami, wyzwaniem, zmianami – wrażenia związane z przedmiotami zwykle są krótkotrwałe
  • możesz rozpoznawać symbole i nazwy tysiąca najlepszych marek, ale nigdy nie ogarniesz całej natury i to dopiero jest fascynujące

A na koniec… dla odmiany podrzucam stary, dobry kawałek. Jest piątek, Agnieszka Chylińska doda Ci mocy na cały weekend 🙂

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ: Jak ułożyć plan na życie?

Używam tu sobie, na prywatny rachunek, pojęcia bilans powietrzny. Ile razy mówisz: ja chcę na dwór? Ile czasu przebywasz na świeżym powietrzu?

Próbowałem podsumować liczbę godzin, które w lutym spędzamy na wiejskim podwórku i w ogrodzie oraz porównać ją z czasem, jaki poświęcaliśmy na spacery w mieście. I wiesz co? Nie ma żadnego porównania. Albo jest: 20 do 1.

TAK BYŁO

Do warszawskiej Arkadii mniej niż 10 minut spokojnym spacerkiem. Do ścisłego centrum szybkim marszem niespełna pół godziny. A samochodem odpowiednio 2 i 10 minut. Co wybierasz? Bo ja auto.

Z całą pewnością mógłbym po Warszawie CHODZIĆ. Albo jeździć rowerem. I mógłbym też wdychać spaliny lub smog, bo w sumie jest mi obojętne czym podtruje mnie cywilizacja. Ale szczerze mówiąc, nie potrafię powiedzieć dlaczego nie chodziłem i nie pedałowałem (rower do tej pory stoi na balkonie), na stałe wybierając samochód.

Może z wygody? Albo może z lenistwa? Lub ze strachu? Dość powiedzieć, że mój bilans powietrzny w Warszawie był przez długie lata bliski zeru. Przesadziłbym, gdybym powiedział, że spędzałem na spacerach godzinę w tygodniu. Oczywiście – jeśliby policzyć kilometry zrobione na rundach wokół Arkadii, mógłbym konkurować z każdym maratończykiem 🙂 Generalnie jednak nie wysilałem się. Przepraszam.

TAK JEST

Do asfaltowej drogi cztery minuty. Na pierwszą górkę z samotnym dębem – siedem minut. Drogą do końca sosnowego lasu, spacerem, około 20 minut. Do wsi, marszem, też 20.

Dlaczego więc tutaj, mimo że odległości są bardzo zbliżone do warszawskich, samochodu prawie nie używam? Przecież mógłbym usiąść za kierownicą i kopnąć się na górkę z dębem! W minutę. Albo z drugiej strony: pójść na całego i pojechać na drugi koniec lasu – trzy minuty bez korków.

Bilans powietrzny w Niebie Za Miastem wygląda tak, że z dwunastu godzin dnia pobyt na świeżym powietrzu zajmuje nam średnio trzy-cztery. W ostatnie weekendy nawet dwa razy więcej. Spacery plus praca. Robimy stałą rundę ze zwierzyną – oznaczyliśmy dwa przeciwległe skrzyżowania dróg jako „rondo wschodnie” i „rondo zachodnie”. Spacer nocny do ronda wschodniego zajmuje kwadrans, spacer dzienny do zachodniego trwa dwa lub trzy razy dłużej.

A MOŻE NAM ODBIJA?

Tam i tu – ci sami ludzie. Tu i tam – dwa skrajne rodzaje zachowań. Co najważniejsze, przejście pomiędzy tymi dwoma stanami aktywności nastąpiło w sposób niezauważalny, naturalnie. Tam się jeździ, tu chodzi. Tam jest komfort czterech kółek, tu są komfortowe walonki.

Wieś poniekąd wymusza na nas ten bilans powietrzny. I dobrze. Idę do drewutni porąbać drobnicę na podpałkę – zajrzę przy okazji do ogródka, do ziemianki, zerknę do lasu, pozbieram połamane gałęzie. Godzina schodzi. (Odkrywam ze zdumieniem, że w Arkadii godzina trwa tyle samo!) Poszliśmy na wczorajszy spacer w słońcu i wróciliśmy po dwóch godzinach. Dlaczego? Ponieważ na jednej górce było pięknie, ale wydawało nam się, że na drugiej będzie jeszcze ładniej – i sprawdziliśmy to, i tak właśnie było!

Każda wycieczka po okolicy czegoś nas uczy i z każdej mamy inne wrażenia. Ale z drugiej strony: przecież, do jasnej Anielki!, to jest tak samo nudne jak włóczęga po Warszawie w stronę – niech będzie – Złotych Tarasów! A jednak nie. Nic się nie dzieje, zero sklepów, wystaw i wystrzałowych atrakcji, ale tu chodzę, a tam nie chodziłem. Odbiło?

JESTEŚMY CZĘŚCIĄ NATURY?

Myślę, że w przeciwieństwie np. do Skandynawów nie czujemy się częścią natury. Jak powtarzał pewien głupi polityk: człowiek czyni sobie ziemię poddaną. Czyli jesteśmy bardziej jej gospodarzem, zarządcą niż cząstką. I to by się chyba zgadzało z wynikami badań zawartych w „Globalnym Raporcie Ogrodniczym”, na który powołuje się w swoich analizach dr Magdalena Kołodziejska z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie.

Teraz proszę o wytężoną uwagę. Z raportu wynika, że 85 procent  Polaków twierdzi, że natura poprawia jakość ich życia. Z kolei 60 procent badanych przyznało, że ich dzieci spędzają na świeżym powietrzu za mało czasu. A jednocześnie… zaledwie 10 procent rodziców regularnie zabiera dzieci do lasu!!! I tylko 14 procent spaceruje z nimi w parku!

Szok? Mnie to bardzo zdziwiło. I przy okazji znalazłem wytłumaczenie na naszą miejską abnegację spacerową. Zbyt daleko do prawdziwej natury. Zbyt dużo bodźców dookoła. I w końcu też nazbyt wiele atrakcji, które z naturą wygrywają. A przede wszystkim: to również kwestia sposobu wychowania – w takiej Szwecji 74 procent dzieci jeździ do szkoły rowerem lub chodzi pieszo…

JA CHCĘ NA DWÓR!

Dzisiaj, po ponad trzech latach wioskowania, wiem, że nie ma nic przyjemniejszego niż te nasze spacery. I praca na wietrze, w słońcu lub na mrozie. Dzień spędzany w Warszawie stał się torturą: bolą nas głowy, jesteśmy znużeni, pijemy masę kawy, żeby podnieść oczy, chce nam się spać.

Tutaj natomiast nie ma złej pogody na spacer… Walonki, puchowa kurtka lub sztormiak, ciepłe spodnie i czapka  załatwiają każdy problem. Poza tym w lesie zawsze jest cicho. I ciepło. Po drugie w przyrodzie ZAWSZE coś się dzieje. I po trzecie nikt się z nami nie ściga, nie trąbi, nie obsobacza i nie rozpycha. Tu nawet bąki można puszczać bezkarnie, choć to niestety wzmacnia efekt cieplarniany 😉

Hmmm… Chyba tym akcentem pożegnam się z Państwem do jutra. Dzisiaj będziemy rozdrabniali gałęzie, z przeznaczeniem na kompost. Zejdą nam jakieś cztery godziny. Na powietrzu. A o kompoście – także do zastosowań w Waszym mieszkaniu! – napiszemy wkrótce.

Podsumowując: idziemy na dwór, pa.

Jacek

POLECAMY RÓWNIEŻ: Proszę, nie rdzewiej – ponieważ koresponduje ze spacerami 🙂

Co pozostało w Tobie z lektur sprzed lat? Powiedzmy – z pierwszych dwudziestu lat życia? Moja lista 10 najlepszych książek, które kiedyś do spodu przeorały mi świadomość, nie jest zapewne unikatowa ani wybitna. A jednak to właśnie te powieści i reportaże zostały ze mną do dziś. I ciągle mocno tkwią w głowie.

Rozmawialiśmy dzisiaj z Anią o książkach z naszej młodości i o tym, co czytaliśmy i co pamiętamy do dziś. Ciekawe: choć różni nas siedem lat życia, a dodatkowo różni nas płeć (serio?), wiele powieści możemy zaliczyć do wspólnych. Ania przedstawi swoją listę 10 najlepszych książek niebawem – mogę zdradzić jedynie tyle, że chyba będzie na niej “Faraon” i… mało babskich tytułów. Ale może się mylę 🙂

Z moją listą miałem pewien problem. Jak bowiem porównywać wiersze Baczyńskiego i „Potop”? Co jest ważniejsze dla młodego chłopaka – „Sztuka kochania” czy „Dzieci kapitana Granta”, „Ptasiek” czy „Pan Samochodzik…”? 

Nie wiem. Każda z książek, którą czytamy, jest ważna (zapamiętajcie to, małolaty), ale nie każda ma szansę przeorać mózg. Poniżej zatem moja prywatna superlista – lektury, które zrobiły na mnie największe, a czasami piorunując wrażenie w pierwszych dwudziestu latach życia. (Bo później, to już tylko Coelho i Coelho 😉

BUSZ PO POLSKU

Choć to układ alfabetyczny, zbiór reportaży Ryszarda Kapuścińskiego i tak umieściłbym w tym (i w każdym) zestawieniu na pierwszym miejscu. Znam każde słowo z tej książki. Wydarłem je oczami. Zazdrościłem autorowi każdego zdania, przecinka, puenty. I każdego tematu.

“Busz po polsku” to reportaże z wnętrza Polski, prosto z jej trzewi. Opowieści o buszu, który jest tutaj, blisko, a czasem jest w nas samych. Ze sztandarowym „Sztywnym” w roli głównej, czyli historii, w której przez kraj przemierza ciężarówka wioząca ze Śląska aż na Mazury trumnę ze zmarłym górnikiem. Gdy samochód się psuje, a do celu pozostało jeszcze 20 kilometrów, wioząca trumnę piątka górników (i Kapuściński) postanawia zanieść ją na własnych barkach. „Nagiąć bary i taskać!”

To mi imponowało. Że tak można. Uczestniczyć i pisać, tworzyć literaturę z reportażu, bawić się słowem nawet w tak ulotnej formie, jak kilkustronicowy tekst do gazety. Czytałem… ileż razy ja to czytałem?! Stale. Mam ją we krwi. Zmęczyłem ją swoim wzrokiem, dłońmi, sami zresztą zobaczcie:

10 najlepszych książek

CESARZ

Kapuściński ponownie wśród 10 najlepszych książek z mojej młodości. Czytany po wielokroć i – przy okazji – oglądany na scenie tuż po premierze w Teatrze Powszechnym w Warszawie, latem 1979 roku. „Cesarz” był jak wielkie otwarcie drzwi na dramatyczną polską rzeczywistość. Skrzył się politycznymi i społecznymi aluzjami, które wyłapywaliśmy w ćwierć  słowa. Miał niebywałą moc rażenia, tak mi się przynajmniej wtedy wydawało, że nic już w Polsce nie pozostanie takie samo. Że Kapuściński totalnie obnażył system.

No, ale przede wszystkim – jak to zostało napisane! Czytałem i marzyłem: ech, gdybym i ja kiedyś mógł pisać z takim polotem, tak ostro, tak pięknie i aluzyjnie.

KOLUMBOWIE ROCZNIK 20.

Można o Romanie Bratnym mówić i pisać przeróżne rzeczy, tej powieści nie da się jednak zapomnieć i wygumkować.  Męstwo, odwaga, zdolność do podejmowania nadludzkiego wysiłku, a jednocześnie zwyczajne słabości, lęki, niedostatki  – wszystko mnie w tej książce fascynowało. Chciałem być każdym z jej bohaterów – Jerzym, Zygmuntem, Siwym, Kolumbem, każdym z nich. Te postaci miały w sobie charyzmę, ból, krew, miłość, historię i całą tę naszą popieprzoną polskość, która każe nam iść do boju w każdej możliwej, zwłaszcza w przegranej, sprawie.

Jest wielce prawdopodobne, że wpływ na moje postrzeganie powieści Bratnego  miał telewizyjny serial w reżyserii Janusza Morgensterna, który na długo wbił się w pamięć Polaków. Być może też dyskusja, która temu filmowi i książce towarzyszyła, a którą podczytywałem przeglądając gazety. Nieważne jednak z jakiego powodu – „Kolumbowie” Bratnego pozostali ze mną na zawsze.

KRATA

Poli Gojawiczyńskiej wspomnienia z Pawiaka, które wymykają się wszelkim kategoriom i ocenom. Sięgnąłem po tę książkę… w piątej klasie podstawówki. Czytałem z rozpalonymi policzkami. Przeżywałem i płakałem, bo wydawało mi się, że wszystko, co ona opisuje jest złe, tak nieludzko niesprawiedliwe, że tak nie wolno. Gdybym miał pod ręką karabin i Niemca w pobliżu, zastrzeliłbym go na pewno.

W dorosłym życiu przeczytałem tę powieść ponownie. Byłem już po lekturze bardzo wielu książek o tematyce wojennej,  obozowej, mogę wręcz powiedzieć, że byłem tym wątkiem nieco znużony. I tak też odebrałem „Kratę” przy ponownym czytaniu. Już bez wzruszenia, bez tak głębokich przeżyć.

Ale w oczach jedenastoletniego chłopca, który chciał przeczytać wszystkie książki z miejskiej biblioteki (to było zanim odkryłem, że zostanę sławnym piłkarzem), ta powieść była jak ciężki cios w klatkę piersiową. Bolała. Krzyczała do mnie. Nie mogłem uwierzyć, że to działo się naprawdę, że ludzie – ludziom… Później, gdy czytałem „Bambusową klepsydrę” Górnickiego, miałem podobne wrażenie, choć dotyczyło to innego kraju, innych czasów i innej wojny.

Wniosek? Ludzie – ludziom mogą zgotować piekło na ziemi zawsze i wszędzie, pod każdą szerokością geograficzną i w każdym czasie. Smutne, cholera.

LALKA

Uwielbiam fakt, że w szkołach zmuszają do czytania „obowiązkowych lektur”! Tak trzymać! Zmuszać! Pewnie w innym przypadku po „Lalkę” Prusa nie sięgnąłbym nigdy i być może nie poznałbym niezwykłej historii miłości i kupiectwa. Bo już sam nie wiem, co bardziej mnie zafascynowało – miłość czy opisy biznesu i stylu życia?

Na zawsze została mi w pamięci scena, w której Wokulski zwraca się do Izabeli Łęckiej słowami:  – Farewell, miss Iza, farewell! – i postanawia na zawsze zapomnieć o ukochanej. Dobrze ci tak, zdradziecka suko! – myślałem, czytając ten fragment! Miałaś takiego fajnego i zakochanego po uszy faceta, i zachciało ci się innych!

W moim gronie (w owym czasie to było grono męskie) nikt „Lalki” nie lubił, wszyscy traktowali ją niemal tak samo, jak „Nad Niemnem” – a „Nad Niemnem” to przecież był szczyt nudy i popeliny (nieprawda!). Innymi słowy: „Lalka” to nie była powieść dedykowana dojrzewającemu młodzieńcowi, ale może własnie na przekór temu bardzo mi się spodobała. Czytałem na lekcjach, a konkretnie na zajęciach z mechaniki budowli.

NANA

10 najlepszych książek i wśród nich Zola??? Tak, proszę pani i pana, Zola w rzeczy samej. Czytałem „Nanę” w drugiej klasie technikum, w internacie, przed zaśnięciem. Nie pamiętam snów, które mi wtedy towarzyszyły, choć na pewno były przyjemne. Z pewnością jednak książka spełniała walory edukacyjne i działała na wyobraźnię inaczej niż świerszczyk ze Szwecji, o którym wspominałem w tym tekście 😉

„Nana”, choć podsycona erotyką, miała dla mnie dużo poważniejsze walory: zobaczyłem w głównej bohaterce dwoistość kobiecej natury. Doprowadza swoich kochanków do bankructwa lub samobójstw tylko dlatego przecież, że myśleli rozporkami, nie głową. To był szok. Jest dobra, łatwo się lituje, umie być serdeczna i hojna – i jest też zepsuta, amoralna. I skończy w piekle.

I kto jest temu wszystkiemu winien? Mężczyźni. Wiadomo.

Naturalizm w czystej postaci! Polubiłem prostytutkę Nanę i „Nanę”.

NA NIELUDZKIEJ ZIEMI

Józef Czapski i świat sowieckiego Gułagu to pierwsza książka z drugiego obiegu, która wpadła w moje dłonie. Tuż po rozpoczęciu studiów ktoś w wielkim zaufaniu pożyczył  mi dwa samizdaty, błagając, żebym głęboko je chował i szybko oddał, bo kolejka chętnych jest długa. Drugą pozycją był „Zniewolony umysł” Miłosza – tak źle wydrukowany i skopiowany, że oddałem go bez czytania.

„Na nieludzkiej ziemi” Czapskiego pochłonąłem do rana. To mówi wszystko. Nie mam pretensji do literackich walorów tego dzieła, choć jest trochę kostropate, ale przecież nie o literaturę w tym przypadku chodziło…Zmroziła mnie. Dosłownie.

NĘDZNICY

Sama historia Jana i Kozety wciągnęła mnie niemal tak samo mocno, jak powieściowy… opis paryskich kanałów ściekowych. Zachwyciłem się nim! Był jak najlepszy w swoim rodzaju reportaż z epoki. Dokładny, pisany z niezwykłym realizmem, w przedziwny i paradoksalny sposób tworzący spójną całość z wędrówką Jana Valjean w Paryżu i pod Paryżem. Dopiero po latach dowiedziałem się, że opisując paryskie podziemie Wiktor Hugo korzystał z książki „Statystyka ścieków Paryża”.

Mój zachwyt towarzyszył rzecz jasna nie tylko opisom kanałów czy prezentacji rewolucyjnych nastrojów Paryża, ale przede wszystkim epickiej tułaczce bohatera, jego dobrym i złym uczynkom. Niedawno oglądaliśmy z Anią „Nędzników” na jednym z kanałów telewizyjnych – film dobry, ale… książka wciągnęła mnie mocniej. Dużo ciekawostek o tej powieści znalazłem w Wikipedii – ktoś dobrze je opracował 🙂

PUC, BURSZTYN I GOŚCIE

Ha! Zdziwieni? Ja też! Ale proszę uwierzyć – ta ciepła i pełna czułości książka Jana Grabowskiego, czytana wielokrotnie sprawiła mi nie tylko ogromną radość, ale przede wszystkim nauczyła kochać zwierzęta. Konkretnie: psy, ponieważ koty kocham raczej na odległość (alergia). Ta pozycja musiała się znaleźć na liście 10 najlepszych książek – nie wstrząsnęła mną, ale uwrażliwiła. A to się liczy.

Przede wszystkim ileż to było radości, jakże się to bosko czytało! Bursztyn i Puc, dwa podwórkowe psy, z których Bursztyn jest na pewno protoplastą naszego dzisiejszego Rudiego, to byli moi bohaterowie przez długie lata!

Nawet Muminki nie wywołują na mojej twarzy tak serdecznego uśmiechu, jak te dwa psiury i ich  goście z miasta; zresztą Muminki to przecież inna liga i społeczność. Panu Grabowskiemu za przyjemność zrozumienia, że PIES TO TEŻ CZŁOWIEK, tylko bardziej zarośnięty – serdecznie i dozgonnie dziękuję.

SZTUKA KOCHANIA

Wiadomo, Wisłocka. Czy trzeba to uzasadniać? „Pierwszą” Wisłocką czytałem w odcinkach, drukowaną w tygodniku „Razem” – nie wyobrażając sobie, że będę z tym pismem współpracował przez kilka lat. „Sztukę kochania” przerobiliśmy strona po stronie z moją pierwszą dziewczyną – z tą jedynie różnicą, że ja przerabiałem ją po raz pierwszy w życiu , a moja dziewczyna… jakby już ją znała. (No i bardzo dobrze!)

PODSUMOWANIE. Dlaczego tylko 10 najlepszych książek? Nie wiem. Może należało wybrać pięćdziesiąt? Tylko kto by to chciał tu czytać?

Na pewno także masz swoją listę dziesięciu książek. Czekam w komentarzach 🙂

Jacek

Spotkałem wielu ludzi, którzy przeżuwali życie. Wstyd przyznać – w większości mężczyzn. Robili kariery, ale nie potrafili powiedzieć po co. Przede wszystkim: pracowali ponad stan, ale… nie widzieli głębszego celu tej pracy. Prowadzili biznes i zapominali, że jest jeszcze coś poza nim.

Albo przeciwnie – wracali punktualnie po swoich ośmiu godzinach nudy w urzędzie i zasypiali w fotelu z ciepłymi kapciami na nogach, z gazetą i pilotem lub bez. Za główny cel stawiali sobie weekendowe przekopanie grządek na działce i grill od maja do października.

Z kobietami jest nieco inaczej. Ich życiowe cele częściej, poza pracą, uwzględniają także dom, dzieci, macierzyństwo. Ich niemal genetyczną cechą jest wielozadaniowość. Zawsze mają jakiś cel i powinność, którą trzeba spełnić. I dlatego mam wrażenie, że kobiety rdzewieją mniej. Prawdopodobnie też wolniej. (Choć, jak mówi Ania, starzeją się szybciej od mężczyzn. Prawda?)

 Czy widzisz, że Twój facet rdzewieje?

Wstaje. Równym krokiem zmierza w stronę smartfonu. Odczytuje maile. Odpisuje. Idzie siku. Myje zęby. Nad zlewem zjada kanapkę i popija gorącą herbatą. To ja lecę – mówi . I leci. Kiedy wróci – nie wiem. Czekać z obiadem – nie wiem, zdzwonimy się.

Wraca. Równym krokiem. (Albo nie.) Późno lub później. Rzuca teczkę i kurwami, że wszyscy wokół to idioci, a on sam musi się z nimi użerać. Siku. Lodówka. Piwo-whisky/cola-wino. Kanapka. Maile. Ostatnia służbowa rozmowa. Kanapa. Pilot. Chrapanie. Mycie. Siku. Dobranoc kochanie. A jakbyś chciała coś-ten, to mnie obudź. I wyłóż mi koszulę, poproszę, mam jutro ważne spotkania. I wydaje się, że to by było na tyle 🙂

Rdzewieć można na wiele sposobów. Przede wszystkim – gnuśniejąc. Znam człowieka, który był niezwykle, totalnie wręcz aktywny w godzinach 8-16, po czym wracał do domu i stawał się bezmyślną amebą. Zmyć naczynia. Odkurzyć. Pokroić chleb na kolację. Włączyć Wiadomości. Zasnąć. I od rana znów na pełnym gazie. Tylko w pracy, bo potem już nie, nigdy.

Męskie zdrowie po 40. Jak nie zardzewieć na stare lata?

Nie wyobrażam sobie przejścia na emeryturę. Dlaczego? Ponieważ nie ma chyba nic gorszego niż zamknąć za sobą ostatni dzień pracy i nie wiedzieć – co dalej. Rdza murowana! I z tego powodu tak zasadne jest pytanie – jak się przed nią obronić? Jak przygotować się do życia po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce i później?

Z tego też względu postanowiłem spisać sobie najważniejsze kroki, które warto wykonać, by nie rdzewieć ani za młodu, ani na starość. Muszę tu jednak poczynić małe zastrzeżenie: to nie jest zbiór mądrości i własnych doświadczeń. To raczej  spis zadań, które z pewnością także ja sam ciągle jeszcze muszę wykonać. A na pewno w punktach 4, 8 i 10. 🙂

12 kroków skutecznej walki z rdzą

  1. Odkryj zawczasu nową pasję. Jakąkolwiek, choćby w skali mikro, a najlepiej – nie mającą żadnego związku z Twoim życiem zawodowym.
  2. Ćwicz wielozadaniowość. Życie nie kończy się na pracy i na jednym etacie (kobiety pracują na kilku). Dlatego bądź pomysłowy. Jeśli lubisz podróżować, planuj podróże z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, szukaj niekonwencjonalnych miejsc i środków transportu. Żyj swoją podróżą dużo wcześniej niż na nią wyruszysz. Jeśli lubisz fotografować – rób codziennie, systematycznością robota, jedno dobre zdjęcie w tzw. złotej godzinie; to zmusi Cię do wyjścia z domu o świcie lub zmierzchu. W przeciwieństwie do innych szukaj sobie wielu zróżnicowanych zajęć. Nie bądź monotematyczny! To dotyczy również partnerskich zadań w domu: warto się nimi podzielić!
  3. Graj w coś! Między innymi z tego właśnie powodu wróciliśmy oboje do gry w karty, ponieważ to świetny relaks i wciągająca pasja. Ale możesz też wypróbować inne zabawy – choćby mało w Polsce popularną grę w bule. Pokażemy ją wiosną.
  4. Dbaj o swoje zdrowie. Trudno się przyznać, że coś Ci dolega, bo to takie niemęskie? Serio? A przecież wystarczy sobie wyobrazić , że jest to jedno z prawdziwie męskich zadań. I dlatego co dwa lata po pięćdziesiątce – echo serca. A wcześniej, obowiązkowo, badanie prostaty (i oznaczenie poziomu antygenu PSA), i do tego kolonoskopia. I dorzuć jeszcze stałe mierzenie ciśnienia, EKG. A także szeroka morfologia raz do roku. Okulista i stomatolog – są równie ważni jak oglądanie własnej skóry. O diecie nie wspominając, pisaliśmy o tym w minionym tygodniu.
  5. Ucz się. Uważasz, że to brzmi dziwnie? Nie szkodzi. I nie musi wcale chodzić o regularną naukę, zrobienie kolejnego fakultetu. Jest tak wiele kursów online w dowolnych dziedzinach, że każdy znajdzie coś dla siebie. W jakim celu? Po pierwsze, by poszerzyć horyzonty. Po drugie, by zdobyć nowe doświadczenia, umiejętności. I wreszcie po trzecie (i chyba najważniejsze) – by wesprzeć na przykład swoją nową pasję albo dziedzinę, w którą warto by się zaangażować, lecz brakuje Ci niezbędnej wiedzy. Zapamiętaj przy okazji: nie ma złego czasu na naukę!
  6. Pisz. Albo chociaż rozwiązuj krzyżówki. Myśl abstrakcyjnie. Albo na przykład zagraj w szachy. Wszystko jest dobre, co zmusza nasz mózg do intensywnego wysiłku. Dlatego warto się zmusić do każdej intelektualnej aktywności. 
  7. Interesuj się przyszłością, nie przeszłością. Bądź pomysłowy – jest tyle koncepcji na życie po pięćdziesiątce, że z pewnością trafisz na coś, co wyjątkowo Ci odpowiada.
  8. Wprowadź do życia nowe zasady. Utrzymuj w swoim życiu stabilną powtarzalność i stałe reguły. Dlaczego reguły i powtarzalność mają znaczenie? Ponieważ są to istotne czynniki sprzyjające długowieczności.
  9. Patrz na rzeczy i wydarzenia z innej perspektywy. Spróbuj docenić różne gatunki muzyki (my, rockandrollowcy, odkryliśmy, ile wspaniałych przeżyć daje muzyka klasyczna!), kupuj nieznane produkty w sklepie spożywczym i próbuj ich smaku. Doceniaj różne punkty widzenia i staraj się je zrozumieć. I przede wszystkim nie bądź zrzędliwym tetrykiem – wyluzuj!
  10. Bądź społeczny. Nie chowaj się za własnym fotelem i pilotem, wyjdź do ludzi, poznaj nowych znajomych, pogadaj o innych sprawach niż gehenna Twojej pracy.
  11. Odpoczywaj inaczej niż zwykle – nie nudź się na kolejnym urlopie! Drink z palemką na plaży w Chorwacji to jest żaden odrdzewiacz! Pewnie, że smaczny – ale pusty.
  12. Bez względu na wszystko, bądź interesujący. To ważne – Twoja kobieta, rodzina i znajomi muszą być zawsze Ciebie ciekawi. Zaskakuj ich – błyskiem w oczach, gdy zaczynasz mówić o czymś, co Cię zafascynowało. Nową lekturą, której nikt jeszcze nie przeczytał. Pomysłem na wakacje, garderobą, zachowaniem, klasą, odrobiną szaleństwa. Stać Cię na to.

PODSUMOWUJĄC. Prawdopodobnie nie ma nic smutniejszego niż ktoś, kto żyje bez pasji, przeżuwając kolejny dzień w taki sam sposób jak wczoraj. Z pewnością nie ma też smutniejszego partnerstwa niż partnerstwo z osobą, która sama sobie nie podnosi poprzeczki, stoi w miejscu. Mamy przecież wszechświat do wypróbowania! Tysiące drobnych i wielkich celów przed nami, różnorodne zadania, różne emocje.

A zatem: nie daj się rdzy! Rdza zżera tylko stare żelastwo i ludzi, którzy nie wiedzą jak z nią walczyć. Ja się staram. A Ty?

Jacek

GODNE UWAGI! W TYM KLIMACIE POLECAMY RÓWNIEŻ:

Wyciągnij pomocną dłoń. Do siebie.

Jak ułożyć plan na życie?

Ależ ona ma moc, ta wiosna! No, prawie wiosna… Wystarczyły dwa dni na dobrym plusie i ze słońcem, a my już w siódmym niebie. Ponieważ weekend był zabójczo piękny i energetyczny, przyjmujemy za motyw przewodni rozpoczynającego się tygodnia hasło: Nieznośna lekkość ruchu.

Nawiązanie do powieści Milana Kundery jest całkowicie nieprzypadkowe, choć w przeciwieństwie do jego prozy, u nas wydarzenia toczą (toczyły) się jednowątkowo i jednopłaszczyznowo. Wątkiem głównym była praca, główną płaszczyzną – przemoczona ziemia, którą opuściły śniegi.

Zapowiadaliśmy to już wcześniej, pisząc, że wbrew pozorom w końcu lutego w ogrodzie dzieje się bardzo dużo. I to jest prawda, choć… samo się nie dzieje. Przede wszystkim słychać ruch, nasz ruch. Jacek tańczący z piłą na wierzbie to widok niecodzienny, choć coroczny. Ogłowił ją niemal całkowicie, a ja wybłagałam, żeby zostawił na drzewku choć ze cztery wąsy. W jakim celu? Jeszcze nie wiem, eksperymentalnie. Zobaczymy, jaka będzie ich dola.

Nieznośna lekkość ruchu… na drabinie

Zostawił literalnie cztery. To jest dla nas, kobiet, bardzo cenna wskazówka: zawsze nakazujmy facetom zostawić tyle, ile uważamy, że pozostawić trzeba. Gdybym poprosiła (grzecznie), żeby pozostawił osiem, byłoby osiem. Gdyby miało być piętnaście – byłoby piętnaście. Oni nigdy się nie cofają, gdy postawić im realne zadanie, te nasze chłopaki. Mógł zostawić, dla urody, pięć, siedem, jedenaście, ale nie. Zostawił cztery. Dlaczego? Ponieważ tyle KAZAŁAŚ 🙂

Jak ich nie kochać? Za tę życiową konkretność. I przede wszystkim – za sumienność.

Nieznośna lekkość ruchu to motto, które przenosimy z weekendu na cały tydzień licząc głównie na prognozę, że pogoda na Podlasiu będzie taka sama, jak pogoda na ekranie TVN24. Czyli dobra.

Zamierzamy kontynuować nasz wiosenny rozruch, którego pierwsze chwile wcale nie były zbyt przyjemne. W sobotę uroczyście wyszliśmy do ogródka. Pierwsze ruchy były całkiem przyjemne. Cięcie jabłoni, gruszy, jakieś małe porządki. Sama radość dla zastygłych przez zimę mięśni. Później podnieśliśmy sobie poziom trudności – Jacek wskoczył na drabinę i zaczął przycinać trójzębną wierzbę, ja zaś zbierałam i znosiłam na kupki to, co on cierpliwie ciachał.

Prawdziwy mężczyzna poci się… w konkretnym celu

Mamy pilarkę, owszem, ale facet zawzięty na zrzucenie kilogramów pilarek nie używa. Wziął do ręki sekator, ręczną piłę i… ruszył. Po pół godzinie cięcia, kiedy padły pod jego ręką cztery pierwsze konary, zszedł z drabiny i oczom moim ukazała się postać Roberta Lewandowskiego po 90. minutach ciężkiej gry.

Spocony jak szczur.

 – Może pilarką? – rzuciłam od niechcenia. – Będzie szybciej i mniej potu.

– Właśnie CHODZI O POT – wysapał. – Żeby się zima ze mnie wypociła. Cała.

– Cała od razu się nie wypoci – próbowałam przekonywać, ale kto przekona faceta w amoku piłowania? Wrócił na drabinę, złapał się konarów i piłował, piłował, piłował, piłował, piłował…

EDIT JACKA: I trochę też ciął! Nadmień!

Nadmieniam. Ciął też sekatorem, a ja wszystko co ucięte zbierałam, nosiłam, segregowałam i… pociłam się coraz mocniej. Im bardziej facet na czubku drabiny zdawał się być zapiekły w swoim akcie niszczenia, tym większe oblewały mnie poty.

Nieznośna lekkość ruchu – the day after

Skończyliśmy. Wierzba ogłowiona, pan pilarz zostawił cztery wąsy, a ja, żeby się dobić – w końcu do zmierzchu pozostało jeszcze kilka godzin – zabrałam się za ćwiczenie mięśni dupnych, czyli pielenie grządek. W przeciwieństwie do wielu naszych znajomych (i pilarza), lubię to robić. W sobotę spędziłam w kuckach dobre trzy godziny, potem spacer z psem, kotem i ich panem, potem godzina przy garach, potem przy komputerze i…

Niedziela rano. Czy to WSZYSTKO, co mnie boli, to są mięśnie? Czy ja naprawdę mam tyle mięśni???

Pilarz tymczasem pognał w majtkach do łazienki, stanął na wadze i po chwili usłyszałam jęk zawodu: – Łeeeee! Nic nie schudłem! Tyle roboty na nic!

Nie ma co ukrywać. Pierwsze dni po zimowej drzemce są ciężkie, bardzo ciężkie. Ale to słodki ciężar, naprawdę. Miał rację Kundera:

Tylko to, co konieczne, jest ciężkie, tylko to, co waży, ma wartość.

_______________________________

Satysfakcja? To benefit z pierwszego przedwiosennego weekendu. Radość, że możemy się poruszać. Że jest słońce i fajnie grzeje. W niedzielę znów poszliśmy do ogrodu, ja na kolejne trzy godziny pielenia grządek (kiedy ziemia jest mokra, wszystkie chwasty wychodzą z niej pięć razy szybciej), a Jacek znów na drabinę.

Tym razem przycinał gałęzie starusieńkich  jabłoni, które odziedziczyliśmy po poprzednich właścicielach. Jabłka rosną na nich marne i koszmarnie kwaśne, ale łudzimy się, że zaopiekowane po dwudziestu latach drzewa, odpłacą nam kiedyś pięknymi plonami.

Ruszaj się! Jakkolwiek i gdziekolwiek!

A zatem – ruch! O tej porze jest wszystkim.  Nieznośny i przyjemny zarazem. Na świeżym powietrzu. Mimo zmęczenia, czujesz się doskonale, masz w sobie siłę, radość. I jeszcze bardziej Ci się chce! Te bolące mięśnie to czysta przyjemność – doskonale wiesz, że za tydzień lub dwa organizm wróci do normalnego stanu, że znowu każdy dzień będzie zaczynał się i kończył głębokim oddechem wśród zieleni, a nie w domu.

Wyczekujemy już  tej chwili, kiedy będzie można zacząć doić brzozę, czyli ściągać z niej sok. Jeszcze chwilę, jeszcze w drzewach nie zaczęły krążyć soki, ale to zawsze jest fantastyczny moment. I woda brzozowa, przy okazji, jest doskonała, lecznicza i smaczna – o jej właściwościach świetnie pisała kilka lat temu Agnieszka Maciąg na swoim blogu, polecam! Działa na wzmocnienie organizmu (nie tyle Agnieszka, ile brzozówka), dodaje sił, świetnie wpływa na włosy. Spijamy soki z naszych brzóz już trzeci rok!

Wiosna, panie sierżancie!

Ten wpis powinien mieć podtytuł „Pochwała ruchu”, ponieważ dokładnie temu służy. Uwijamy się jeszcze w nieco zwolnionym tempie, przy okazji pierwszych prac podglądając rośliny. W tym roku jako pierwszy ponad grunt wystrzelił… rabarbar i zaraz po nim mięta. Wschodzą pierwiosnki, a pąki bzu są już naprawdę wielkie. Nic nam nie wmówi, że wiosna ciągle mocno śpi…

EDIT JACKA: Obudziły się nawet kleszcze. O ile w ogóle spały.

Niestety, to prawda. W sobotę przyniosłam z łąki pierwszego. A Jacek na to, łamiąc zasady gramatyki, zaśpiewał: – Dostrzegłem dzisiaj pierwszy wstrętny kleszcz na twojej skroni… To znak, że trzeba zacząć pić napar z czystka. Po takim naparze kleszcze nas się nie imają. Sprawdzone

Ania

POLECAMY TAKŻE: 

Jak założyć ogród od podstaw?

Pofolgowaliśmy odrobinę podczas wczorajszych Walentynek. Dwa spore kawałki ciast w kształcie serc plus domowy sernik plus cydr… Jak to mówią: naszło nas na słodkie. A ja wcześniej – dwie kawy na sojowym mleku i pączek z żurawiną… Uff…

Najgorzej, że te skubane węglowodany wchodzą zawsze nie tam, gdzie powinny! Gruba Berta, największa armata II Wojny  Światowej, to od wczoraj przy mnie pikuś. 🙂

Zawsze, kiedy czuję się tak bardzo ciężarna jak podczas minionego wieczoru, zastanawiam się co na to moja ukochana wątroba? Jak sobie daje radę, jak pracuje?  Co o mnie myśli? Wczoraj musiała chyba myśleć źle.

Moja wątroba jest niemową. Twoja zresztą też.

Pełni ponad 400 funkcji, a nigdy nie skarży się, nie boli, nie ćmi i nie krzyczy. Kilka lat temu zrobiłam jej kurację oczyszczającą, używając polecanej gorzkiej soli. Trudno mi powiedzieć, czy i w jakim stopniu to pomogło – ja, jako całość, czułam się lepiej, lżej.

Jej zadaniem jest między innymi zatrzymywanie szkodliwych produktów przemiany materii i usuwanie toksyn. Pracuje przy wychwytywaniu i wydalaniu z organizmu konserwantów, syntetycznych leków, sztucznych dodatków i wszelkiego innego zła. Ciekawe, że tak rzadko rozmawiają o niej z pacjentami lekarze. Nie powstają o wątrobie – tak licznie jak o jelitach – książki i poradniki.

Zanim wzięłam się za wątrobową kurację, szukałam wiedzy u doktora Google’a, pytając: jak oczyścić wątrobę? – i znajdując nieskończoną ilość diet i sposobów na regenerację. Oczyszczanie przy pomocy rodzynek i czosnku. Regeneracja z użyciem buraków, grejpfrutów, karczochów, propolisu, oliwy z oliwek. Do tego odstawianie leków i alkoholu, całkowita rezygnacja z mięsa itp.

Nie istnieje jedna, skuteczna metoda

Wierzę w te sposoby, bo za każdym kryje się zapewne samo dobro, ale mam wrażenie, że nie istnieje jeden, wyjątkowa odpowiedź na pytanie: jak oczyścić wątrobę? Prawdziwy efekt może dać połączenie wielu metod w jedną naturalną całość. Gorzka sól czy faszerowanie się rodzynkami to mogą być tylko elementy spójnego działania.

Tworzące wątrobę hepatocyty, które uczestniczą w metabolizmie białek, węglowodanów, żelaza, miedzi, lipidów i witamin, gromadzą tłuszcz. Czasami – dużo tłuszczu. W wynikach jednego z badań przeczytałam niedawno, że otyłość brzuszna towarzyszy nadmiarowi tłuszczu, który zgromadziły hepatocyty. Masz oponkę – masz równocześnie nadmiernie przetłuszczoną wątrobę.

I teraz uwaga – jeśli zmniejszymy masę ciała o zaledwie 5 do 20 procent, zredukujemy tym samym zawartość tłuszczu w wątrobie o 60 do 80 procent!

Z pewnością odciążać wątrobę można na wiele sposobów. Ponieważ jednak nie da się całkowicie uniknąć spożywania chemii w produktach spożywczych, ponieważ trudno zrezygnować z  wina i nie da się totalnie odstawić kawy, leków i słodyczy, trzeba postawić na koncepcję:

Jedz z głową!

Dzisiaj, po wczorajszym obżarstwie, mamy dzień głodówki. Nie takiej totalnej, bo przecież pijemy wodę z imbirem i cytryną, a na obiad będzie kefir 🙂 Kiedyś powiedzieliśmy sobie, że trzeba ratować się własnymi rękami, sięgając po pomoc lekarzy jak najrzadziej, a najlepiej w ogóle.

Jak oczyścić wątrobę? Co oznacza włączenie trybu „Jedz z głową”? Przede wszystkim – myślenie o tym, co kładziemy na talerz i w jakiej formie. Nie jestem zwolenniczką ekstremizmów: każdemu mogą się przytrafić Walentynki z kilogramem ciasta w brzuchu – trudno. Ale w ślad za obżarstwem musi pójść coś w kontrze. Głodówka to może być jeden z elementów tej gry. Nie jedyny.

Żadnych ciężkostrawnych potraw. Godne uwagi są w pierwszej kolejności: marchew, seler, pietruszka, pomidory, kalafiory, szpinak i  kiszonki. Przede wszystkim jednak buraki w każdej postaci – buraki kochają wątrobę z ogromną wzajemnością – a najlepiej pod postacią świeżego soku.

Staramy się także jeść mniej soli i więcej, dużo więcej ziół, które pobudzają wydzielanie soków żołądkowych i żółci (mięta, kminek, majeranek, tymianek, oregano i jałowiec).

Co warto odstawić?

Niemal całkowicie odpuściliśmy mięso i tłuste mleko. I generalnie wszystko, co jest przetworzoną żywnością rodem ze sklepów i fast foodów.

Powinniśmy jeszcze zupełnie odstawić  twarde sery (Jacek płacze w tym momencie, bo w lodówce jest OSTATNI kawałek goudy) i jeszcze bardziej radykalnie wyciąć cukier (ściślej – ksylitol), a postawić na ryby (stawiamy), owoce morza (postawiliśmy) i oliwę (zrobione).

Alkohol? Toksyczna, czyli ciężka dla męskiej wątroby dawka to już około 80 gramów czystego etanolu, co w praktyce oznacza litr wina lub np. 6 piw. Nie wydaje mi się, i piszę to nie tylko z sympatii do faceta, który uwielbia swoje dwa kieliszki czerwonego wina przy wieczornym pisaniu postów, by umiar w piciu piwa lub wina mógł zaszkodzić. Czytałam chyba tyle samo materiałów o szkodliwości spożywania alkoholu, ile tekstów o jego dobrodziejstwie – zawsze kluczowe w nich było słowo umiar.

A przy okazji alkoholu – kiełki oraz młode szparagi, dzięki zawartym w nich aminokwasom i minerałom, znakomicie wspierają wątrobę w neutralizacji etanolu. Warto wiedzieć.

Jak oczyścić wątrobę? Błogosławiony nie tylko ostropest

Z pewnością jeszcze bardziej godne uwagi niż szparagi są nasiona ostropestu, o których już tutaj pisaliśmy. Ich główny składnik to sylimaryna, która wzmacnia osłonę hematocytów i nie pozwala na przenikanie do niej toksyn. Podpowiadam, by kupować nasiona i mielić je samodzielnie tuż przed spożyciem, dodając do koktajli warzywnych i owocowych. Ostropest uszczelnia błony komórkowe wątroby i regeneruje hematocyty. Wydaje mi się pewniejszym źródłem sylimaryny niż liczne paraleki, obficie reklamowane w telewizji.

Dobrze działa sok z rzodkwi, szoty z kurkumy (łyżeczka kurkumy z niewielką ilością wody i koniecznie pieprzu – rano). Świetne są wyciągi z pędów kwiatowych karczocha, obniżające przy okazji poziom cholesterolu. Odtruwanie wątroby wspiera także pierzga. Pyłek pszczeli obniża poziom enzymów wątrobowych, zabezpiecza komórki wątroby przed szkodliwym wpływem toksyn.

Dobrą robotę wykonuje także oliwa z oliwek, działająca żółciotwórczo. Spróbujcie łączyć oliwę z sokiem z grejpfrutów (trzy łyżeczki oliwy i sok z jednego grejpfruta, mieszamy i pijemy wieczorem), to także jedna z terapii odtruwających wątrobę.

A jeśli chodzi o suplementy?

Suplementować  się czy nie? Suplementować.  Myślę, że (zwłaszcza zimą) nie ma innej rady. Naturalne substancje powinny wystarczyć, gdy mamy w nadmiarze świeże warzywa i owoce, prosto z własnego ogródka, nie pryskane żadną chemią. Czy wolne od chemii są warzywa ze stoisk w supermarketach? Obawiam się, że słabo.

My bierzemy dużą, codzienną dawkę witaminy C z dziką różą (1000 mg), do tego witaminę D3 i K2, po tabletce Chela Mag B6 (magnez i witaminy z grupy B), a Jacek dodatkowo potas i głóg w tabletkach. Działa dobrze na serce. Branie głogu w tabletkach nie zmienia oczywiście naszych przyzwyczajeń do popijania herbaty z owoców głogu i delektowania się głogową nalewką 🙂

Reasumując: nie spodziewajcie się, że stan Waszej milczącej wątroby poprawi się wskutek działania jednego z czynników lub jednej, cudownej diety. Nie ma tak lekko. Działa jedynie całość.

Czy widzimy  efekty? Jeśli spojrzeć przez pryzmat badań krwi, które robimy, to tak. Jeśli spojrzeć przez pryzmat samopoczucia – również. Wyłączywszy dni takie, jak wczoraj 🙂

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ:

Nie ma dnia bez warzyw i owoców

Samo dobro – tarnina!

Czytaj również o oczyszczaniu wątroby tutaj.