Wczoraj poszła pod nóż ostatnia dynia 2018 roku… Przetrwała w idealnym stanie przez ponad pół roku na werandzie, leżąc sobie w kąciku i czekając na swoją kolej. Jej koleżanki przeżyły jesień i zimę w formie mrożonej  pulpy i kostek, a także jako wyjątkowo smaczne marynaty.

Ostatnia nasza dynia poszła więc pod nóż wczoraj i – umarł król, niech żyje król! – wkrótce do gruntu trafią pierwsze nasiona. Ryzykujemy: mamy nadzieję, że nie za wcześnie…

Wieczór sam się nam zrobił sentymentalny. Sam z siebie! Zaczęło się od „Sound of Silence”, usłyszanego przy wyjściu z Arkadii, ale nie w wersji Disturbed, która żegnała Pawła Adamowicza, lecz w oryginale. …Witaj ciemności, moja stara przyjaciółko… I ciarki nas przeszły.

A potem był dom, kolacja i muzyka zamiast meczów Piątka i Lewandowskiego. I proste pytanie z erotycznym podtekstem: kto jest lepszy do łóżka – Frank Sinatra, Elvis Presley czy Simon&Garfunkel?

Wszystko niby jest inaczej. Obżeramy się, ale jakby zdrowiej. Częściej gościmy na dworze, bo słońca w tym roku jest pod dostatkiem. Ciepło, zielono.  
Główna różnica? W grudniu żaden z sąsiadów nie wyjeżdża na pole z gnojówką. 🙂 Dziś jeden – wyjechał… Jego święta, prawosławna Wielkanoc, zacznie się za tydzień.

 

Wielki Tydzień był niezwykle pracowity. Sprzątaliśmy po robotnikach, którzy ułożyli podjazd, plantowaliśmy ziemię pod wysiew trawy i sialiśmy ją. Sadziliśmy rośliny w naszym nowym kwietniku:

Wielkanoc

Ale to tylko część zajęć… Przesadziliśmy glicynię i miniaturowe sosny, sialiśmy jednoroczne kwiaty, odbudowaliśmy walący się płot sąsiada, bo zrobiło nam się żal, ustawiliśmy letnie meble na tarasach i w naszej ruinie, a potem wzięliśmy się za opryski.

Potęga natury: opryski z własnej gnojówki

Opryskujemy rośliny w sadzie i na warzywniku średnio co dwa tygodnie. Na pierwszy rzut idzie zawsze oprysk z dwutygodniowej gnojówki z wrotyczu zmieszanej z wodą i mydłem potasowym. 1 część wrotyczu, 10 części wody, dwie-trzy łyżki mydła. Nawet ładnie pachnie, ale smakuje… tak sobie. Wiem, bo musiałem swoimi różanymi usteczkami przedmuchać rurkę spryskiwacza. No, ambrozja to to nie jest, przyznaję 🙂

Ale przynajmniej wszystko zostało opryskane. Kolejny oprysk niebawem, tym razem pójdzie mieszanka cebuli i czosnku – boszszsz… jak to śmierdzi! I mam nadzieję, że dokładnie tak samo smakuje wszelkim mszycom, grzybom i innemu dziadostwu. Po tej miksturze nadejdzie czas wywarów i gnojówki z  pokrzywy, co nie tylko wzmacnia rośliny, ale też chroni je przed szkodnikami.

W tak zwanym międzyczasie zmontowałem piaskownicę. Kiedy przymierzałem się do wymiarów, wydawało mi się, że 1,5 na 1,5 metra będzie akurat, może nawet nieco za mało… NIEEEEE!

Słuchajcie, to jest landara! Wystarczy na pułk dzieci, a co dopiero mówić na jednego, pierworodnego wnuka Leonarda. Leo, to wszystko dla Ciebie! Tona pięknego piasku też! A myślę sobie teraz, że metrowe ścianki w zupełności by wystarczyły…

A’ propos Pana Wnuka. W sobotę… wielkie buuum!

Leonard w szpitalu

Czy można wymyślić sobie gorsze święta niż święta w szpitalu? Nie można. A Leo sobie wymyślił 🙁 Gdybyśmy prowadzili blog parentingowy lub grandparentingowy, pewnie byłoby nam łatwiej o nim pisać i pewnie pojawiałby się tutaj bardzo często. Ale 470 kilometrów odległości robi swoje, dziadkowanie na odległość jest kompletnie pozbawione sensu; jak mówi Malina, mama Leonarda, cierpię na brak bazy danych do wykorzystania…

O nim więc będzie więcej, kiedy wreszcie się tu zjawi, a na razie…

Szpital. Każdy, kto ze swoimi pociechami przechodził choroby wieku dziecięcego wie, czym to pachnie. 40 stopni gorączki i co lekarz, to inna diagnoza. Ucho! Nie, nie ucho, nos. Nie, nie nos, migdały. A może to nie migdały, raczej oskrzela! Albo nie oskrzela. Może płuca? A może noga? Trzeba poczekać, a na wszelki wypadek antybiotyk i prosimy o pozostanie w szpitalu. Do kiedy? Nie wiadomo. Dlaczego? Nie wiadomo.

Szpitalne śniadanie wielkanocne: kiełbacha i chleb z masłem. Witaj, młody człowieku! Państwowa służba zdrowia już od pierwszych miesięcy życia przyzwyczaja cię do właściwych standardów…

Leo – sorry, że zdalnie – trzymaj się chłopinko kochana. Obiecuję, że razem zrobimy z piasku taką rozpierduchę, że plaża będzie na pół ogrodu! I dokopiemy się do morza, mam sprzęt dla siebie i dla Ciebie! Tylko wyzdrowiej szybko.

Goście na święta

Goście świąteczni są bardzo dobrym pomysłem, ponieważ zmuszają do sprzątania i zmiany stroju. Odpicowaliśmy dom i podwórko! Ania założyła SUKIENKĘ (w sukience widziano ją ostatnio na baliku w przedszkolu!), ja skróciłem brodę i zmieniłem wiosenne walonki na letnie trampki, oboje wykąpaliśmy się – jak szaleć, to szaleć! – i świętujemy tak od piątku.

Wielkanocne śniadanie przeciągnęło się z powodu… obowiązków blogerskich. Normalny człowiek, kiedy idzie do restauracji, wyciąga smartfon przed pierwszym zanurzeniem łyżki w zupie. I zanim wystygnie mu drugie danie, ma już sto lajków na Instagramie. Czysty foodporn.

Wielkanoc1

O zjawisku easterporn nie słyszałem, ale myślę, że charakterem jest zbliżone. Stawiasz wielkanocną dekorację, chowasz przed gośćmi najbardziej znakomite dania i… Co robią w takiej sytuacji gospodarze? Mówią swoim gościom: włączcie sobie telewizję, śniadanie zaraz będzie, musimy tylko zrobić zdjęcia… I cykasz, cykasz, cykasz…

Bo Czytelnicy czekają…

Ej, naprawdę czekaliście na zdjęcia ze śniadania, czy tylko tak się nam zdawało? 😉

W każdym razie – zaczęliśmy świętowanie od sesji zdjęciowej. Potem… Potem były poprawki do zdjęć, zmiana ustawień i… I mama Ani weszła w kadr, po raz pierwszy, po raz drugi i trzeci, co było ostatecznym sygnałem, że trzeba siadać. Usiedliśmy. Ufff…

Gęsi pipek był przebojem. To rodzaj pasztetu z kuchni żydowskiej, farsz ziemniaczano-cebulowy w gęsiej szyjce, bardzo smakowity; trafił na nasz stół obok trzech innych pasztetów – wegańskiego, gęsiego i wieprzowego. Do tego biała kiełbasa – pieczona w piekarniku i gotowana – jedna z Podlasia, a druga z  Warszawy (smak na remis!), a po niej nadziewane jajka oraz jajka z majonezem i kawiorem z ikry gromadnika i śledzia. Czyli takim trochę podrabianym kawiorem (kto jadł kawior na Syberii, ten wie, że każdy inny to podróbka!), ale zupełnie pasującym do tego zestawu i dodającym jajkom pikanterii oraz posmaku „Dynastii” 😉

Wielkanoc2

Królową Wielkanocy jest sałatka warzywna, więc królowała i u nas. Oprócz niej dużo chrzanu i ćwikły z chrzanem – do wszystkiego, plus żurawina, plus wędliny z Podlasia i nasz chleb. I pół litra wódki z Podlasia, dla każdego! (Żartowałem.)

Wielkanoc3

Finisz zawsze jest taki sam…

Efekt był taki, że z obżarstwa nikt nie zauważył… trawy, która – uwaga – przez tydzień od zasiania wykiełkowała i urosła do dwóch centymetrów! Szaleństwo! Wystarczyły dwa dni naprawdę słonecznej pogody. I chyba dobre nasiona: pierwszy raz kupiłem trawę firmy Barenbrug i przyznaję, że pozytywnie mnie zaskoczyła. Tempo i jakość wzrostu, gęstość – naprawdę jestem pod wrażeniem.

A po śniadaniu i obiedzie (zupa pokrzywowa to jednak jest hit o tej porze rok) przyszedł deszcz i spadek temperatury. I nic nam się nie chce. Wracamy tym samym do stanu z Bożego Narodzenia, kiedy obżarstwo pchało nas prosto pod pierzynę (z Podlasia) i przed telewizor (z MediaMarkt), orientując się dość szybko, że każde święta mają swoje rytuały, ale finał – zawsze ten sam. Kanapa i dobry film.

Z dobrych filmów na Wielkanoc polecamy „Kamerdynera” Filipa Bajona – zaraz go włączam! Obejrzymy (dla dobra familii) już trzeci raz, ale warto, dla roli Gajosa chociażby. A potem dobra książka – kończę „Mit motywacji”. Jeśli skończę do rana, recenzja jutro.

Wesołych Świąt, Kochani!

Jacek (Ania też!)

PS. Rolnik z gnojówką wylewaną na pobliskim polu to nie jedyny nieświąteczny akcent. W lesie nieopodal warczy traktor i piła motorowa. Trza ciąć, nie ma lepszej pory! 🙁

Wypiłem wczoraj ostatni, maleńki kieliszek ubiegłorocznego absyntu. Albo, jeśli wolicie po staropolsku, piołunówki. To nie jest nalewka do ciągłego popijania – uzależnia i może wywoływać halucynacje – ale dla dobrego smaku, na trawienie, problemy z żołądkiem, jest wręcz idealna. Mój absynt przy okazji znakomicie smakuje…

Bylica pospolita to zioło często traktowane jak chwast. Przy drogach, na skraju lasów, w wielu gospodarstwach jest jej pełno. Z jej kuzynem, bylicą piołun – z której powstaje absynt – mamy inne doświadczenia. Są lata, kiedy mnoży się namolnie. Ale potem znika i nie ma jej niemal nigdzie. Znaleźliśmy na to sposób: trzymamy w dobrej kondycji dwa krzaczki piołunu, które na przedwiośniu wyglądają nader skromnie, ale później wyrastają do rozmiarów sporego krzaczyska.

Nie tylko absynt

Obie bylice są ziołami, które swoją popularność świętowały przed wojną. Pospolita była składnikiem sałatek, robiło się z niej herbaty, a nawet skręcało jak tytoń do papierosów. Działa odkażająco i rozkurczowo, wzmacnia, dobrze wpływa na układ trawienny, służy jako lek przeciwzapalny. Podobno bardzo dobrze działa na zmęczone stopy: łagodzi ból, naprężenia mięśni i ścięgien. Rzymscy wojownicy wsadzali bylicę do butów, ożywiała mięsnie, likwidowała stany zapalne.

Z piołunem jest bardzo podobnie, choć pewna różnica jest zasadnicza – piołun jest pieruńsko gorzki. W dużych ilościach do sałatek raczej go nie polecamy, ale świeży i drobniuteńko pokrojony lub wysuszony i przetarty, jako szczypta dodatku do wielu potraw wzmocni ich smak. Ania podpowiada, że warto też spróbować np. w połączeniu z duszonymi warzywami. Pomaga w trawieniu, dodaje warzywom niepowtarzalnej jakości.

Przy okazji – piołun świetnie działa na wszelkie krwotoki z nosa, odkaża, pozwala lepiej wchłaniać pokarmy, zwiększa wydzielanie soków trawiennych i podobnie jak bylica pospolita, działa rozkurczowo.

Czym jest absynt?

 Na początku XX wieku był legendą. Oscar Wilde pisał o nim znamiennie i uroczo:

Po pierwszym kieliszku widzisz sprawy takimi, jakimi chciałbyś, aby były. Po drugim takimi, jakimi nie są. Wreszcie ukazują ci się takimi jakimi są w istocie i jest to najstraszniejsze na świecie…

___________________________________

Umówmy się więc, że zatrzymujemy się na pierwszym kieliszku. Ja przynajmniej tak robię: ze strachu co też będzie, gdybym spojrzał na świat po trzecim… Absynt przed stu laty był trunkiem artystów, pisarzy, poetów, malarzy. Generalnie – lekkoduchów. Prasa była przerażona jego działaniem, przypisywano mu właściwości mistyczne, wskazywano, że może wywoływać halucynacje.

Pomny historycznych doświadczeń i ostrzeżeń z przeszłości używam więc absyntu bardzo okazjonalnie i wielce to sobie chwalę. To wspaniały trunek, ale głównie dla smakoszy. Nieoceniony w kłopotach z trawieniem: idealny wręcz, gdy teściowa częstuje Cię rosołem z dodatkiem kostki rosołowej, a po nim sztuką mięsa w gęstym, tłustym sosie… Zjadasz, bo co robić, mówisz jeszcze, że było niezwykłe, a to mięso, a ziemniaki tłuczone ze śmietaną i masłem, wręcz bajka. I że dawno tak dobrze nie jadłaś.

Na takie sytuacje: piersióweczka z absyntem jest nie do zastąpienia. Tym właśnie jest absynt. Ratunkiem w trudnych chwilach. (Inni mają na takie sytuacje nalewkę na zielonych włoskich orzechach lub po prostu żołądkową gorzką, ale jeśli chcesz się wyróżnić i zaszpanować przed teściową, użyj absyntu. I daj jej spróbować! Na mur-beton powie – Świństwo jakieś, ale nawet dobre!)

Wszystko to efekt zawartego w piołunie tujonu: wpływa nie tylko na smak, ale przede wszystkim na pasożyty w przewodzie pokarmowym – tak sądzono przed wojną. Współczesne badania jednak obalają tę teorię…

Jak zrobić dobrą piołunówkę?

To wymaga pewnych starań. Podobno piołun można kupić w sklepach zielarskich, nie wiem – nie spotkałem, nie szukałem. My ucinamy same końcówki tego zioła z krzaczków na podwórku. Żeby zrobić dobry absynt musisz zgromadzić:

  • około 30 gramów świeżych listków piołunu – nie więcej, bo nie udźwigniesz goryczy
  • dwie łyżeczki owocu anyżu (biedrzeńca) – jest w dobrych sklepach zielarskich
  • łyżeczkę anyżu gwiazdkowanego
  • dwie łyżeczki korzenia arcydzięgiela
  • pół łyżeczki majeranku
  • pół łyżeczki kolendry
  • łyżeczkę owoców kopru włoskiego
  • 4-5 nasion kardamonu
  • dwie szklanki cukru – ja dodaję miód lub ksylitom, cukru niemal nie używamy
  • pół litra spirytusu lub wódki

Dodawałem jeszcze kilkanaście listków melisy i tyleż mięty, one podkręcały smak, ale go nie zaburzały. Wykonanie jest proste. Przyprawy rozgnieć w moździerzu (lepiej się przegryzą z alkoholem), wsyp do litrowego słoja, wsyp cukier (lub wlej miód) i zalej całość wódką lub spirytusem. Zakręć słoik. Po tygodniu, jeśli robisz nalewkę na spirytusie, można dodać wody, dobrze wymieszać.

W starych przepisach wyczytałem, że tyle macerowania wystarczy – ja jednak filtruję absynt po dziesięciu dniach, mam wrażenie, że tyle mniej więcej trzeba, by wszystkie składniki dobrze się z sobą związały i spoiły z alkoholem. Filtruję i – odstawiam na trzy miesiące.

Jak pijemy absynt?

Bywał dodatkiem do innych trunków, robiono z niego aperitify. Często łączy się piołunówkę z lodem, który pochłania/rozwadnia część goryczy, ale mnie to jakoś nie przekonuje. Dobry absynt powinien być jak dobra wódka: lekko zmrożony, oleisty, smakujący sam w sobie.

Piołunówka to likier ziołowy i tego się trzymajmy. Jego nazwa pochodzi od słowa absinthium, co oznacza: niezdatny do picia. Nie da się go pić w ilościach hurtowych (no, sorry, przynajmniej nam się to nigdy nie udało), więc sposób delektowania się jest dowolny. Jedni piją szybko, spodziewając się ataku goryczy, inni, w tym ja, małymi łyczkami, pozwalając, by nalewka powoli rozlewała się w ustach. Jej głęboki smak fascynuje, serio. Sprawy mają się tak, jak mieć się po pierwszym kieliszku powinny… 😉

Piołun do oprysków w ogrodzie

Trzymamy na podwórku bylicę piołun jeszcze z innego powodu. Zioło idealnie nadaje się do oprysków roślin – szkodniki go nienawidzą! Dawno temu Maja Popielarska polecała opryski z wywaru piołunowego, podając precyzyjnie zasady jego stosowania, spróbowaliśmy więc i my. Działa!

Na razie bylica jest (przynajmniej u nas, na wschodzie Polski) bardzo mała, więc pierwsze opryski drzewek i krzewów w sadzie, ziemi oraz roślin w warzywniku i jagodniku wykonaliśmy gnojówką z wrotyczu. Wrócimy do piołunu niebawem:

  • na litr wody – 10 gramów piołunu
  • zalewamy zioło wrzątkiem
  • dodajemy trzy łyżki mydła potasowego
  • plus 5 gramów siarczanu miedzi

Maja sugeruje również, by dodać denaturat, w celu zmiękczenia wody, ale nam się to wydało zbędne. Wodę mamy miękką. Taką piołunówką, pod wychłodzeniu i odstaniu spryskujemy rośliny. Mam wrażenie, że wszystkie te przędziorki, mszyce i inne marchwianki i śmietki upijają się sprezentowanym „absyntem” i jakoś ich mniej latem. Albo wcale…

Radzę jednak – nie pomyl się. To co jest absyntem dla Ciebie, niech absyntem pozostanie. Popijaj w trudnych sytuacjach, w małym kieliszku – świetnie działa. Wywary i mieszanki piołunu z mydłem i denaturatem, zostaw jednak mszycom i przędziorkom… No, chyba, że nie widzisz różnicy pomiędzy mieszaniem piołunu z wódką i denaturatem… 😉

Jacek

POLECAMY TAKŻE: Rośliny nas ocalą!

Obraz Вилина Петрова z Pixabay