Jak chyba wszyscy, boję się starości. Chorób, stetryczenia i osamotnienia. Przed jednym z drewnianych bieda-domów, który mijamy jadąc do Nieba, od wczesnej wiosny do później jesieni siedzi na ławeczce lub przykuca staruszek. Nieobecnym wzrokiem pochłania pomykające samochody, swoją jedyną rozrywkę.

Samotność jest koszmarem i nie wyleczą jej okazjonalne trendy takie jak masturdating, wychwalające radość z samotnego randkowania. Bądź sama ze swoimi myślami… Ciesz się sobą… Odetnij się od świata… Idź do kawiarni i zacznij czerpać przyjemność z bycia wyłącznie we własnym towarzystwie…

Masturdating… Łatwo powiedzieć!

To jest dobre tylko okazjonalnie. Nie jestem typem samotnika, ale też nie przepadam za licznym towarzystwem. Wolę małe grona, rozmowy z Anią i naszymi przyjaciółmi lub dziećmi. Wybieram ciszę a nie gwar. Lubię być sam, kiedy pracuję i gadam do siebie. Ania lubi być sama o świcie: wstaje i parzy kawę, i kontempluje rzeczywistość, przez nikogo nie nagabywana. Kiedy jedno z nas wyjeżdża – drugie nie wyje z bólu. Cieszymy się chwilową samotnością. Właśnie dlatego, że wiemy o jej tymczasowości.

EDIT ANI: Te poranki to nawet nie jest pochwała samotności, to coś w rodzaju czystej apoteozy egoizmu. Poranek jest mój, wyłącznie. Dla moich myśli, skupienia, celebrowania kolorów, smaku kawy, otoczenia. Ty masz swoją sprężynkę kiedy zamykasz się we własnym świecie na poddaszu, gdzie nic Ci nie zakłóca spokoju, poza okrzykami – zaparzyć Ci herbatę? Albo: Oooobiad! Ja cieszę się swoimi samotnymi porankami i wyjazdami na jeden dzień. Pozwalają złapać dystans. I zatęsknić za domkiem 🙂

 OK, nie mówimy jednak o samotności na godziny, kropelkowo dawkowanej. Dziś, kochany, będę uprawiała masturdating i przejdę się sama po sklepach… Dziś, najdroższa, pójdę samotnie na piwo, nie czekaj na mnie z kolacją… To nie to.

Samotność to samotność

Regularna. Oszałamiająca pustką. Skomplikowana. Żaden masturdating.

Jedna z naszych samotnych przyjaciółek ma psa i pracę. Inna: kota. Kolejna – dziecko z in vitro, ze świadomego, singielskiego wyboru. Samotnik Marek Niedźwiecki ma muzykę. Samotna ze świadomego wyboru była Irena Kwiatkowska – miała do towarzystwa tylko własne aktorstwo, teatr, radio i telewizję. Umiałbym wyliczyć plusy takiego stanu, znaleźć w nim radość. Ale…

Nie umiałbym tak żyć. Mam bezgraniczny szacunek do mojej Mamy, która żyje we wdowiej samotności przez ponad pół wieku. Wiadomo: są dzieci, wnuki, prawnuki, ale – wyjeżdżają, a dom nadal ma te same cztery ściany, a ileż można z nimi gadać, ile krzyżówek w samotności rozwiązać, ile filmów obejrzeć? Nie umiem sobie wyobrazić takiej sytuacji. Na tydzień, miesiąc, rok, pięć – ale na pół wieku?

Tym bardziej – na wsi. Z dala od zgiełku kawiarni, sklepów, ulic. Z dala od codziennych kontaktów z sąsiadami, które zanikają wraz z nadejściem zimy. Zamykasz okna wieczorem – cisza. Wstajesz – cisza. Krzątasz się po domu – cisza. Mówisz – cisza.

Radio, telewizor, pies, kot, dzieci raz na tydzień? Urocze, super, odskocznia od rzeczywistości. Ale potem znów jest to samo. Otwierasz oczy – cisza. Zamykasz – cisza. Żyjesz – cisza.

Czy masz plan na prawdziwą starość?

Często rozmawiamy z Anią o tym, co będzie KIEDYŚ. Na tzw. prawdziwą starość. Nie tylko w kontekście chorób, niedołęstwa, ale w sferze tak prozaicznej i przygniatającej jak samotność.

Na wsi, na odludziu samotność może być zabójcza. Pewnie da się ją oswoić, przyzwyczaić, szukać dobrych stron (po nikim nie muszę sprzątać… w ogóle, k…a, nie muszę sprzątać!), ale nie da się jej znieść.

Staruszek z domku przy drodze do Nieba  jeszcze nie spędza dni na ławce. Zimno. Ale gdy puszczą się pąki bzów, znów go zobaczymy. Czasami  widzę w nim siebie.

Jacek

PS. Brrr… Nie chciałem, żeby to zabrzmiało tak pesymistycznie. 🙂 Po prostu – wiem, że o takich sprawach trzeba myśleć zawczasu. Szykować rozwiązania alternatywne. Kto wie: może wtedy lepsza jest ucieczka do miasta? Do samotności, ale jednak – w tłumie?

Co Ty na to?

POLECAMY RÓWNIEŻ: Równonoc. Jest, jak jest. Było, jak było.

Foto. pixel2013 z Pixabay 

Pamiętaj: na wsi daleko od miasta jesteś dla sieci komórkowej nikim. Zerem jesteś. Nie warto w Ciebie inwestować, bo w zera się nie inwestuje. Co innego, gdybyś był fabryką. Albo choć osiedlem, miastem. Ale ponieważ jesteś tylko mieszkańcem, sztuką, a wokół Ciebie są wyłącznie lasy i pola, Sieć powie Ci elegancko – spadaj.

Szukasz minusów wiejskiego życia? Czytaj dalej…

Mam za sobą kilkanaście epizodów ostrego narzekania na Facebooku, kilkadziesiąt telefonów i spotkań z przedstawicielami Orange i T-Mobile. I doszedłem do jednego wniosku – podział na Polskę A i Polskę B będzie istniał tak długo, jak długo w głowach menedżerów i polityków nieobecne będzie pojęcie „dobro człowieka”. Każdego człowieka, bez wyjątku.

U nas jest tak. Do jednego nadajnika, na którym ulokowały się główne sieci komórkowe, mamy jakieś 4-5 kilometrów, do drugiego niewiele więcej. Do miasta równo siedem. Kiedy chcę zadzwonić – szukam zasięgu. Hej, kiedy ostatnio szukaliście zasięgu w dużym mieście??? My płacimy dokładnie taki sam abonament jak Wy w Warszawie i każdym innym mieście-miasteczku. Ale z usług możemy korzystać tylko przy dobrych wiatrach lub dobrej pogodzie.

Żeby zadzwonić, wychodzę

W domu nie ma zasięgu. Przed domem od wschodu nie ma. Przed domem od zachodu – bywa, słaby. Za stodołą jest lepszy, sto metrów od domu zdarza się całkiem znośny, jedna-dwie kreski. Kilometr od nas sieć działa. U nas nie. Gdybyśmy byli osamotnieni w tym dostępie do cywilizacji, powiedziałbym: trudno, pech, takie ukształtowanie terenu.

Ale… co to za ukształtowanie? Co to za przeszkody? I wreszcie – w ten sam sposób funkcjonują dziesiątki , setki rodzin wokół nas. Wystarczy, że nie mieszkają w centrum wsi – już są wykluczeni. Jeśli mieszkają w lesie – tym bardziej są wykluczeni. Im bliżej mieszkają granicy, tym mocniej są wykluczeni.

Nikomu nie opłaca się wzmocnić siły nadajników dla niewielkich skupisk. Żaden operator nie martwi się losami wykluczonych, ponieważ to nie oni decydują o ogólnej skali przychodów. Kobieta na infolinii Orange rozbrajająco mi to wyjaśniła: gdyby miał pan jakąś dużą firmę, zatrudniał pracowników, to może coś by można było wymyślić…

Nikt Ci nie pomoże

Możesz do nich pisać – najpierw zapytają Cię o położenie względem anten, potem napiszą, że sprawdzili i że u nich wszystko działa. I na końcu podadzą Ci formułkę, że siła sygnału może być słabsza lub silniejsza w zależności od przeszkód naturalnych lub ukształtowania terenu. Więc do widzenia się z panem, sam pan sobie winien.

Ale bądźmy pewni: gdyby na naszym miejscu miał swoją daczę Andreas Maierhofer, prezes T-Mobile Polska, sygnał nie znalazłby żadnych oporów. Gdyby szef Orange Polska, Jean-François Fallacher, przyjeżdżał tu na wypoczynek wśród lasów, żadne przeszkody naturalne nie byłyby problemem.

Jest jak jest. Brak Internetu z sieci komórkowej przestał nas martwić od czasu, gdy podpisaliśmy umowę na korzystanie z łączy satelitarnych. Tanio nie jest, bo płacimy ponad 200 złotych za miesiąc, ale przynajmniej mamy dostęp do sieci. Te pieniądze mógłby zarobić operator komórkowy, z którym mam umowę…

 Gorzej z połączeniami telefonicznymi – po kablu nie ma jak, operatorzy mają nas w d…, a opłat za brak odpowiedniej jakości usług i niezgodność umowy ze stanem faktycznym, obniżyć nie zamierzają.

Żenujące komórkowe molochy

Patrzę na nie bez wściekłości – wściekłość mi dawno przeszła. Patrzę z zażenowaniem. Mówią o inwestycjach w sieci 5G, o powszechnym dostępie do najszybszego Internetu świata, a nie potrafią sprostać elementarnym wymaganiom cywilizacji: nie ogarniają całej Polski. Maierhofer chwalił się na targach w Barcelonie, że „w tym roku będziemy testować sieć 5G w kolejnych dużych miastach”, ale zapomniał dodać, że finansuje swoje inwestycje z haraczu, który płacą mu wykluczeni tacy jak ja.

Biegamy po polach w poszukiwaniu zasięgu i płacimy tyle samo, ile płaciliśmy mieszkając w centrum stolicy. Przesyłamy pliki czekając godzinami na transfer danych i mamy taki sam abonament, jak w każdym dużym mieście. Mieszkamy po lasach, z dala od szlaków i jesteśmy tak samo frajerskimi płatnikami jak ci, których wielkie sieci doją w mieście. Z tą różnicą, że w mieście usługa jest, na wsi i w domach pod lasem – niekoniecznie.

Andreas i Jean-François doją nas i nawet nie ma komu się poskarżyć. Chyba kupię abonament na Białorusi: ich nadajnik wali w naszą stronę z pełną mocą. Można? Można.

Jacek

Foto: Alexas_Fotos z Pixabay 

Daję dziś w połowie sentymentalny i w połowie prześmiewczy tytuł, dość trafnie obrazujący nasz wczorajszy nastrój. Byliśmy na targach Green Days w Nadarzynie pod Warszawą, pośród tłumów ludzi. I prosimy organizatorów: nie róbcie nam tej przykrości już nigdy.

Mydło, szpagat i powidło. To nie są targi, to jest barachołka gorsza niż ta, którą kiedyś tu opisywaliśmy. Jedną (!) halę w Ptak Warsaw Expo podzielono w Green Days na cztery salony tematyczne, obejmujące rzekomo architekturę krajobrazu, ogrodnictwo, technikę ogrodniczą oraz florystykę. I żaden z tych salonów nie odpowiadał zapowiedziom, że są to „największe targi ogrodnictwa w Polsce”.

Nie. Green Days to najgorsze targi ogrodnictwa.

Weźmy sekcję kluczową – ogrodnictwo właśnie. Jak sobie wyobrażacie taki salon? Bo ja widzę go jako nieskończoną przestrzeń z tysiącami różnorodnych roślin, z kwiatami, krzewami, drzewkami, sadzonkami, nasionami, środkami ochrony roślin, z ekologią, klasą i rozmachem.

A co mieliśmy na Green Days? Ogólnopolską wystawę letnich cebul kwiatowych. Zatrzęsienie stoisk z cebulami!!! I niewiele więcej. Mieszałam wczoraj w cebulach bardzo długo, bo tylko tu był prawdziwy wybór. Reszta ogrodu na targach ogrodniczych prawie nie istniała…

Green days

Naliczyłam trzy magnolie. Zobaczcie je, broniły w niedzielę honoru „największych targów ogrodniczych w Polsce”!!!

Green days

Było też pewnie dziesięć jednakowych świerków. Do tego kilkanaście bonsai, ze dwa stoiska z drzewkami owocowymi, jedno z roślinami owadożernymi i kolejne – z różami.

Targi!!! Największe w Polsce!

Broń Boże, nie winię uczestników tego spędu. Robili co mogli, prezentują jakąś klasę. Trzymają poziom wystawienniczy, starają się. Ale kochani – więcej roślin to ja mogę obejrzeć i kupić w czwartek na ryneczku w Siemiatyczach! I kupię je za jedną trzecią/czwartą targowej ceny! Osławione cebule – królowały lilie w każdej postaci – w Siemiatyczach kosztują 2-6 złotych. Na „największych targach ogrodnictwa w Polsce” ich ceny dochodziły do 22 złotych za cebulkę.

Niemal zero drzewek i krzewów, zero ekologicznego ogrodnictwa. Jedno stoisko z ziemią ogrodniczą! Żadnych drobnych narzędzi dla ogrodników – poza piłami motorowymi, podkaszarkami, kosiarkami i traktorami. Nie znam się na traktorach, ale większość z nich na pewno pasowałaby do Jacka (on lubi takie wysoko osadzone i wielkie ciągniki siodłowe), lecz prawie żaden do naszego ogrodu. W sumie, tak sobie teraz myślę, można by tam również pokazać parowóz – też duży i też byłby od czapy, jak wystawki  spod znaku „home decor” lub typowo ogrodnicze stoisko ze sztuczną trawą…

Green days

Zlituję się nad „salonami” architektury krajobrazu i florystyki – każdy, kto widział poznańskie Special Days wie, na czym polega prezentacja sztuki florystów i ilu oraz jakich wystawców można na targach zgromadzić. Nie porównuję też nadarzyńskiej mizerii do berlińskiej Gruene Woche, bo nie da się porównać zadupia do Europy. Niestety.

Pokażmy więc to, co dobre

Ponarzekałam? Ponarzekałam. Rok temu było lepiej, teraz – popelina. Myślę, że podobny zawód odczuła większość zwiedzających.

Ale… pokażmy jednak dorobek wystawców na Green Days, bo oni ratowali twarz tym „targom”. O cebulach pisałam, warto wspomnieć o małej architekturze ogrodowej i królestwie tworzyw sztucznych, stali oraz… betonu. Serio. Były betonowe donice, betonowe podniesione rabaty i betonowe grille. Niektóre całkiem znośnie udawały drewno, inne dyszały tandetą.

Green days

Green days

Green days

Maleńkim hitem wśród stoisk Green Days wydały nam się prezentacje tzw. biżuterii ogrodowej oraz rzeźb wiatrowych. Króluje rdza, stal kortenowska, a przy okazji – niebanalny design. To oczywiście powtarzalne, tłuczone seryjnie wzory, ale mają swój urok i mogą być urozmaiceniem wielu ogrodów. Ceny (targowe?) zaczynały się od 45 złotych za najmniejszy model. Fajną ofertę miał sklep Rdza W Ogrodzie i Przemysław Gronowski z Biżuterii Ogrodowej. Panowie – szacunek, to naprawdę ciekawe dzieła.

Green days

Green days

Green days

Na jednym ze stoisk Green Days zauważyliśmy rośliny owadożerne: dzbanecznik, kapturnicę i  muchołówkę. Te dwie ostatnie prezentujemy i  kupiliśmy 🙂 Cena od 20 do 50 złotych. Staną na ganku i… do roboty: będą łowiły muchy.

Rośliny owadożerne

Rośliny owadożerne

Na Green Days widzieliśmy też kilka aranżacji ogrodowych (tylko na trzech stoiskach, niestety), z których jedną chyba warto pokazać. Zwraca uwagę bardzo ciekawe zastosowanie dwóch metalowych balii, które stworzyły świetną kompozycję i jednocześnie służą jako małe oczko wodne. Ładne to jest. Całość też jest świetnie pomyślana.

Green days

Aranżacje ogrodowe

Tu z kolei warkocz z wikliny, a poniżej oryginalne, naturalne rzeźby ogrodowe. Z betonu byłyby pewnie trwalsze 😉

Green days

Architektura ogrodowa

Widzieliśmy jeszcze kilkanaście ofert jacuzzi, jednego producenta saun z drewna świerkowego (dużo, jak na największe w Polsce targi), a także propozycje aranżacji ogrodowych prosto z serialu „Dynastia”…

Ania z Cebulowego Wzgórza

A na koniec propozycja z Green Days dla Czytelniczek, które mają co najmniej 1500 złotych na drobne wydatki. Bonsai jakoś nam nie pasuje do wiejskich klimatów. Może na podmiejskim osiedlu, może jako soliter w małym ogrodzie. Nie dla nas. Ale doceniamy sztukę 🙂

Ania z Cebulowego Wzgórza

Ania

Polecamy również: Grabiami mając zmęczone prawice

Jak zbudować i eksploatować własną oczyszczalnię ścieków? Na co zwrócić szczególną uwagę? Moim zdaniem, głównie na… eksploatację. Ekologia oznacza zmianę wielu przyzwyczajeń! O tym piszemy dzisiaj.

Poniżej znajdziecie informacje i porady praktyczne dla budujących przydomową biologiczną oczyszczalnię ścieków. Jestem jednak pewien, że każda szanująca się firma, która instaluje takie urządzenia, powinna wprowadzić Cię w temat dużo lepiej niż ja 🙂

Ja miałem szczęście poznać bardzo fajnego Pana Michała z Białegostoku, który nie tylko zainstalował nam oczyszczalnię, ale jeszcze zostawił spory zapas ekologicznego papieru toaletowego i obiecał szybką pomoc, gdyby coś miało szwankować. Ale… mijają trzy lata i wszystko jest w najlepszym porządku!

Bądź ekomaniakiem – od czego zacząć?

Jeśli macie już wyznaczone, zgodne z przepisami prawa, miejsce do zainstalowania głównego zbiornika oczyszczalni, należy doprowadzić do niej, z zachowaniem spadku, rury kanalizacyjne. My zastosowaliśmy rury plastikowe o średnicy 15 centymetrów. Zostały zakopane w ziemi, a w miejscu przyszłej oczyszczalni wykopany głęboki na około 3 metry otwór. Jego średnica powinna być około 50 procent większa od średnicy osadnika.

Na dnie otworu należy zbudować konstrukcję nośną, na które stanie zbiornik osadnika. My użyliśmy do tego celu bloczków fundamentowych, zalanych betonem i wzmocnionych kilkoma prętami stalowymi. Kiedy beton okrzepł, firma montująca przywiozła i postawiła na fundamencie korpus główny oczyszczalni.

Od osadnika wyprowadzone zostały rury do odległej około 15 metrów studni filtrującej:

Zostań ekomaniakiem

Tu również najpierw musiał powstać spory wykop, do którego wsypaliśmy ponad 12 ton żwiru frakcji 8-16 mm. Rozplantowałem to własnymi rączkami… Ta wielka masa żwiru została przykryta geowłókniną, która sprawia, że ziemia z gruntu nie łączy się ze żwirem złoża filtracyjnego. W żwirze umieściliśmy drenaż rozsączający – system perforowanych rur rozprowadzających wodę, które rozchodzą się promieniście ze studni filtrującej.

Zostań ekomaniakiem

Woda ze ścieków poddana procesom oczyszczania w osadniku (brawo, bakterie!) dociera rurami do studni filtrującej i tam rozlewa się na całym podziemnym „poletku” filtrującym. Często otwieram właz do studni, by sprawdzić jaka jest jej jakość. Producent gwarantował, że przejrzystość wody będzie na poziomie 80-90 procent i mogę to tylko potwierdzić. Tak to działa! Do złoża filtrującego dociera woda dobrze oczyszczona.

Jak działa biologiczna oczyszczalnia ścieków?

Ha! Tu nie będę się wymądrzał… Jestem  z gatunku tych facetów, którzy nie dociekają szczegółów technicznych i hołdują zasadzie „ma działać – i działa”. Mogę to zatem opisać wyłącznie własnymi słowami, wierząc, że niczego istotnego nie pominąłem. Wszystkie szczegółowe informacje znajdziecie na stronach producentów oczyszczalni.

Ścieki dostarczane są przyłączem kanalizacyjnym do przepływowego osadnika gnilnego. Tam następuje pierwszy (beztlenowy) etap ich oczyszczania. Jest to oczyszczanie mechaniczne wykorzystujące grawitacyjne przemieszczanie się substancji nierozpuszczalnych.

To pierwszy element instalacji, w którym ścieki są wstępnie podczyszczane. Co to oznacza? Przede wszystkim- związki lżejsze, najczęściej tłuszcze i oleje, pływają na powierzchni, tworząc kożuch – cięższe natomiast opadają na dno. Aby przyśpieszyć fermentację stosuje się bioaktywatory – to mikroorganizmy w miliardowych ilościach, dostępne zwykle saszetkach lub plastikowych butelkach, kupowane w sklepach ogrodniczych.

Mikroorganizmy, które konsumują zanieczyszczenia, potrzebują do swojej pracy dobrego dotlenienia, dlatego też w komorach osadnika stosuje się dmuchawy i sprężarki. W wyniku procesów biologicznych osady z dna zbiornika przekształcane są w związki rozpuszczalne, które razem z wodą przenikają do kolejnych etapów oczyszczania. Te najcięższe – zalegają na dnie i trzeba je średnio raz na rok usuwać.

Po tym procesie  oczyszczone ścieki mogą być odprowadzone do wód powierzchniowych lub gruntu. Prawidłowo funkcjonująca oczyszczalnia biologiczna pozwala na tyle dobrze oczyścić ścieki, by dało się je bez problemów filtrować w gruncie lub w złożu biologicznym. Znam ludzi, którzy wodą ze swojej oczyszczalni podlewają trawniki…

Tak finalnie wygląda zamontowany zestaw: osadnik gnilny plus pompa do napowietrzania:

Zostań ekomaniakiem

Oczyszczalnia ścieków – eksploatacja  

Użytkowanie przydomowej biologicznej oczyszczalni ścieków nie wymaga fachowej wiedzy i przygotowania. Wymusza jednak zmianę wielu wcześniejszych przyzwyczajeń, a generalnie – rezygnację z chemii. Tak wygląda eksploatacja oczyszczalnie ścieków u nas:

  • stosujemy biopreparaty, co jest istotne zwłaszcza we wstępnej fazie eksploatacji oczyszczalni. Pozwala na zapoczątkowanie naturalnych procesów biologicznych zachodzących w osadniku.
  • średnio raz w miesiącu dosypuję do muszli klozetowej dwie saszetki z mikroorganizmami, utrzymując odpowiedni poziom kultur bakteryjnych w osadniku
  • nie wylewamy do zlewu tłuszczów, nie używamy środków chemicznych, które mogłyby zniszczyć mikroorganizmy (żadnego Domestosa!)
  • nie wylewamy do zlewu żadnych środków zawierających chlor, rozpuszczalniki organiczne, wybielacze
  • używamy tylko ekologicznych środków czystości. Proszki do prania można stosować „normalne”, ale my i tak przyzwyczailiśmy się do produktów eko.
  • nie wyrzucamy do kanalizacji chusteczek higienicznych i nie używamy pachnącego papieru toaletowego (chemia w nich zawarta sprawia, że odpady zbijają się w twarde, niemal nieusuwalne bryły)
  • raz w roku zapraszamy pana z wozem asenizacyjnym, który usuwa nagromadzone osady – zwłaszcza z pierwszej komory osadnika

Tak prowadzona oczyszczalnia ścieków nie generuje żadnych przykrych zapachów. Pracuje bezawaryjnie, słychać jedynie bulgot ścieków napowietrzanych przez sprężarkę (pracuje praktycznie non stop, choć można ją programować). Twoja przydomowa oczyszczalnia ścieków nie ogranicza korzystania z bieżącej wody – jeśli jest dobrze zaprojektowana, problem przekroczenia objętości zbiornika nie powinien się pojawić.

Ocieplać czy nie?

Zbiornik osadnika nie wymaga izolacji termicznej, ponieważ ciepło uwalniane w procesach fermentacji i dostarczane wraz ze ściekami zabezpieczają oczyszczalnię przed przemarznięciem w czasie silnych mrozów. My w to wierzymy, ale… Nasz zbiornik zabudowaliśmy niedawno niewielką szopą, chowając go przed oczami – we wnętrzu trzymam zapasy desek, prętów zbrojeniowych inne tzw. przydasie. A ponieważ lubię być przezorny – na pokrywie osadnika układam na czas zimy dwie warstwy styropianu. Na wszelki wypadek.

Żywotność takiego systemu oczyszczania ścieków ocenia się na około 30 lat. Sami oceńcie: czy to się opłaca? Moim zdaniem: bardzo. Wolę tę formę utylizacji ścieków od utrzymywania zwykłego szamba.

Jacek

Prosto do pierwszej części tego wpisu…

Sprawa jest śmierdząca, owszem, ale… tylko teoretycznie. Co pewien czas, kontrolnie, podchodzę do rur odpowietrzaczy i podstawiam nos. Niucham – i nic. Nie czuć nic! Słyszę tylko bulgot ścieków. Gdybym uruchomił wyobraźnię, usłyszałbym jeszcze miliony bakterii, uwijające się w pocie czoła przy przeróbce tego i owego na niemal czystą wodę.

Tak, jesteśmy eko, mamy oczyszczalnię i nie wahamy się jej używać. Dzisiejszy i kolejny wpis poświęcę budowie przydomowej biologicznej oczyszczalni ścieków, która zastępuje tzw. zbiornik bezodpływowy. Czyli po polsku – szambo.

Buduj oczyszczalnię lub… szambo. Wybór  należy do Ciebie.

Na wsi nie wszystko jest proste, a o wielu sprawach trzeba zdecydować tylko raz – na wiele, wiele lat. Tak jest właśnie z wyborem odpowiedniego systemu utylizacji ścieków. Jeśli wieś ma własną kanalizację, problem rozwiązuje się sam. Kiedy jej nie ma, decyzję wypada podjąć tuż po rozpoczęciu budowy bądź remontu domu.

Obok naszego domu szambo już było. Zapytałem poprzedniego właściciela – jak często je opróżnia? Mrugnął okiem i powiedział: rzadko, albo wcale. OK, mieszkał sam, ale żeby wcale? Zagadka, jak się domyślacie, szybko się rozwiązała. Wielu cwaniaków robi w ten sposób – montują szczelny zbiornik… i wybijają w nim otwory. Niech się rozsącza, w końcu to sama natura. 🙁

Dwa miesiące później nasze dziurawe szambo zlikwidowaliśmy, a pod lasem wyrosła piękna (jeśli tak można powiedzieć) oczyszczalnia ścieków.

Jak przygotować się do budowy?

To nie jest takie proste. Nie wystarczy wezwać specjalistów, wykopać dół, zamontować urządzenia i już. Zamiar budowy oczyszczalni ścieków należy najpierw zgłosić we właściwym starostwie. Wymagane są mapki geodezyjne z zaznaczonymi obiektami, punktami instalacji i odległościami, planowana wielkość oczyszczalni, dane techniczne. Warto podeprzeć się danymi od producentów lub wykonawcy.

Najświeższe, przystępnie opisane przepisy znajdziecie na bardzo fajnej stronie Inżynieria Wody – wypada się z nimi zapoznać! –  ja zwracam uwagę na kilka kluczowych elementów:

  • odległość oczyszczalni (lub szamba) od ujęcia wody pitnej – u nas to około 25 metrów
  • dystans pomiędzy systemem rozsączającym oczyszczone ścieki i ujęciem wody – u nas to ponad 40 metrów
  • odległość od budynków – u nas to ponad 15 metrów
  • odległość od sąsiadów i/lub granicy działki – 7 metrów od lasu i granicy działki.

Podaję „nasze” odległości – choć są one dużo większe od wymaganych przepisami prawa – z prostej przyczyny. Naprawdę warto zadbać o to, by  maksymalnie oddalić ścieki od ujęcia wody. Koszty niewielkie, czasami to tylko kilka metrów wykopu i trochę więcej rur, ale to zawsze się opłaca. Wierzę naszym bakteriom i ufam, że solidnie pracują. Widzę jakość (czystość) wody, która płynie z korpusu oczyszczalni do studni rozsączającej, ale… niech coś się zepsuje, źle zadziała… Kłopoty murowane.

Przypominam o tym również dlatego, że – jak mówił mi sołtys – rozpoczęły się kontrole przydomowych oczyszczalni i szamb. Ktoś wreszcie wziął się za tę stajnię Augiasza…

Bądź ekomaniakiem… Czy to się opłaca?

Zacznę ten wątek od tego, że wiele gmin zwraca część kosztów budowy oczyszczalni ścieków. Nie chcę się wypowiadać za wszystkie samorządy, nasz dopłaca połowę wartości kosztów urządzenia, ale nie więcej niż 2500 złotych. Umówmy się zatem: warto brać rachunki, inaczej gmina niczego nie rozliczy.

Budowa oczyszczalni biologicznej wiąże się z wydatkiem minimum 4 tysięcy złotych – mam na myśli zakup i montaż urządzenia. Wszystko zależy od planowanej wielkości oczyszczalni, podpowiadam – lepiej ją przeskalować niż zrobić zbyt małą. Nasza kosztowała 6 tysięcy, plus koszty wykopu i żwiru.

Zaplanowaliśmy oczyszczalnię na potrzeby około 6-8 osób. Za mało! Tak uważam, choć na razie – odpukać – nie mamy z nią żadnych problemów. Ale gdy trafiła nam się większa liczba gości, przez chwilę zacząłem poważnie myśleć o wydolności oczyszczalni… Czy da radę? A co będzie, jeśli wszyscy nagle pójdą się kąpać, Ania włączy zmywarkę, a ja pralkę? W mieście nikt się z takimi problemami nie liczy, tutaj każdą sytuację trzeba przewidywać.

(Dała radę, nic się nie działo, ale warto mieć na uwadze ekstremalne sytuacje

Jak wygląda porównanie kosztów eksploatacji szamba i oczyszczalni biologicznej? Przyjmijmy wariant z czteroosobową rodziną i absolutnie szczelnym szambem. Taka rodzina produkuje przeciętnie około 16 metrów sześciennych ścieków na miesiąc. Koszt wywozu nieczystości to wydatek 150-200 złotych miesięcznie, a czasem częściej. Rocznie eksploatacja szamba kosztuje więc około 2-2,5 tys. złotych.

Koszty oczyszczalni? 200 złotych to opłata za energię elektryczną przez rok plus 150-200 złotych raz do roku wywóz substancji nierozpuszczalnych z korpusu oczyszczalni. Plus koszty zakupu bakterii (około 50 zł/rok). Koszt inwestycji zwraca się po około 3-5 latach.

W następnym odcinku: jak zbudować oczyszczalnię ścieków? Jak ją eksploatować? Jakich błędów unikać?

Jacek

Polecamy także: Plusy i minusy wiejskiego życia.

Foto: Gerd Altmann z Pixabay 

Nasze ziemniaki zjadła najpierw tajemnicza siła. Dosłownie: wessała je pod ziemię. Kolejne – zwariowały, a my razem z nimi. Nie, to nie jest kryptoreklama przemysłu spirytusowego. Opisuję wydarzenia, które działy się naprawdę. Horror z ziemniakami w głównej roli.

Historia zwariowanych kartofli sięga początków stycznia… Zaczęło się niewinnie. Z ubiegłorocznych zbiorów pozostawiliśmy 2-3 kg fioletowych ziemniaków na sadzeniaki. Pozostałą część zjedliśmy. W styczniu okazało się, że sadzeniaki … wciągnęła nam pod ziemię jakaś tajemnicza siła.

SERIO!!!

Wyobrażacie to sobie? Opisuję jak było, bez ściemy. A było tak.

Ziemniaczany horror 🙂

Późną jesienią włożyłam do kartonu kilkadziesiąt dorodnych fioletowych bulw. Zaniosłam je nie do ziemianki, lecz do niewielkiej piwniczki pod domem. Postawiłam karton na stole, zgasiłam światło, zamknęłam drzwi, zapomniałam o sprawie.

Tu mała dygresja: nasza piwniczka ma około 10 metrów kwadratowych, betonową posadzkę niemal na całości i  – tylko jeden metr tej posadzki poprzedni właściciele pozostawili niezabetonowany. Czemu to służyło, nie wiem. Ważne, że leży w tej części piękny, żółciutki piaseczek.

Karton z sadzeniakami stał na stoliku. Metr nad posadzką. W styczniu poszłam do piwniczki po zapasy (mamy tam zamrażarkę) i z ciekawości zerknęłam do kartonu. Był prawie PUSTY! Zostały tylko dwa ziemniaki! Dziwne, pomyślałam, pewnie Jacek przeniósł je do ziemianki. Ale – sprawdziłam. W ziemiance nie ma. W domu nie ma. Także w stodole – nie ma. I w drewutni, na dworze, w psiej budzie – nie ma!

ZJADŁEŚ! – krzyknęłam.

Wiadomo, jeśli coś w domu nie halo, to winny jest facet. Stanął naprzeciw mnie, cały fioletowy (od sadzeniaków! – pomyślałam rezolutnie) i zrobił te swoje cielęce oczy, które mówią zwykle: aleossokrwachozi? I poszedł w zaparte!

Nie zjadł.

Wierzę mu, bo my kobiety zawsze wierzymy swoim facetom. No, nie zjadł. Nie było kiedy, a poza tym ostatni fioletowy ziemniak jadł ze mną w grudniu i później już nigdy i z żadną inną kobietą. Tyle przynajmniej na nim wymusiłam. Znaczy – zeznanie takie.

Dobra, pomyślałam, choć w zasadzie pomyśleliśmy oboje. Idziemy z tym na policję. Mieliśmy WŁAMANIE. Tak nie może być! Zniknęły nam fioletowe ziemniaki! W worku na posadzce leżały zwykłe – nietknięte. Zamrażarka – nietknięta. Paczka z kocią karmą – nietknięta (a przecież kocia karma to jakby drugie danie, nie?), nawet stare farby i druty pozostały nietknięte!

Tylko te ziemniaki.

Za co kochamy facetów? Za pomysłowość i reaktywność. Jacek zamiast zadzwonić na 112 przeniuchał wszystkie szpary w okolicy, sprawdził szczelność drzwi i wykonał testy na włamliwość – drzwi zdały je znakomicie: nigdy ich nie zamykamy na klucz, bo i po co? Podejrzenie Pana Śledczego padło na podkop – w żółtym piasku w posadzce odkrył szeroką na pięść dziurę. Tędy weszli – rzucił i zaraz miał pomysł. Zastawimy na nich pułapkę. Kimkolwiek są, odpowiedzą za to!

Ostatnie dwa ziemniaki położył na piasku. Zasypał dziurę. Obok niej postawił pułapkę na myszy, z kawałkiem podlaskiej polędwicy. Zgasił światło. Zamknął drzwi. Poszedł do domu. I mówiąc – sytuacja jest rozwojowa – zostawił problem samemu sobie. W końcu jest mężczyzną: męskie problemy zwykle rozwiązują się same 🙂

Albo my je rozwiązujemy.

Wiem. To jest horror!

Minęły dwa dni pełne emocjonującego oczekiwania. Weszliśmy do piwniczki. Ja z widłami, na wszelki wypadek. Jacek z ziewaniem (oni zawsze mają zlew na ekstremalne sytuacje). No i?

ZNIKNĘŁY.

Dziura pojawiła się ponownie. Ziemniaki – ponownie zniknęły. Fioletowe. Bo zwykłe pozostały nieruszone, a przecież to irga, smaczna odmiana 😉

No, koneser! – rzucił Śledczy. – Jakiś pieprzony koneser nam się włamał! – dodał i włożył dłoń do szpary. Nie, spokojnie, nic mu jej nie urwało, spod ziemi nie wyszedł ani smok, ani Kaczyński, ani nic. Wcięło tylko ziemniaki, niczego innego nie konsumując. Pułapka nietknięta. Polędwica nietknięta. Święte stare farby pozostały nietknięte. Święte druty też.

Nie będę trzymała Was w napięciu. Nasz dom nawiedziły zgłodniałe duchy! Już to wiemy.

Poprosiliśmy o konsultację Sławka. Sąsiada zza pobliskiego lasu. Podjechał, napił się z nami piwa, podumał i orzekł: – Szczur nie, bo by to zjadł na miejscu i zostawił resztki. Mysz nie, bo za duża dziura i nie ma żadnej kupy. Kuna nie, bo którędy? Człowiek nie, bo kto? Nornica? Kret? Skąd kret pod domem, jeśli wy kretów nie macie? A może to duchy? – rzucił w końcu. – Tu, w pobliżu, wasz sąsiad w leśnej ziemiance podczas wojny przechowywał Żydów. To może ich duchy?

Jacek sprawdził ponownie: dziura na szerokość męskiej dłoni! I wszystko mu się nagle zgodziło. Duchy! Podziemne. Przy czwartym piwie obaj panowie zgodnie orzekli, że należy nam się medal za dożywianie duchów z przeszłości i że trzeba o tym napisać do ambasady Izraela. O kolejne wnioski już ich nie pytałam…

Tym samym, mimo fortelu, podlaskiej polędwicy i czterech piw, zagadka tajemniczej siły, która wciąga fioletowe ziemniaki z Nieba do Piekieł, pozostała niewyjaśniona. Ziemniaczany horror! Wsysa nam fioletowe ziemniaki pod ziemię i znika. Coś! Duch! (Stephen King, jest temat!)

Tak było. Naprawdę. Jacek, Sławek i podziemne duchy mogą to potwierdzić.

Nowe ziemniaki kupiłam u Kręglickich

Zabrakło nam sadzeniaków, więc kupiłam je od pani, która specjalizuje się we fioletowych ziemniakach. Schowałam w ziemiance, lekko oświetlonej przez niewielkie okienka. Ta ilość światła zupełnie jednak wystarczyła, by już w końcu lutego ziemniaki zaczęły bardzo, bardzo intensywnie kiełkować… Jakby zwariowały! Szły w Kosmos każdego dnia! Skróciłam pędy, a one nadal rosły!

Dlaczego te ziemniaki u nas zwariowały? Nie wiem. Udzieliła im się wiosenna euforia Jacka, który od soboty non stop walczy z mchem na trawniku? Czy może poszły w ślady kota, który marcuje na całego i jak tak dalej pójdzie, będzie miał domowy areszt? A może to są jakieś mutanty???

I tu przejdźmy do spraw zasadniczych…

Zwariowaliśmy i my. Miesiąc przed terminem sadzimy fioletowe ziemniaki w donicach i workach jutowych. Co z tego wyjdzie? Kiedy wyjdzie? No i pytanie najważniejsze: czy można je uprawiać w domu, na tarasie lub na balkonie?

Zdroworozsądkowy rolnik sadzi ziemniaki po 20 kwietnia. Wcześniejsze sadzenie jest możliwe tylko w cieplejszym klimacie i kiedy jesteśmy pewni, że przymrozki już nie powrócą. Najważniejsze, by temperatura gleby na głębokości 10 centymetrów nie spadła poniżej  7°C.

 Ale my nie jesteśmy zdroworozsądkowi 🙂 Sadzimy ziemniaki w donicach i workach jutowych, chcąc wymusić wcześniejsze plony.

Ziemniaki w donicach – czy to się uda?

Zacznijmy jednak od początku: skąd pomysł wczesnego sadzenia ziemniaków?

W warunkach przeciętnego gospodarstwa domowego, ziemniaki powinniśmy przechowywać w suchej, ciemnej, a przede wszystkim chłodnej piwnicy, w temperaturze 7-10 stopni. Najlepiej przechowywać je w drewnianych skrzynkach, przesypane piaskiem. Jeśli nie macie piasku, nasi lokalni  specjaliści podpowiadają, by przykrywać je workami lnianymi lub kartonami. Można do każdej skrzynki dodać jedno jabłko – wtedy nie będą kiełkowały.

Na fioletowych ziemniakach bardzo nam zależy. Opisaliśmy ich właściwości i smak, od trzech lat sadząc je w kilku grządkach. To jest uprawa „dla siebie” i traktujemy ją przede wszystkim jako ucztę dla oka i podniebienia 🙂

Siła kiełkowania

Kiedy ziemniak kiełkuje to wszystkie zapasy wartości odżywczych zgromadzone w jego wnętrzu przechodzą do rosnącego kiełka. Wystarczy dostęp do światła i nieco wyższa temperatura, a roślina sama zaczyna wietrzyć wiosnę. Bulwa robi się pomarszczona i miękka, a kiełek ostro pnie się do góry. Jest biały (u nas: fioletowy) i mocny.

Tak właśnie było z naszymi sadzeniakami. Czasami tę metodę stosuje się do podkiełkowania ziemniaków i pobudzenia ich do wcześniejszego wzrostu, a co za tym idzie – do wcześniejszych zbiorów. I to właśnie postanowiliśmy wykorzystać.

Ziemniaczany horror: uprawa ziemniaków w worku lub donicy

Taki model uprawy ma kilka zalet. Przede wszystkim – oszczędzamy miejsce, a w małych ogródkach wolne miejsce to rzecz bezcenna. Po drugie, worek z ziemniakami można na początku uprawy ustawić w chłodnym pomieszczeniu, a potem przenieść go na taras, balkon lub postawić pod ogrzewaną słońcem ścianą.

No i najważniejsze – uprawiając ziemniaki w worku lub donicy zapobiegamy rozwojowi zarazy ziemniaczanej. To groźna choroba, która wywoływana jest przez grzyby bardzo szybko rozwijające się w warunkach wysokiej wilgotności. Kiedy mamy mokrą wiosnę i wczesne lato, możemy ochronić ziemniaki przed zarazą ustawiając je pod dachem i ograniczając nadmierne zawilgocenie.

I teraz najważniejsze – plon możemy uzyskać znacznie wcześniej. Standardowo, sadząc ziemniaki między 20 kwietnia a 10 maja, zbierzemy je w końcu sierpnia lub we wrześniu. Mając swoje sadzonki w workach lub donicach możemy przyśpieszyć uprawę o kilka tygodni i cieszyć się zbiorami wczesnym latem!

Jak sadzić ziemniaki w donicy lub workach?

Jako sadzeniaki wybieram okazy średniej wielkości z wyraźnymi, zdrowymi oczkami. Warto je odrobinę podpędzić, wystawiając na światło (nie bezpośrednio na słońce!) przez tydzień do półtora tygodnia. Kiedy pojawią się kiełki długości 1,5-2 cm, możemy sadzić.

Ziemniaki wymagają żyznej gleby. W sklepach ogrodniczych można kupić uniwersalne podłoże ogrodnicze, często nawet wzbogacone o podstawowe nawozy. My dodajemy naturalny humus i garść granulowanego nawozu krowiego lub kurzego.

W każdy dołek wsypuję dodatkowo garść popiołu drzewnego, co jest nie tylko znakomitą odżywką dla ziemniaków, ale też służy jako środek chroniący je przed chorobami. Później, kiedy ziemniaki zaczynają kwitnąć, warto uszczknąć z krzaczka 3-5 pąków, by całą siłę wzrostu skierować w stronę bulw, a nie kwiatów.

Zobaczcie dłonie sadzące zwariowane fioletowe ziemniaki, które mimo obrywania kiełków, od lutego kiełkują nieustannie. Dłonie oraz nogi należą do Śledczego. Kurtka maskująca wiek – również.

W okresach suszy podlewamy ziemniaki, pamiętając, że nadmiar wilgoci może powodować gnicie bulw. Warto stosować naturalne nawozy – ziemniaki są zawsze głodne pokarmu, choć pamiętajcie, żeby stosować się do norm podanych przez producenta. Nadmiar nawozów azotowych może na przykład zwiększyć podatność roślin na choroby.

Kiedy planujemy zbiory?

Mam nadzieję, że już na początku czerwca 🙂

Jeśli sami chcecie spróbować domowej uprawy – zachęcamy, spróbujcie. To naprawdę łatwe i przyjemne. Można trzymać swoją uprawę na balkonie, na tarasie, przed domem lub w małym warzywniku.

Tylko błagam, uważajcie: nie wolno ich przechowywać w niezabetonowanej piwnicy! Zawsze może się okazać, że jakaś tajemna siła przejdzie od nas – do Was – i stracicie całoroczne zbiory. Może to będą te same duchy, może inni koneserzy, nie wiem. Ale żeby potem nie było, że nie ostrzegałam. Ostrzegam!

Ania

POLECAMY RÓWNIEŻ (BO TAK NAM SIĘ SKOJARZYŁO): Podlaskie hygge

Foto. Couleur z Pixabay  

Wokół nas jest kilka brzozowych zagajników, na naszej działce brzóz rośnie kilkanaście, moc jest więc z nami. Od dziś przez dwa tygodnie ściągamy sok z brzozy. Dlaczego? Jakie ma właściwości? Jak go ściągnąć?

Brzozowy sok to wtłaczana od strony korzeni woda z wieloma składnikami mineralnymi, które są niezbędne do wytworzenia przez drzewo pąków, a w dalszej kolejności do rozwinięcia liści. Wystarczy nacięcie lub niewielki otwór, by przebić się do naczyń, przez które sączą się soki i uzyskać dostęp do płynu.

Oskoła, bo tak przed laty nazywano wodę z brzozy, jest niskokaloryczna (zaledwie 18 kcal w 100 ml) i pozyskuje się z niej popularny ksyliotol. To naturalny stabilizator insuliny, nie powodujący jej gwałtownych spadków i przyrostów. Oskołę z pobliskich brzóz jako pierwszy przyniósł do naszego domu jeden z sąsiadów, Mariusz, leczący się na cukrzycę. Dał posmakować, a później pokazał jak się ją ściąga.

Sok z brzozy – właściwości

W soku z brzozy pełno jest antyoksydantów i elektrolitów, wapnia, cynku, sodu, fosforu, miedzi, magnezu, manganu, żelaza i potasu. Zawiera fruktozę, glukozę – stanowią prawie 99% wszystkich węglowodanów, niewielkie ilości sacharozy i białka. Do tego aminokwasy – cytrulina, glutamina, kwas glutaminowy, asparagina, kwas asparaginowy, izoleucyna. I na dokładkę kwas askorbinowy, czyli witamina C.

Jego picie bakteriobójczo wpływa na szkliwo zębów, wzmacnia układ nerwowy i krwionośny, ułatwia przyswajanie minerałów. Ponadto wspomaga produkcję czerwonych krwinek, wspiera obniżanie cholesterolu, wzmacnia układ odpornościowy organizmu, przyśpiesza gojenie ran.

To wartościowe źródło minerałów i cukrów prostych. Sok polecany w celu oczyszczenia i odżywienia organizmu. Sok z brzozy jest znakomity dla nerek – oczyszcza układ moczowy z toksyn, zapobiega powstawaniu kamieni moczowych. Pomaga też oczyszczać skórę, wzmacnia włosy, świetnie działa na cerę twarzy. Nie jest jedynie polecany dzieciom poniżej 12 roku życia.

Kiedy ściągamy sok z brzozy?

Wystarczy, by na przedwiośniu temperatura powietrza przez kilka dni wynosiła około 7-12 stopni, a soki w brzozie zaczynają krążyć coraz szybciej. To najlepszy moment do ściągania wody brzozowej. Jeśli nie macie pewności, wystarczy uciąć małą gałązkę i zobaczyć czy wyciekają z niej kropelki soku. Jeśli płyną, znaczy – można przystępować do dojenia 😉

Soku z brzozy nie zbieramy po wypuszczeniu liści. Im większe stają się pąki, tym lepszy to dla nas znak, że drzewo kieruje swoje płyny do rozbudowy liści i tym szybciej powinniśmy przerwać zbieranie.

Jak ściągamy sok z brzozy?

Widzieliśmy kilka technik. Jedną z nich jest prymitywne, ukośne łupnięcie siekierką w korę. Tworzy się całkiem spora rana, a jeśli przypadkiem drzewo jest lekko pochylone, można na jego pniu zawiesić naczynie i zbierać sok prosto do niego. Trochę mi to przypomina wiersz Juliana Tuwima „Rzeź brzóz”. Tu fragment:

Brzozom siekierą żyły otworzę

Ciachnę przez ciało, rąbnę przez korzeń,

Lepkim osoczem brzozy ubroczę

Na rany białe wargami skoczę.

Inny sposób, chyba dużo mniej wydajny,  to zbieranie soku z odciętych gałęzi. Włożone do naczynia utoczą trochę płynu.

Efektywne i stosunkowo mało ingerujące w strukturę drzewa jest nawiercenie niewielkiego otworu i włożenie doń rurki odprowadzającej sok do naczynia. Odwiert wykonujemy  na wysokości nie niższej niż 50 centymetrów.

Do ściągnięcia soku wybierajmy drzewo co najmniej 10-letnie, zdrowe, bez huby, oddalone od szlaków komunikacyjnych, z dość grubym pniem. W ciągu doby z jednego drzewa można utoczyć około 2-3 litrów soku, czasami sporo więcej.

Po wykorzystaniu drzewa ranę należy przesmarować ogrodniczą pastą do ran, a jeśli robiliście odwiert – KONIECZNIE trzeba zatkać go drewnianym kołkiem.

Jak przechować sok z brzozy?

Najlepiej popijać sok bezpośrednio po pobraniu. Dość szybko traci on swoją świeżość, w lodówce przechowujemy go maksimum 3 dni. Soku nie gotujemy. Można robić z niego „przetwory” – np. mieszać z alkoholem (1 część wódki, trzy części wody brzozowej), pasteryzować lub mrozić.

Ta ostatnia metoda wydaje mi się najbardziej sensowna i godna polecenia. Mrożone kostki z wodą brzozową można przechować przez wiele miesięcy.

Słyszałem też o metodzie przetwarzania soku brzozowego do formy syropu poprzez kilkudniowe podgrzewanie go aż do uzyskania gęstej konsystencji. Część związków w wysokiej temperaturze rozpadnie się, zostaną cukry i minerały. Jakoś mnie to nie przekonuje… Szkoda marnować inne właściwości.

Najlepiej zatem – pić wodę bezpośrednio po zebraniu, a nadmiarem dzielić się ze znajomymi. To woda o lekko słodkawym posmaku, da się na niej zrobić herbatę (ale straci wszelkie właściwości), jest za to naprawdę fantastyczna do całodziennego popijania. My używamy oskoły do corocznego detoksu nerek, płukania włosów i wiosennego wzmocnienia organizmu.

Jacek

Polecamy też instruktażowy film o zbieraniu soku z brzóz.

Warto przypomnieć: Pochwała świętego spokoju