Archiwum

Kłobuk – mówi Ania. Dybuk – przekonuję ja. Jakieś licho rządzi nocami w naszej osadzie. I nie śpi.

Ćwiczymy EM. Efektywne Mikroorganizmy, które – taką mamy nadzieję – uzupełnią stosowane przez nas ekologiczne gnojówki i wywary. Czy to się uda?

Dziwne to były święta. Rodzinna Wielkanoc w Messengerze. I w pracy. Dacie wiarę, że po wielkanocnym śniadaniu można pójść prosto do stolarni, włączyć szlifierkę, zetrzeć starą politurę ze ścianek szafki na kieliszki i farbą w sprayu przemalować ją na biało? Można.

Na dworze ponad dwadzieścia stopni. Rozszalało się wszystko. Siedem saren tuż za płotem – ciągną do naszego źródełka, bo to nieliczne w okolicy miejsce z wodą. Susza. I wiosenne szaleństwo.

Podlasie straciło dziewictwo: już trzy osoby z koronaurwisem. A my pojechaliśmy wczoraj prosto w paszczę lwa.

Jakbym się cofnął w czasie… Dzwoni Ania i z dumą komunikuje: kupiłam papier toaletowy! Odpowiadam: ja też! Sukces! Mamy 40 rolek! Ale miałem dziś jeszcze jedno szczęście – udało mi się kupić pół litra spirytusu i mydło. I to nie na kartki!

Do sklepów, po wojenne zapasy, pojedziemy jutro. Od wczoraj uprawiamy hortiterapię. Aż do bólu wszystkich mięśni.

Kto im to wszystko wymyśla? Jaki Wielki Rozum nad tym czuwa? Całkiem niedawno pisałem o zleceniu promocji regionu młodemu półgłówkowi, teraz hitem doniesień medialnych jest pierwsza w Polsce szkoła disco polo. Rzecz jasna – na Podlasiu.

To musi być wiosna! Wiem, że nie upłynęła jeszcze połowa lutego, ale zawsze zwiastuje ją klangor żurawi. A żurawie już są! Co jeszcze? Kalina rozkwitła… talentami. I kot, Pan Kot, ucieka na dwór. Wiosna!